Serdecznie dziękuję wszystkim za czytanie historii o Lucy i Adamie, którą pisałam prawie pół roku. Tak naprawdę nic takiego nie miało miejsca (chociaż w innych krajach kto wie...). Wszystkie postacie zostały wymyślone i wykreowane przeze mnie, a jeśli chodzi o imiona i nazwiska też były wybierane. Cały pomysł na fabułę zrodził się zupełnie znikąd. Pomyślałam sobie tylko: ,,A gdyby tak się cofnąć do Średniowiecza, tylko bardziej zmodernizowanego? Czemu nie." Zaraz w głowie powstała fabuła o dziewczynie średnio zamożnej, która jako męża dostała chłopaka mniej więcej w podobnym wieku i o dobrym sercu, chociaż równie dobrze mogłam zrobić z Adama tyrana, który pod wpływem Lucy mógł stać się bardziej łagodny, ale jak tak teraz o tym myślę, to Adam nie mógłby być taki. Noo i ostatecznie coś z tego wyszło. Jeszcze miałam wiele pomysłów na zakończenie, za które moglibyście mnie zamordować żywcem. Nie bardzo wiedziałam jak zakończyć to wszystko i pomyślałam, że najpierw uśmiercę Rachel, a później Adama, no ale zbyt bardzo przyzwyczaiłam się do tych postaci i po prostu nie mogłam tego zrobić...
Serio, patrząc na statystyki byłam zdziwiona, że tak wiele osób zza granicy czytała to, co w wolnych chwilach piałam. Było to dosyć pokrzepiające i bardziej motywowało mnie do pracy :) Dziękuję również mojej wspaniałej przyjaciółce, której wysyłałam poszczególne fragmenty oraz, która doradzała mi w niektórych sprawach. Jeszcze raz: wielkie dzięki dla czytelników tego bloga i zapraszam na inne blogi, które mam zaszczyt prowadzić wspólnie z bardzo zdolną osobą. Mam nadzieję, że przypadną wam do gustu też inne historie, które napisałam lub jeszcze piszę :)
sobota, 17 grudnia 2016
Rozdział 35 Miłość kwitnie wokół nas (Koniec)
Kilka dni po tej rozmowie Lucy dostała od Adama bukiet kwiatów:
-Z jakiej to okazji?- Zapytała, gdy jej je wręczał
-Nie mogę kupić mojej żonie kwiatów bez okazji?- Zapytał sie wesołym, lekko urażonym tonem
-Coś musiałeś przeskrobać. Gadaj.- Nakazała; zdziwiła się, że odkąd tu jest stopniowo stawała sie bardziej pewna siebie, aż czasami ją to niepokoiło.
-Oj no, daj spokój. Chcę ci tylko podziękować, za TAMTEN wieczór.- Odpowiedział lekko zakłopotany
-Z takim opóźnieniem?- Zapytała unosząc jedną brew
-Błagam, daruj mi te spóźnione podziękowania.- Ukląkł na kolano
-No dobra. Wstawaj.- Lekko się pochyliła i pocałowała go w jego blond włosy, które cudownie pachniały, a on wstał i znów zdała sobie sprawą z tego, jaki jest wysoki.
-Może gdzieś dzisiaj wyjdziemy?- Zaproponował- Kino? Kolacja? Chyba to wam, kobietom, się podoba, prawda?
-Hmm. Kino brzmi fajnie, ale kolację wolę zjeść w domu.- Odparła
-W domu? Chcesz jechać do rodziców?- Zapytał lekko zbity z tropu
-Byłoby fajnie ich odwiedzić, ale nie zdążymy. Przecież jest już piętnasta, a jutro mam do szkoły na ósmą. Bardziej chodziło mi o zjedzenie czegoś tutaj.- Sprecyzowała
-Więc dobrze. W piątek pojedziemy po lekcjach do twoich rodziców. A do domu wrócimy w niedzielę. Może być?- Zaproponował. Adam nic nie miał do rodziców Lucy, bardzo ich lubił, a w szczególności jej matkę.
- Na serio?- Zapytała nie dowierzając.
-Mhm.- Przytaknął i przygarnął ją do siebie- To co idziemy do tego kina?- Pokiwała energicznie głową, po czym ubrali się w płaszcze i wyszli.
W galerii, przed seansem zauważyli Rachel i Alberta, gdy razem szli do sklepu z biżuterią. Adam chciał do nich podejść i zagadać, ale Lucy zaprotestowała pod pretekstem, ,,by dał im trochę prywatności":
-Gdyby chcieli z nami gdzieś wyjść, to by po nas zadzwonili.- Zauważyła
-Masz rację.- Zgodził się- Wyglądają na szczęśliwych.- Oparł swoją głowę o jej głowę, przez co rozbolał go kręgosłup
-Nie przeszkadzajmy im. Może po seansie ich spotkamy?
-Byłoby nieźle. Ciekaw jestem tylko jednego: od kiedy Rachel umawia się z Albertem? Przecież ona go nienawidziła.- Próbował jakoś rozwikłać tą zagadkę
-Nie wiem, ale wiem, że go nie nienawidziła. Była po prostu na niego obrażona, ale lubiła go.- Odpowiedziała częściowo na jego pytanie
-A ty niby skąd to wiesz?
-Jak się jest dziewczyną i całkiem nieźle zna się Rachel, to się wie to i owo.- Zaśmiała się.
Dalej ich rozmowa zeszła na inny tor, a w między czasie zdołali kupić bilety i skierować się do sali, gdzie miał być wyświetlony film. Jak się okazało nastąpiła awaria sprzętu i niestety seans się nie odbędzie, jednak w ramach rekompensaty można pójść na filmy do sal obok lub zwyczajnie wrócić do kasy i poprosić o zwrot pieniędzy. Jako, iż obok właśnie leciał horror, Adam namówił Lucy, aby na niego pójść. Co prawda protestowała trochę, ale w końcu uległa jego prośbom i kilka minut później siedzieli w innej sali i oglądali inny film. Ku szczęściu Lucy, horror był mało straszny, więc nie umarła w kinowym fotelu. Natomiast Adam był zawiedziony i gotowy do pobić kasjera, aby oddał mu stracone pieniądze, ale Lucy stwierdziła, że nie było aż tak źle.
Tak więc po wpół udanym seansie udali się na małe zakupy. W końcu co to byłby za wypad do galerii, gdyby nie zajrzeli do księgarni? Pobyli tam z pół godziny, po czym wyszli z trzema nowymi książkami. Następnie odwiedzili cukiernię i zakupili kilka ciastek dla sióstr Lucy, a na końcu Adam kupił dla swej żony czerwony szalik. Co prawda jak na razie temperatura na zewnątrz nie spadała poniżej dziesięciu stopni Celsjusza, ale warto się na przyszłość zabezpieczyć. Gdy opuszczali galerię znów zauważyli Alberta i Rachel. Trzymali się za ręce i o czymś z ożywieniem dyskutowali:
-Może jednak zaczepmy ich?- Prosił Adam
-Nie. Daj im się sobą nacieszyć.- Skarciła go, po czym wsiedli do samochodu i wrócili do domu.
Na miejscu zostali poinformowani, że pan Arthur wraz z żoną wyszli na bankiet do przyjaciela pana rezydencji i prawdopodobnie wrócą za dwa dni. Młodzi spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem, aż w końcu Adam pociągnął Lucy za sobą do swojego pokoju:
-Wszystko w porządku?- Zapytała, gdy już znaleźli się sam na sam
-Mhm.- Mruknął stojąc do niej tyłem; zrzucił z siebie płaszcz, który ciężko opadł na podłogę, po czym niespodziewanie jego usta przyległy do jej ust. Nawet nie zauważyła kiedy już leżała na łóżku, bez okrycia wierzchniego i butów, a nad nią pochylał się Adam z błyskiem w oczach i łobuzerskim uśmiechem. Wyglądał cudownie. Jak chłopiec, dla którego gotowa byłaby sprzedać duszę samemu diabłu lub pójść za nim do piekła. Czule pogłaskała jego policzek dłonią, a on delikatnie obrócił w miejscu głowę i pocałował wnętrze jej dłoni, po czym spojrzał na nią wzrokiem psa, który żąda, by go głaskać właśnie w ten sposób. Więc pieściła dłonią jego policzek, aż w końcu zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Tak niebezpiecznie blisko, że czuła jego spokojny oddech na swoim zarumienionym policzku. Spojrzał jej tak głęboko w oczy, aż miała wrażenie, że zagląda jej w duszę. Złożyła pocałunek na jego ustach, a on czule ją objął. I mniej więcej właśnie w taki sposób spędzili resztę wieczoru.
Nazajutrz doszedł do nich list, a konkretniej zaproszenie. Było to zaproszenie na ślub, ale nie byle jaki, tylko ślub Alberta i Rachel:
-A jednak.- Ucieszył się Adam
-Widzisz. Mówiłam, żeby ich nie zaczepiać.- Przekonała go o słuszności swojego postępowania Lucy
-No dobra, miałaś rację. Zadowolona?
-Mhm.- Przytaknęła, po czym wspięła się na palce i pocałowała go w policzek
-Ślub odbędzie się za tydzień. Jedziemy po kreację?- Zaproponował, a ona sie zgodziła.
Po kryjomu podczas zakupów wstąpiła do apteki ,,po kremik". Na ogół nie potrzebowała nowych ubrań, ale Adam się uparł, by coś sobie wybrała, niezależnie od ceny. Po sklepach szwendali się tylko godzinę.
Kiedy tylko wrócili do domu Lucy zaszyła się w łazience ze swoim ,,kremikiem", którym oczywiście był test ciążowy. Był pozytywny...
-Z jakiej to okazji?- Zapytała, gdy jej je wręczał
-Nie mogę kupić mojej żonie kwiatów bez okazji?- Zapytał sie wesołym, lekko urażonym tonem
-Coś musiałeś przeskrobać. Gadaj.- Nakazała; zdziwiła się, że odkąd tu jest stopniowo stawała sie bardziej pewna siebie, aż czasami ją to niepokoiło.
-Oj no, daj spokój. Chcę ci tylko podziękować, za TAMTEN wieczór.- Odpowiedział lekko zakłopotany
-Z takim opóźnieniem?- Zapytała unosząc jedną brew
-Błagam, daruj mi te spóźnione podziękowania.- Ukląkł na kolano
-No dobra. Wstawaj.- Lekko się pochyliła i pocałowała go w jego blond włosy, które cudownie pachniały, a on wstał i znów zdała sobie sprawą z tego, jaki jest wysoki.
-Może gdzieś dzisiaj wyjdziemy?- Zaproponował- Kino? Kolacja? Chyba to wam, kobietom, się podoba, prawda?
-Hmm. Kino brzmi fajnie, ale kolację wolę zjeść w domu.- Odparła
-W domu? Chcesz jechać do rodziców?- Zapytał lekko zbity z tropu
-Byłoby fajnie ich odwiedzić, ale nie zdążymy. Przecież jest już piętnasta, a jutro mam do szkoły na ósmą. Bardziej chodziło mi o zjedzenie czegoś tutaj.- Sprecyzowała
-Więc dobrze. W piątek pojedziemy po lekcjach do twoich rodziców. A do domu wrócimy w niedzielę. Może być?- Zaproponował. Adam nic nie miał do rodziców Lucy, bardzo ich lubił, a w szczególności jej matkę.
- Na serio?- Zapytała nie dowierzając.
-Mhm.- Przytaknął i przygarnął ją do siebie- To co idziemy do tego kina?- Pokiwała energicznie głową, po czym ubrali się w płaszcze i wyszli.
W galerii, przed seansem zauważyli Rachel i Alberta, gdy razem szli do sklepu z biżuterią. Adam chciał do nich podejść i zagadać, ale Lucy zaprotestowała pod pretekstem, ,,by dał im trochę prywatności":
-Gdyby chcieli z nami gdzieś wyjść, to by po nas zadzwonili.- Zauważyła
-Masz rację.- Zgodził się- Wyglądają na szczęśliwych.- Oparł swoją głowę o jej głowę, przez co rozbolał go kręgosłup
-Nie przeszkadzajmy im. Może po seansie ich spotkamy?
-Byłoby nieźle. Ciekaw jestem tylko jednego: od kiedy Rachel umawia się z Albertem? Przecież ona go nienawidziła.- Próbował jakoś rozwikłać tą zagadkę
-Nie wiem, ale wiem, że go nie nienawidziła. Była po prostu na niego obrażona, ale lubiła go.- Odpowiedziała częściowo na jego pytanie
-A ty niby skąd to wiesz?
-Jak się jest dziewczyną i całkiem nieźle zna się Rachel, to się wie to i owo.- Zaśmiała się.
Dalej ich rozmowa zeszła na inny tor, a w między czasie zdołali kupić bilety i skierować się do sali, gdzie miał być wyświetlony film. Jak się okazało nastąpiła awaria sprzętu i niestety seans się nie odbędzie, jednak w ramach rekompensaty można pójść na filmy do sal obok lub zwyczajnie wrócić do kasy i poprosić o zwrot pieniędzy. Jako, iż obok właśnie leciał horror, Adam namówił Lucy, aby na niego pójść. Co prawda protestowała trochę, ale w końcu uległa jego prośbom i kilka minut później siedzieli w innej sali i oglądali inny film. Ku szczęściu Lucy, horror był mało straszny, więc nie umarła w kinowym fotelu. Natomiast Adam był zawiedziony i gotowy do pobić kasjera, aby oddał mu stracone pieniądze, ale Lucy stwierdziła, że nie było aż tak źle.
Tak więc po wpół udanym seansie udali się na małe zakupy. W końcu co to byłby za wypad do galerii, gdyby nie zajrzeli do księgarni? Pobyli tam z pół godziny, po czym wyszli z trzema nowymi książkami. Następnie odwiedzili cukiernię i zakupili kilka ciastek dla sióstr Lucy, a na końcu Adam kupił dla swej żony czerwony szalik. Co prawda jak na razie temperatura na zewnątrz nie spadała poniżej dziesięciu stopni Celsjusza, ale warto się na przyszłość zabezpieczyć. Gdy opuszczali galerię znów zauważyli Alberta i Rachel. Trzymali się za ręce i o czymś z ożywieniem dyskutowali:
-Może jednak zaczepmy ich?- Prosił Adam
-Nie. Daj im się sobą nacieszyć.- Skarciła go, po czym wsiedli do samochodu i wrócili do domu.
Na miejscu zostali poinformowani, że pan Arthur wraz z żoną wyszli na bankiet do przyjaciela pana rezydencji i prawdopodobnie wrócą za dwa dni. Młodzi spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem, aż w końcu Adam pociągnął Lucy za sobą do swojego pokoju:
-Wszystko w porządku?- Zapytała, gdy już znaleźli się sam na sam
-Mhm.- Mruknął stojąc do niej tyłem; zrzucił z siebie płaszcz, który ciężko opadł na podłogę, po czym niespodziewanie jego usta przyległy do jej ust. Nawet nie zauważyła kiedy już leżała na łóżku, bez okrycia wierzchniego i butów, a nad nią pochylał się Adam z błyskiem w oczach i łobuzerskim uśmiechem. Wyglądał cudownie. Jak chłopiec, dla którego gotowa byłaby sprzedać duszę samemu diabłu lub pójść za nim do piekła. Czule pogłaskała jego policzek dłonią, a on delikatnie obrócił w miejscu głowę i pocałował wnętrze jej dłoni, po czym spojrzał na nią wzrokiem psa, który żąda, by go głaskać właśnie w ten sposób. Więc pieściła dłonią jego policzek, aż w końcu zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Tak niebezpiecznie blisko, że czuła jego spokojny oddech na swoim zarumienionym policzku. Spojrzał jej tak głęboko w oczy, aż miała wrażenie, że zagląda jej w duszę. Złożyła pocałunek na jego ustach, a on czule ją objął. I mniej więcej właśnie w taki sposób spędzili resztę wieczoru.
***
-A jednak.- Ucieszył się Adam
-Widzisz. Mówiłam, żeby ich nie zaczepiać.- Przekonała go o słuszności swojego postępowania Lucy
-No dobra, miałaś rację. Zadowolona?
-Mhm.- Przytaknęła, po czym wspięła się na palce i pocałowała go w policzek
-Ślub odbędzie się za tydzień. Jedziemy po kreację?- Zaproponował, a ona sie zgodziła.
Po kryjomu podczas zakupów wstąpiła do apteki ,,po kremik". Na ogół nie potrzebowała nowych ubrań, ale Adam się uparł, by coś sobie wybrała, niezależnie od ceny. Po sklepach szwendali się tylko godzinę.
Kiedy tylko wrócili do domu Lucy zaszyła się w łazience ze swoim ,,kremikiem", którym oczywiście był test ciążowy. Był pozytywny...
Rozdział 34 Ciche dni
Przez cały tydzień, od odwiedzin Nathaniel'a, Adam mało się do kogokolwiek odzywał, co Lucy bardzo niepokoiło. Blondyn wstawał rano, zawoził ją bez słowa do szkoły, odbierał i dalej ich drogi się rozchodziły. Często jeździł do fabryki, aby poskładać kilka zegarków ręcznie albo ogarnąć dokumenty, a przynajmniej tak twierdził Albert, który jako jedyny utrzymywał bliższy kontakt z Adamem, poprzez SMS-y. Bardzo martwiła się o swojego męża. W końcu w sobotę nie wytrzymała. Weszła do jego pokoju bez pukania i zastała w nim niecodzienny widok. Adam stał przed lustrem obnażony od pasa w górę i przyglądał się swojej bliźnie. Kiedy spostrzegł, że Lucy stoi w drzwiach posłał jej ciepły uśmiech i zapytał:
-Potrzebujesz czegoś?- Zadał jej pytanie zakładając czarną koszulkę
-Nie.- Mruknęła zdezorientowana- Po prostu...- Nie wiedziała jak dobrać słowa-... Po prostu byłeś jakiś dziwny przez ten tydzień i ... Martwiłam się o ciebie.- Wyznała nawijając pasemko swoich brązowych włosów na palec wskazujący. Nawet nie zauważyła, kiedy Adam podszedł do niej i przytulił ją do siebie. Skapnęła sie dopiero, kiedy poczuła przyjemny zapach lasu i perfum. Objęła go mocno i przycisnęła swoją głowę do jego klatki piersiowej:
-Musiałem sobie przemyśleć kilka spraw.- Odparł- Przepraszam, że cię zmartwiłem. Już ze mną wszystko w porządku.- Zapewnił lekko odsuwając ją od siebie, aby spojrzeć jej w oczy- No już, nie smuć się. Z Nathaniel'em wszystko sobie wyjaśniliśmy.- To ją zaskoczyło
-Jak to?- Nie dowierzała
-No, normalnie. Spotkaliśmy się kilka razy, porozmawialiśmy na spokojnie, szczerze. Już wszystko wiem. Nie mam do niego żalu, a do blizny się już przyzwyczaiłem.- Pocieszył ją- Ach, ale ze mnie egoista. Ciągle myślałem o swoim problemie, a nawet nie zauważyłem, że potrzebujesz mojej uwagi. Wynagrodzę ci to jakoś, obiecuję.- Pocałował ją w czoło i pogłaskał po głowie
-Na pewno już wszystko w porządku?- Zapytała, aby się upewnić
-Tak.- Posłał jej radosny uśmiech, po czym usiadł przy biurku i zaczął coś skręcać, co oznaczało, że nie ma ochoty na rozmowę. Niby uspokojona opuściła jego pokój i wróciła do swojego. Położyła się na łóżku i starała zasnąć, ale nie dawała rady. Ciągle przewracała się z boku na bok. Chciała wstać i pójść do niego, położyć się u jego boku i zasnąć, ale nie miała odwagi. Na pewno już spał, a jeżeli nie to w tej chwili nie jest zbyt chętny do przyjmowania gości. Musi mu dać więcej czasu. Za kilka dni może wszystko wróci do normy. Przecież przez kilka lat myślał, że najlepszy przyjaciel, prawie jak młodszy brat, od początku miał wobec niego złe intencje, a tu się okazuje, że zabito mu siostrę...
Lucy miała dość leżenia. Za dużo myślała i to nie pozwalało jej zasnąć, więc wstała z łóżka, nałożyła jedną ze swoich bluz i boso wyszła na dwór, a przynajmniej na rozległy taras za domem. Stała i wdychała chłodne nocne powietrze i wpatrywała się w gwiazdy, które tworzyły na niebie miliony konstelacji. Aż przypomniała się jej noc, kiedy Adam pokazał jej neonowe serce. Sam wtedy jeździł i prosił, by o danej godzinie zapalono te światła. Jakie to było z jego strony urocze i romantyczne. Westchnęła i oparła ręce o kamienną barierkę. Była lodowata, ale jej to nie przeszkadzało. Zadarła głowę do góry i zabrała się za szukanie wielkiego wozu. I go znalazła. Był odrobinę przesunięty, chociaż tak na prawdę to ona znajdowała się w innym miejscu. Zazwyczaj podziwiała gwiazdy ze strychu swojego domu. Tata zrobił tam małe obserwatorium, więc mogła kiedy tylko chciała podziwiać gwiazdy. Poczuła lekki skurcz serca, gdy pomyślała o domu. Fakt, tutaj było jej dobrze, ale za domem zawsze będzie tęskniła. Niezależnie jak bardzo będzie jej dobrze. Dom to dom, a w szczególności rodzinny. Pomyślała o swoich siostrach. Jennifer na pewno już śpi, a jak nie to siedzą z Kali i rozmawiają o Bóg wie czym. Z kolei Kali może siedzieć na facecbook'u i pisać ze znajomymi, przeglądać sklepy internetowe z ubraniami lub przeglądać modowe blogi. Dla niej jest jeszcze za wcześnie na sen. Mama albo czyta jakąś książkę albo rozmawia z ojcem albo śpi. Co tata mógłby robić to nie miała pojęcia. Rzadko się z nim widywali, zazwyczaj tylko przy posiłkach. Poczuła jak po jej policzku spływa łza. Nie wiedziała dlaczego. Nie było jej ani smutno, ani przykro. Sama z siebie poleciała. Szybko rękawem bluzy ją wytarła i jej rozmyślenia rozwiały się jak teraz liście na wietrze. Jeszcze przez chwilę popatrzyła na nocny krajobraz, po czym wróciła do swojego pokoju. Już kładła się do łóżka, gdy usłyszała nieśmiałe pukanie do drzwi. ,,To na pewno Yuki. Widziała jak stoję boso na wietrze i przyszła dać mi jakieś leki" pomyślała i nie za głośno zaprosiła gościa do środka:
-Nie śpisz jeszcze?- Zdziwił się wysoki blondyn
-Nie.- Odpowiedziała krótko- Myślałam, że chcesz być sam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie.- Była lekko poirytowana jego zachowaniem, chciała być blisko niego i go wspierać, a on ją po prostu odstawiał na półkę jak zabawkę
-Bo chciałem być.- Westchnął- Ale... jakoś tak, dziwnie mi bez ciebie.- Wyznał siadając obok niej na łóżku.
-Minął już ponad miesiąc odkąd się znamy.- Stwierdziła- I zdążyłeś się aż tak do mnie przywiązać?
-Mhm.- Przytaknął i splótł swoją dłoń z jej dłonią- Jesteś urocza, gdy się martwisz, wiesz?- Lucy była prawie pewna, że chce jej coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć
-Wstydzisz się swojej blizny?- Wypaliła nagle, po czym zakryła ręką usta; ta myśl ciągle zaprzątała jej głowę, ale jej nigdy nie wypowiedziała na głos, aby nie zranić Adama, do teraz.
-Ech.- Westchnął i opuścił głowę
-Adam, ja...- Nie dokończyła, bo zaczął mówić
-Na początku nienawidziłem jej i starałem się ją ukrywać najlepiej jak potrafię. I w sumie myślałem, że przed tobą też zdołam ją ukryć, ale jak widać nie udało mi się.- Zaśmiał się bez krztyny wesołości w głosie- Szczerze mówiąc, teraz nie przeszkadza mi, ale wolałbym się nią nie chwalić. Nie jest z gatunku tych, którzy bohaterowie mogą się nią chwalić po wygranej bitwie, bo ani nie wygrałem żadnej bitwy, a nawet wręcz przeciwnie, ani nie jestem bohaterem.- Przetarł drugą dłonią swoją zmęczoną twarz. Jak widać to był jego czuły punkt.
-Dla mnie jesteś.- Dotknęła wolą dłonią jego policzka i popatrzyła mu w oczy- Nie każdy może wybaczyć zdradę... I kradzież.- Dodała po krótkim namyśle- A blizna nie jest czymś złym. Pokazuje tylko jak wiele człowiek przeszedł w życiu. Zobacz, też mam bliznę.- Odsłoniła miejsce koło ucha, które o dziwo zawsze miała zakryte i nikt nawet tego nie zauważał. Na żuchwie miała niewielką szramę, może wielkości pomadki do ust- Miałam wtedy siedem lat, gdy do naszego domu włamał się złodziej. Chciał mnie najpierw zabić, a później okraść, więc przystawił mi nóż do szyi, ale w tym momencie do pokoju weszła pokojówka i przejechał ostrzem po mojej szczęce. Zakładano mi szwy i kazano smarować ranę jakimiś kremami, ale to nie dawało rezultatów. I to tyle. Widzisz? Też nie brałam udziału w żadnej walce, ani nie jestem bohaterką. Jestem tylko ofiarą, która miała być zabita, nikim więcej. Miałam nieżyć.- Wyznała i wyprostowała się na samo wspomnienie- Nadal twierdzisz, że masz powody do wstydzenia się swojej blizny?- Zapytała wyzywająco, a on patrzył na nią jak na bohaterkę...
-Potrzebujesz czegoś?- Zadał jej pytanie zakładając czarną koszulkę
-Nie.- Mruknęła zdezorientowana- Po prostu...- Nie wiedziała jak dobrać słowa-... Po prostu byłeś jakiś dziwny przez ten tydzień i ... Martwiłam się o ciebie.- Wyznała nawijając pasemko swoich brązowych włosów na palec wskazujący. Nawet nie zauważyła, kiedy Adam podszedł do niej i przytulił ją do siebie. Skapnęła sie dopiero, kiedy poczuła przyjemny zapach lasu i perfum. Objęła go mocno i przycisnęła swoją głowę do jego klatki piersiowej:
-Musiałem sobie przemyśleć kilka spraw.- Odparł- Przepraszam, że cię zmartwiłem. Już ze mną wszystko w porządku.- Zapewnił lekko odsuwając ją od siebie, aby spojrzeć jej w oczy- No już, nie smuć się. Z Nathaniel'em wszystko sobie wyjaśniliśmy.- To ją zaskoczyło
-Jak to?- Nie dowierzała
-No, normalnie. Spotkaliśmy się kilka razy, porozmawialiśmy na spokojnie, szczerze. Już wszystko wiem. Nie mam do niego żalu, a do blizny się już przyzwyczaiłem.- Pocieszył ją- Ach, ale ze mnie egoista. Ciągle myślałem o swoim problemie, a nawet nie zauważyłem, że potrzebujesz mojej uwagi. Wynagrodzę ci to jakoś, obiecuję.- Pocałował ją w czoło i pogłaskał po głowie
-Na pewno już wszystko w porządku?- Zapytała, aby się upewnić
-Tak.- Posłał jej radosny uśmiech, po czym usiadł przy biurku i zaczął coś skręcać, co oznaczało, że nie ma ochoty na rozmowę. Niby uspokojona opuściła jego pokój i wróciła do swojego. Położyła się na łóżku i starała zasnąć, ale nie dawała rady. Ciągle przewracała się z boku na bok. Chciała wstać i pójść do niego, położyć się u jego boku i zasnąć, ale nie miała odwagi. Na pewno już spał, a jeżeli nie to w tej chwili nie jest zbyt chętny do przyjmowania gości. Musi mu dać więcej czasu. Za kilka dni może wszystko wróci do normy. Przecież przez kilka lat myślał, że najlepszy przyjaciel, prawie jak młodszy brat, od początku miał wobec niego złe intencje, a tu się okazuje, że zabito mu siostrę...
Lucy miała dość leżenia. Za dużo myślała i to nie pozwalało jej zasnąć, więc wstała z łóżka, nałożyła jedną ze swoich bluz i boso wyszła na dwór, a przynajmniej na rozległy taras za domem. Stała i wdychała chłodne nocne powietrze i wpatrywała się w gwiazdy, które tworzyły na niebie miliony konstelacji. Aż przypomniała się jej noc, kiedy Adam pokazał jej neonowe serce. Sam wtedy jeździł i prosił, by o danej godzinie zapalono te światła. Jakie to było z jego strony urocze i romantyczne. Westchnęła i oparła ręce o kamienną barierkę. Była lodowata, ale jej to nie przeszkadzało. Zadarła głowę do góry i zabrała się za szukanie wielkiego wozu. I go znalazła. Był odrobinę przesunięty, chociaż tak na prawdę to ona znajdowała się w innym miejscu. Zazwyczaj podziwiała gwiazdy ze strychu swojego domu. Tata zrobił tam małe obserwatorium, więc mogła kiedy tylko chciała podziwiać gwiazdy. Poczuła lekki skurcz serca, gdy pomyślała o domu. Fakt, tutaj było jej dobrze, ale za domem zawsze będzie tęskniła. Niezależnie jak bardzo będzie jej dobrze. Dom to dom, a w szczególności rodzinny. Pomyślała o swoich siostrach. Jennifer na pewno już śpi, a jak nie to siedzą z Kali i rozmawiają o Bóg wie czym. Z kolei Kali może siedzieć na facecbook'u i pisać ze znajomymi, przeglądać sklepy internetowe z ubraniami lub przeglądać modowe blogi. Dla niej jest jeszcze za wcześnie na sen. Mama albo czyta jakąś książkę albo rozmawia z ojcem albo śpi. Co tata mógłby robić to nie miała pojęcia. Rzadko się z nim widywali, zazwyczaj tylko przy posiłkach. Poczuła jak po jej policzku spływa łza. Nie wiedziała dlaczego. Nie było jej ani smutno, ani przykro. Sama z siebie poleciała. Szybko rękawem bluzy ją wytarła i jej rozmyślenia rozwiały się jak teraz liście na wietrze. Jeszcze przez chwilę popatrzyła na nocny krajobraz, po czym wróciła do swojego pokoju. Już kładła się do łóżka, gdy usłyszała nieśmiałe pukanie do drzwi. ,,To na pewno Yuki. Widziała jak stoję boso na wietrze i przyszła dać mi jakieś leki" pomyślała i nie za głośno zaprosiła gościa do środka:
-Nie śpisz jeszcze?- Zdziwił się wysoki blondyn
-Nie.- Odpowiedziała krótko- Myślałam, że chcesz być sam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie.- Była lekko poirytowana jego zachowaniem, chciała być blisko niego i go wspierać, a on ją po prostu odstawiał na półkę jak zabawkę
-Bo chciałem być.- Westchnął- Ale... jakoś tak, dziwnie mi bez ciebie.- Wyznał siadając obok niej na łóżku.
-Minął już ponad miesiąc odkąd się znamy.- Stwierdziła- I zdążyłeś się aż tak do mnie przywiązać?
-Mhm.- Przytaknął i splótł swoją dłoń z jej dłonią- Jesteś urocza, gdy się martwisz, wiesz?- Lucy była prawie pewna, że chce jej coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć
-Wstydzisz się swojej blizny?- Wypaliła nagle, po czym zakryła ręką usta; ta myśl ciągle zaprzątała jej głowę, ale jej nigdy nie wypowiedziała na głos, aby nie zranić Adama, do teraz.
-Ech.- Westchnął i opuścił głowę
-Adam, ja...- Nie dokończyła, bo zaczął mówić
-Na początku nienawidziłem jej i starałem się ją ukrywać najlepiej jak potrafię. I w sumie myślałem, że przed tobą też zdołam ją ukryć, ale jak widać nie udało mi się.- Zaśmiał się bez krztyny wesołości w głosie- Szczerze mówiąc, teraz nie przeszkadza mi, ale wolałbym się nią nie chwalić. Nie jest z gatunku tych, którzy bohaterowie mogą się nią chwalić po wygranej bitwie, bo ani nie wygrałem żadnej bitwy, a nawet wręcz przeciwnie, ani nie jestem bohaterem.- Przetarł drugą dłonią swoją zmęczoną twarz. Jak widać to był jego czuły punkt.
-Dla mnie jesteś.- Dotknęła wolą dłonią jego policzka i popatrzyła mu w oczy- Nie każdy może wybaczyć zdradę... I kradzież.- Dodała po krótkim namyśle- A blizna nie jest czymś złym. Pokazuje tylko jak wiele człowiek przeszedł w życiu. Zobacz, też mam bliznę.- Odsłoniła miejsce koło ucha, które o dziwo zawsze miała zakryte i nikt nawet tego nie zauważał. Na żuchwie miała niewielką szramę, może wielkości pomadki do ust- Miałam wtedy siedem lat, gdy do naszego domu włamał się złodziej. Chciał mnie najpierw zabić, a później okraść, więc przystawił mi nóż do szyi, ale w tym momencie do pokoju weszła pokojówka i przejechał ostrzem po mojej szczęce. Zakładano mi szwy i kazano smarować ranę jakimiś kremami, ale to nie dawało rezultatów. I to tyle. Widzisz? Też nie brałam udziału w żadnej walce, ani nie jestem bohaterką. Jestem tylko ofiarą, która miała być zabita, nikim więcej. Miałam nieżyć.- Wyznała i wyprostowała się na samo wspomnienie- Nadal twierdzisz, że masz powody do wstydzenia się swojej blizny?- Zapytała wyzywająco, a on patrzył na nią jak na bohaterkę...
piątek, 9 grudnia 2016
Rozdział 33 Motywy
-Czemu akurat ze mną chcesz o tym rozmawiać?- Zapytała się go Lucy, gdy sam na sam usiadła z Nathaniel'em w salonie. Tymczasem Adam miał czekać na korytarzu i nie podsłuchiwać.
-Bo on nie będzie chciał mnie słuchać.- Wyjaśnił- A poza tym, nie chce mu mówić tego w twarz. I tak już nisko upadłem...
-Więc, w takim razie opowiedz mi wszystko. Łącznie z powodami i lepiej, żeby były one dobre.- Nie ukrywała, że była na niego wściekła. Ogółem Nathaniel sprawiał wrażenie uprzejmego i sympatycznego, ale teraz wyglądał jak zbity pies, oczy miał podkrążone i cuchnął cygarami.
-Ech. Wszystko się zaczęło odkąd zacząłem pomagać Adamowi w fabryce. Moja starsza siostra poznała jednego typka, który zabierał ją na jakieś przejażdżki. Pewnego dnia nie wróciła do domu na noc. Rodzice pomyśleli, że poszła do koleżanki, więc się o nią nie martwili. Kiedy wróciłem do domu po szkole, nadal jej nie było, a gdy wszedłem do swojego pokoju na biurku leżała kartka z napisem ,,Mamy twoją siostrę. Nikomu ani słowa, bo będzie martwa. Przynieś coś o wartości trzech milionów przed północą za dwa dni. Znajdziemy cię, gdziekolwiek będziesz". I przez dwa dni ukrywałem porwanie mojej siostry, a w między czasie napadłem na Adama i ukradłem tyle zegarków ile dałem radę. Kiedy się z nimi spotkałem, powiedzieli, że moja siostra nie żyje i lepiej żebym oddał im te zegarki, bo mnie też zabiją, więc oddałem im wszystko to co ukradłem.- Gdy to mówił jego ton wyrażał skruchę i rozpacz. Zrobiło jej się go szkoda. Stracił siostrę i najlepszego przyjaciela. - Dalej wszystko potoczyło się dosyć szybko. Zwłoki mojej siostry odnalazł w rzece jakiś Robotnik i uznano to za zwyczajne morderstwo. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Nie powiedziałem co wydarzyło się naprawdę.- Westchnął i kontynuował- Za napad z kradzieżą musiałem zapłacić kolosalne odszkodowanie: za ukradzione zegarki i za chirurga, który zaszył plecy Adama.- Przez chwilę milczał- I oto cała historia. Nie oczekuję od ciebie, że mnie zrozumiesz albo, że będziesz mi współczuć. Nie chcę tego. Chcę tylko, aby Adam wiedział, że jest mi przykro, że żałuję tego, co zrobiłem. Niczego nie zyskałem, ale wszystko straciłem. Starszą siostrę, przyjaciół, znajomych, rodzice przestali mi ufać, rodzina się od nas odwróciła, sąsiedzi. Przenieśliśmy się do innej dzielnicy. Teraz powoli zaczynam wszystko od nowa, w miejscu, gdzie nikt nie zna mojej przeszłości i nikt nie widzi we mnie bandyty, złodzieja...- Przerwał na chwilę i już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął; chwilę milczał, aż w końcu znów się odezwał- Będę się już zbierał. Zanim ktokolwiek zauważy, że tutaj byłem.- Wstał z kanapy i ruszył do wyjścia
-Nathaniel!- Zawołała za nim Lucy próbując go dogonić, zanim opuści salon- Poczekaj.- Zatrzymał się niechętnie i obrócił na pięcie- Posłuchaj. Przepraszam cię, za to, że...- Słowa utkwiły jej w gardle- Za to, że cię spoliczkowałam.- Zarumieniła się, a on o dziwo delikatnie uśmiechną i położył swoje ręce na jej ramionach
-Nie musisz przepraszać. Niczego nie wiedziałaś, a poza tym zasłużyłem sobie.- Teraz wyglądał troche lepiej niż przed paroma minutami.
-Mam to wszystko opowiedzieć Adamowi?- Zapytała patrząc się w jego zielone, spokojne oczy, które w tej chwili wyrażały smutek i wdzięczność
-Tak, ale wtedy, kiedy już wyjdę. I proszę, nie mówcie rodzicom Adama, że tutaj byłem.- Zdjął swoje dłonie z jej ramion i wyszedł. Tak po prostu, bez żadnego cześć czy do widzenia...
Gdy tylko Nathaniel wyszedł z salonu, Adam do niego wszedł:
-I co ci powiedział?- Dopytywał się zaciekle
-Może lepiej usiądźmy.- Zaproponowała lekko skołowana i wzięła go za rękę, poczuła się bardziej pewnie- To jest... Dosyć osobliwa historia.- Uprzedziła, a on zniecierpliwiony kiwnął głową, więc zaczęła mu opowiadać. Powiedziała wszystko to, co jej powiedziano. W trakcie opowiadania twarz Adama robiła się bardziej łagodna, czasami malowało się na niej zaskoczenie lub smutek.
Kiedy już skończyła opowiadać, podziękował i tak samo jak Nathaniel, wyszedł bez słowa.
Nie wiedziała co ma z sobą zrobić, ale chyba powinna dać czas Adamowi, aby sam na spokojnie wszystko sobie przemyślał. Skierowała swe kroki do pokoju muzycznego. Tam zawsze znajdowała ukojenie. Zasiadła przy fortepianie i zagrała ,,Halo" Beyonce. Była to przygnębiając piosenka, ale w sumie dla Lucy było to bez znaczenia, bo odwzorowywała jej obecne emocje. Nie chciała śpiewać, po prostu grała.
-Bo on nie będzie chciał mnie słuchać.- Wyjaśnił- A poza tym, nie chce mu mówić tego w twarz. I tak już nisko upadłem...
-Więc, w takim razie opowiedz mi wszystko. Łącznie z powodami i lepiej, żeby były one dobre.- Nie ukrywała, że była na niego wściekła. Ogółem Nathaniel sprawiał wrażenie uprzejmego i sympatycznego, ale teraz wyglądał jak zbity pies, oczy miał podkrążone i cuchnął cygarami.
-Ech. Wszystko się zaczęło odkąd zacząłem pomagać Adamowi w fabryce. Moja starsza siostra poznała jednego typka, który zabierał ją na jakieś przejażdżki. Pewnego dnia nie wróciła do domu na noc. Rodzice pomyśleli, że poszła do koleżanki, więc się o nią nie martwili. Kiedy wróciłem do domu po szkole, nadal jej nie było, a gdy wszedłem do swojego pokoju na biurku leżała kartka z napisem ,,Mamy twoją siostrę. Nikomu ani słowa, bo będzie martwa. Przynieś coś o wartości trzech milionów przed północą za dwa dni. Znajdziemy cię, gdziekolwiek będziesz". I przez dwa dni ukrywałem porwanie mojej siostry, a w między czasie napadłem na Adama i ukradłem tyle zegarków ile dałem radę. Kiedy się z nimi spotkałem, powiedzieli, że moja siostra nie żyje i lepiej żebym oddał im te zegarki, bo mnie też zabiją, więc oddałem im wszystko to co ukradłem.- Gdy to mówił jego ton wyrażał skruchę i rozpacz. Zrobiło jej się go szkoda. Stracił siostrę i najlepszego przyjaciela. - Dalej wszystko potoczyło się dosyć szybko. Zwłoki mojej siostry odnalazł w rzece jakiś Robotnik i uznano to za zwyczajne morderstwo. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Nie powiedziałem co wydarzyło się naprawdę.- Westchnął i kontynuował- Za napad z kradzieżą musiałem zapłacić kolosalne odszkodowanie: za ukradzione zegarki i za chirurga, który zaszył plecy Adama.- Przez chwilę milczał- I oto cała historia. Nie oczekuję od ciebie, że mnie zrozumiesz albo, że będziesz mi współczuć. Nie chcę tego. Chcę tylko, aby Adam wiedział, że jest mi przykro, że żałuję tego, co zrobiłem. Niczego nie zyskałem, ale wszystko straciłem. Starszą siostrę, przyjaciół, znajomych, rodzice przestali mi ufać, rodzina się od nas odwróciła, sąsiedzi. Przenieśliśmy się do innej dzielnicy. Teraz powoli zaczynam wszystko od nowa, w miejscu, gdzie nikt nie zna mojej przeszłości i nikt nie widzi we mnie bandyty, złodzieja...- Przerwał na chwilę i już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął; chwilę milczał, aż w końcu znów się odezwał- Będę się już zbierał. Zanim ktokolwiek zauważy, że tutaj byłem.- Wstał z kanapy i ruszył do wyjścia
-Nathaniel!- Zawołała za nim Lucy próbując go dogonić, zanim opuści salon- Poczekaj.- Zatrzymał się niechętnie i obrócił na pięcie- Posłuchaj. Przepraszam cię, za to, że...- Słowa utkwiły jej w gardle- Za to, że cię spoliczkowałam.- Zarumieniła się, a on o dziwo delikatnie uśmiechną i położył swoje ręce na jej ramionach
-Nie musisz przepraszać. Niczego nie wiedziałaś, a poza tym zasłużyłem sobie.- Teraz wyglądał troche lepiej niż przed paroma minutami.
-Mam to wszystko opowiedzieć Adamowi?- Zapytała patrząc się w jego zielone, spokojne oczy, które w tej chwili wyrażały smutek i wdzięczność
-Tak, ale wtedy, kiedy już wyjdę. I proszę, nie mówcie rodzicom Adama, że tutaj byłem.- Zdjął swoje dłonie z jej ramion i wyszedł. Tak po prostu, bez żadnego cześć czy do widzenia...
Gdy tylko Nathaniel wyszedł z salonu, Adam do niego wszedł:
-I co ci powiedział?- Dopytywał się zaciekle
-Może lepiej usiądźmy.- Zaproponowała lekko skołowana i wzięła go za rękę, poczuła się bardziej pewnie- To jest... Dosyć osobliwa historia.- Uprzedziła, a on zniecierpliwiony kiwnął głową, więc zaczęła mu opowiadać. Powiedziała wszystko to, co jej powiedziano. W trakcie opowiadania twarz Adama robiła się bardziej łagodna, czasami malowało się na niej zaskoczenie lub smutek.
Kiedy już skończyła opowiadać, podziękował i tak samo jak Nathaniel, wyszedł bez słowa.
Nie wiedziała co ma z sobą zrobić, ale chyba powinna dać czas Adamowi, aby sam na spokojnie wszystko sobie przemyślał. Skierowała swe kroki do pokoju muzycznego. Tam zawsze znajdowała ukojenie. Zasiadła przy fortepianie i zagrała ,,Halo" Beyonce. Była to przygnębiając piosenka, ale w sumie dla Lucy było to bez znaczenia, bo odwzorowywała jej obecne emocje. Nie chciała śpiewać, po prostu grała.
sobota, 3 grudnia 2016
Rozdział 32 Odwiedziny zdrajcy
Kiedy wrócili do domu, każde zajęło się własnymi sprawami. Lucy musiała przygotować sobie sama ubrania do szkoły, gdyż Yuki została pilnie wezwana do domu. W sumie to nie był dla niej jakiś wybitnie wielki problem. Potrafiła sama o siebie zadbać. Kiedy skończyła się pakować i szykować sobie ubrania wyszła na korytarz i niemal natychmiast natknęła się na Chris'a:
-Witaj panienko. - Uśmiechnął się przyjaźnie do niej i już chciał ją wyminąć
-Chris, poczekaj.
-Hm?- Odwrócił się do niej z zapytaniem wymalowanym na twarzy
-Z Adamem wszystko w porządku? Jak długo będzie zajęty?- Dopytywała się
-A czemu ma być z nim coś nie w porządku? Panicz ma się świetnie. A co do jego czasu, to przez jeszcze jakieś trzy godziny nie będzie go w domu. Teraz jest w fabryce i pomaga panu Arthurowi w sprawach papierkowych.- Poinformował ją
-A Yvette?
-Pani Yvette jest w tej chwili u koleżanki, na drugim końcu miasta, na zebraniu kobiet niepracujących, które jest organizowane przez kobiety z okolicy, ale ona się zapisał, gdyż zrobiła to jej rywalka i chce ją zdenerwować. Ach.- Wszystko wypowiedział na jednym oddechu
-Dziękuję ci Chris.- Podziękowała mu i wróciła do swojego pokoju.
Teoretycznie była sama w domu, prócz służących i Chris'a. Usiadła przy biurku i uruchomiła ,,komputer", ale w tych czasach nie można było tego tak nazwać. Ludzie to nazywali ,,komputerem", gdyż pełnił takową funkcję, ale na ogół był to wyświetlany pulpit w formie hologramu, tak samo klawiatura. Obraz wyświetlał się na biurku, więc musiała siedzieć lekko pochylona. Kliknęła w ikonę skype i wybrała połączenie do Rachel. Zajęte. Hmmm, pewnie rozmawia z Albertem, pomyślała i wyłączyła Skype'a. Rozejrzała się po swoim pokoju i w końcu zdecydowała, że poczyta książkę. Tym razem sięgnęła po ,,Panią Noc". Czytała dopóki na dworze nie zapanował mrok. Wtedy znów opuściła swój pokój i ruszyła korytarzem w stronę pokoju swojego męża.
Doszła do drzwi i chwilę przystanęła, aby sprawdzić czy ze środka nie dobiegają jakieś dźwięki. Cisza. Zapukała raz, potem drugi. Nadal nic. Już miała odejść, gdy zza drzwi dobiegł ją przytłumiony głos Adama nakazujący wejście. Ostrożnie zajrzała do pokoju. Adam siedział przy biurku i majstrował coś przy jednym z zegarków:
-Potrzebujesz czegoś Lucy?- Zapytał nie patrząc na nią, był zbyt pochłonięty zegarkiem
-Nie.- Powiedziała cicho czym przykuła jego uwagę
-Coś się stało?- Zainteresował się przerywając swoją pracę
-Nie. Tylko sprawdzałam, czy już wróciłeś.- Posłała mu delikatny uśmiech
-Jesteś pewna?
-Mhm.- Przytaknęła i już miała wyjść, gdy ją zatrzymał
-Lucy...- Zaczął; zatrzymała się w drzwiach- Chodź tu do mnie.- Rozłożył ręce, co oznaczało, że chce się przytulić. Podeszła do niego nieśmiało i prawie utonęła w jego objęciach- Kocham cię.- Szepnął jej do ucha i mocniej do siebie przytulił. Wtuliła swój policzek w jego ramię i w myślach mu odpowiedziała, gdyż na głos zbyt bardzo była onieśmielona- ,,Ja też ciebie kocham".
-Adam, jeszcze długo będziesz go naprawiał?- Odkleiła się od niego i zapytała patrząc na biurko
-Nie, zaraz skończę.- Szybko wrócił do pracy i miała okazje oglądać jak jego długie palce szybko oraz zgrabnie skręcają z powrotem zegarek w jedną spójną całość. Gdy już zegarek był złożony spojrzał na jego tarczę, która bezbłędnie pokazywała aktualną godzinę.- Już.- Oznajmił podnosząc się z siedzenia i chowając zegarek do kieszeni. Kiedy siedział czuła się bardziej swobodnie, ale gdy już wstał poczuła się bardziej onieśmielona, ale on zawsze był taki serdeczny i miły, w sumie ciągle taki jest. Przy Adamie nie można było czuć się niezręcznie albo jakoś wybitnie źle. To cudowny chłopak.
Wziął ją za rękę i oboje poszli coś zjeść. Szli korytarzem, gdy nagle natknęli się na Chris'a:
-Paniczu, panienko.- Zwrócił się do nich kłaniając się- W holu stoi chłopak. Twierdzi, że życzy sobie spotkać się z panienką.- Oznajmił. Lucy i Adam spojrzeli na siebie ze zdziwieniem i zmieszaniem, po czym Adam ruszył pierwszy w stronę, z której przybył lokaj. Lucy zareagowała z lekkim opóźnieniem i razem z Chris'em pośpieszyła za mężem.
W holu tyłem do nich stał Nathaniel. Poznała go tylko i wyłącznie po włosach związanych w kucyk. Zdążyła wychwycić tylko taki obraz, bo zaraz rzucił się na niego z pięściami Adam:
-Paniczu!- Zawołał za nim Chris karcącym głosem
-Adam!- Lucy z pomocą lokaja próbowała ściągnąć chłopaka z gościa, aż w końcu im się to udało. Chris przytrzymywał Adama, a w tym czasie Lucy pomagała wstać dla Nathaniela, któremu krwawiła rozcięta warga i czoło. Spojrzała na rannego z troską i żalem, ale nagle przypomniało jej się co zrobił Adamowi. Nie wiedziała co w nią wstąpiło, ale nagle spoliczkowała go. Wszyscy osobnicy płci przeciwnej, którzy aktualnie przebywali w holu, znieruchomieli:
-Jak mogłeś mu to zrobić?!- Wydarła się -Co tobą kierowało?! Co ci to dało?!- Zadawała pytania, na które nie odpowiedział od razu; milczał z opuszczoną nisko głową trzymając się za bolący policzek
-Właśnie po to tu przyszedłem.- W końcu się odezwał przerywając ciszę...
-Witaj panienko. - Uśmiechnął się przyjaźnie do niej i już chciał ją wyminąć
-Chris, poczekaj.
-Hm?- Odwrócił się do niej z zapytaniem wymalowanym na twarzy
-Z Adamem wszystko w porządku? Jak długo będzie zajęty?- Dopytywała się
-A czemu ma być z nim coś nie w porządku? Panicz ma się świetnie. A co do jego czasu, to przez jeszcze jakieś trzy godziny nie będzie go w domu. Teraz jest w fabryce i pomaga panu Arthurowi w sprawach papierkowych.- Poinformował ją
-A Yvette?
-Pani Yvette jest w tej chwili u koleżanki, na drugim końcu miasta, na zebraniu kobiet niepracujących, które jest organizowane przez kobiety z okolicy, ale ona się zapisał, gdyż zrobiła to jej rywalka i chce ją zdenerwować. Ach.- Wszystko wypowiedział na jednym oddechu
-Dziękuję ci Chris.- Podziękowała mu i wróciła do swojego pokoju.
Teoretycznie była sama w domu, prócz służących i Chris'a. Usiadła przy biurku i uruchomiła ,,komputer", ale w tych czasach nie można było tego tak nazwać. Ludzie to nazywali ,,komputerem", gdyż pełnił takową funkcję, ale na ogół był to wyświetlany pulpit w formie hologramu, tak samo klawiatura. Obraz wyświetlał się na biurku, więc musiała siedzieć lekko pochylona. Kliknęła w ikonę skype i wybrała połączenie do Rachel. Zajęte. Hmmm, pewnie rozmawia z Albertem, pomyślała i wyłączyła Skype'a. Rozejrzała się po swoim pokoju i w końcu zdecydowała, że poczyta książkę. Tym razem sięgnęła po ,,Panią Noc". Czytała dopóki na dworze nie zapanował mrok. Wtedy znów opuściła swój pokój i ruszyła korytarzem w stronę pokoju swojego męża.
Doszła do drzwi i chwilę przystanęła, aby sprawdzić czy ze środka nie dobiegają jakieś dźwięki. Cisza. Zapukała raz, potem drugi. Nadal nic. Już miała odejść, gdy zza drzwi dobiegł ją przytłumiony głos Adama nakazujący wejście. Ostrożnie zajrzała do pokoju. Adam siedział przy biurku i majstrował coś przy jednym z zegarków:
-Potrzebujesz czegoś Lucy?- Zapytał nie patrząc na nią, był zbyt pochłonięty zegarkiem
-Nie.- Powiedziała cicho czym przykuła jego uwagę
-Coś się stało?- Zainteresował się przerywając swoją pracę
-Nie. Tylko sprawdzałam, czy już wróciłeś.- Posłała mu delikatny uśmiech
-Jesteś pewna?
-Mhm.- Przytaknęła i już miała wyjść, gdy ją zatrzymał
-Lucy...- Zaczął; zatrzymała się w drzwiach- Chodź tu do mnie.- Rozłożył ręce, co oznaczało, że chce się przytulić. Podeszła do niego nieśmiało i prawie utonęła w jego objęciach- Kocham cię.- Szepnął jej do ucha i mocniej do siebie przytulił. Wtuliła swój policzek w jego ramię i w myślach mu odpowiedziała, gdyż na głos zbyt bardzo była onieśmielona- ,,Ja też ciebie kocham".
-Adam, jeszcze długo będziesz go naprawiał?- Odkleiła się od niego i zapytała patrząc na biurko
-Nie, zaraz skończę.- Szybko wrócił do pracy i miała okazje oglądać jak jego długie palce szybko oraz zgrabnie skręcają z powrotem zegarek w jedną spójną całość. Gdy już zegarek był złożony spojrzał na jego tarczę, która bezbłędnie pokazywała aktualną godzinę.- Już.- Oznajmił podnosząc się z siedzenia i chowając zegarek do kieszeni. Kiedy siedział czuła się bardziej swobodnie, ale gdy już wstał poczuła się bardziej onieśmielona, ale on zawsze był taki serdeczny i miły, w sumie ciągle taki jest. Przy Adamie nie można było czuć się niezręcznie albo jakoś wybitnie źle. To cudowny chłopak.
Wziął ją za rękę i oboje poszli coś zjeść. Szli korytarzem, gdy nagle natknęli się na Chris'a:
-Paniczu, panienko.- Zwrócił się do nich kłaniając się- W holu stoi chłopak. Twierdzi, że życzy sobie spotkać się z panienką.- Oznajmił. Lucy i Adam spojrzeli na siebie ze zdziwieniem i zmieszaniem, po czym Adam ruszył pierwszy w stronę, z której przybył lokaj. Lucy zareagowała z lekkim opóźnieniem i razem z Chris'em pośpieszyła za mężem.
W holu tyłem do nich stał Nathaniel. Poznała go tylko i wyłącznie po włosach związanych w kucyk. Zdążyła wychwycić tylko taki obraz, bo zaraz rzucił się na niego z pięściami Adam:
-Paniczu!- Zawołał za nim Chris karcącym głosem
-Adam!- Lucy z pomocą lokaja próbowała ściągnąć chłopaka z gościa, aż w końcu im się to udało. Chris przytrzymywał Adama, a w tym czasie Lucy pomagała wstać dla Nathaniela, któremu krwawiła rozcięta warga i czoło. Spojrzała na rannego z troską i żalem, ale nagle przypomniało jej się co zrobił Adamowi. Nie wiedziała co w nią wstąpiło, ale nagle spoliczkowała go. Wszyscy osobnicy płci przeciwnej, którzy aktualnie przebywali w holu, znieruchomieli:
-Jak mogłeś mu to zrobić?!- Wydarła się -Co tobą kierowało?! Co ci to dało?!- Zadawała pytania, na które nie odpowiedział od razu; milczał z opuszczoną nisko głową trzymając się za bolący policzek
-Właśnie po to tu przyszedłem.- W końcu się odezwał przerywając ciszę...
piątek, 25 listopada 2016
Rozdział 31 Historia blizny Adama
Do klasy wszedł chłopak z lekko opaloną skórą, ale nie taką jak Demonicy. Jego włosy i oczy były koloru brązowego, a ubrany był w spodnie na szelkach i białą koszulę z podwiniętymi rękawami:
-Prze-przepraszam za spóźnienie.- Przeprosił zziajany taksując wzrokiem klasę w poszukiwaniu wolnego miejsca
-Ach i zapomniałabym o jeszcze jednym. Osoby, które będą się NOTORYCZNIE SPÓŹNIAĆ będą pytane jako pierwsze.- Popatrzyła z dezaprobatą na chłopaka z szopą włosów na głowie- Czy to jasne panie...- Zanurkowała wzrokiem w listę uczniów
-Skill.- Podpowiedział
-Tak, panie Oliverze Skill. A teraz zajmij miejsce.- Nakazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a chłopak dosiadł się akurat do Lucy:
-Cześć.- Przywitał się
-Hej.- Odpowiedziała przenosząc swój plan z ekranu, który był wbudowany w ławkę, na swój tablet, zwany inaczej e-notatnikiem.
Ogółem po przeniesieniu swojego planu lekcji, Demonica sprawdzając obecność prosiła dane osoby o drobne przedstawienie się i podanie swojego numeru telefonu, a sama swój wyświetliła na tablicy i ekranach w ławkach:
-W razie problemów z dziennikiem internetowym lub problemami ogólnymi proszę się ze mną kontaktować.- Poinformowała swoich uczniów, po czym pożegnała się z nimi.
Wszyscy czym prędzej rzucili się w stronę drzwi, gdyż wiedzieli, że dostała im się najgorsza nauczycielka w szkole.
Lucy wyszła jako ostania i już kierowała się do wyjścia szkoły, gdy zatrzymał ją Oliver:
-Hej, poczekaj!- Zawołał za nią- Jesteś Lucy prawda?- Kiwnęła głową- Pamiętasz mnie? Widzieliśmy się na przyjęciu u Weilanda. Przyszedłem ze starszym bratem i kolegą.
-I próbowałeś poderwać Rachel.- Uśmiechnęła się lekko
-Tak, dokładnie.- Odpowiedział jej tym samym, ciesząc sie, że zapadł jej w jakiś sposób w pamięć
-Wiesz, nie chcę być niemiła, ale muszę już iść.- Rzekła, gdy spostrzegła znajomą sylwetkę oraz blond włosy upięte w koński ogon.
-Ach, idź, przepraszam, że cię zatrzymałem.- Podrapał się po głowie, a Lucy niemal biegiem wyszła ze szkoły. Gdy znalazła się na parkingu przy samochodzie, Adama jeszcze nie było. Niespokojnie tupała stopą w miejscu i liczyła sekundy. Kiedy zbliżała się czwarta minuta ze szkoły wyłonił się Oliver w towarzystwie Nathaniela i swojego starszego brata. Rozmawiali o czymś. Brunetka szybko odwróciła się do nich plecami, aby jej nie poznali. ,,Niech sobie idą, niech sobie idą, niech sobie idą..." powtarzała to jak mantrę skubiąc jedno z pasm swoich brązowych włosów:
-O, cześć Lucy.- Usłyszała za sobą łagodny głos Nathaniela, przegryzając wargę odwróciła się na pięcie i obdarzyła go ciepłym uśmiechem
-Cześć.- Przywitała się spoglądając niespokojnie w stronę drzwi wejściowych
-Jak tam początek roku? Kogo masz jako wychowawcę?- Zapytał spokojnym tonem uśmiechając się lekko przy tym
-Panią Amelię Rodriquez.- Odpowiedziała
-Mhm. Lilith...- Stali przez chwilę w niezręcznej ciszy- Czekasz na kogoś?
-Tak.- Odparła krótko
-Koleżanka?- Zaciekawił się
-Mąż.- Lekko zarumieniła się i spuściła głowę
-Mąż? Ach. Jesteś żoną Adama Clockwork'a.- Domyślił się- To dlatego tak ciebie pilnował na przyjęciu. To dobry chłopak. Zasługujesz na niego.- Uśmiechnął się tak uroczo, że serce Lucy mało się nie roztopiło.- Będę się zbierał, bo jak już może wiesz, on za mną nie przepada.- Spojrzał z obawą na drzwi wejściowe- To cześć.- Pożegnał się całując ją w wierzch dłoni, po czym odszedł.
Lucy stała przez chwilę zbita z tropu. Nathaniel jest bardzo miły, a może to tylko pozory? I dlaczego Adam go nie lubi? Przecież miał jej wytłumaczyć jak wrócą, ale poszedł spać, a ona rano zapomniała i jakoś tak nie miała czasu zapytać. Z rozmyśleń wyrwał ją przyjazny i wesoły głos Adama:
-Lucy, wsiadasz?- Zapytał stojąc po drugiej stronie samochodu od strony kierowcy
-Tak, tak. Już wsiadam.- Odparła i wsiadła do pojazdu.
-Jak było?- Zapytał uruchamiając samochód
-Nie jest aż tak źle. Jest trochę wymagająca.- Wyżaliła się
-Jeżeli będzie okropna to mi powiedz. Przeniesiemy cię do równoległej klasy.- Jego uśmiech mówił ,,Możesz mi zaufać. Chcę dla ciebie jak najlepiej". Kiwnęła głową na zgodę i zapanowała cisza. W końcu Lucy zebrała się w sobie i zadała te pytanie, które znowu zaczęło ją nurtować:
-Adam.- Zwróciła się do niego po imieniu- Dlaczego nie lubisz Nathaniela?- Spojrzała na niego wyczekująco. Jego rysy twarzy wyostrzyły się, a w jego oczach pojawił się smutek pomieszany z zawodem:
-Ech. Byłem zadowolony, że od przyjęcia zapomniałaś, ale i tak muszę ci w końcu to opowiedzieć, bo, i tak, będziesz go prawdopodobnie codziennie mijała na korytarzu.- Westchnął- Kiedyś przyjaźniliśmy się ze sobą, wspieraliśmy się. Był dla mnie jak młodszy brat. Pomagałem mu w zadaniach domowych, a on czasami przychodził do fabryki i pomagał przy zegarkach. Pewnego dnia jak zwykle przyszedł mi pomóc i rozciął mi nożem plecy od lewego barku, do prawego biodra, po czym ukradł dwa pudła zegarków, które później sprzedał za marne pieniądze.- Westchnął wpatrując się w drogę; wyglądał bardzo smętnie, aż Lucy zrobiło się go szkoda
-Wiesz dlaczego to zrobił?- Zapytała
-W sądzie nie chciał powiedzieć, więc uznano, że dla własnych celów materialnych.
-A ta blizna na plecach?- Przypomniało jej się
-Tak, to on ją zrobił.- Odwrócił głowę w drugą stronę, aby Lucy nie widziała wyrazu jego twarzy- Ufałem mu.- Wyszeptał. Do oczu napłynęły jej łzy, położyła swoją dłoń na wierzchu dłoni Adama, który aktualnie trzymał swoją na skrzyni biegów.
-Dziękuję. I chyba nie powinnam była tego poruszać.- Zmartwiła się
-Nie, jest ok. Nie wiedziałaś, a ja byłem ci to winien od półtora tygodnia.- Wysilił się na słaby uśmiech. Dalej wracali do domu w ciszy.
-Prze-przepraszam za spóźnienie.- Przeprosił zziajany taksując wzrokiem klasę w poszukiwaniu wolnego miejsca
-Ach i zapomniałabym o jeszcze jednym. Osoby, które będą się NOTORYCZNIE SPÓŹNIAĆ będą pytane jako pierwsze.- Popatrzyła z dezaprobatą na chłopaka z szopą włosów na głowie- Czy to jasne panie...- Zanurkowała wzrokiem w listę uczniów
-Skill.- Podpowiedział
-Tak, panie Oliverze Skill. A teraz zajmij miejsce.- Nakazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a chłopak dosiadł się akurat do Lucy:
-Cześć.- Przywitał się
-Hej.- Odpowiedziała przenosząc swój plan z ekranu, który był wbudowany w ławkę, na swój tablet, zwany inaczej e-notatnikiem.
Ogółem po przeniesieniu swojego planu lekcji, Demonica sprawdzając obecność prosiła dane osoby o drobne przedstawienie się i podanie swojego numeru telefonu, a sama swój wyświetliła na tablicy i ekranach w ławkach:
-W razie problemów z dziennikiem internetowym lub problemami ogólnymi proszę się ze mną kontaktować.- Poinformowała swoich uczniów, po czym pożegnała się z nimi.
Wszyscy czym prędzej rzucili się w stronę drzwi, gdyż wiedzieli, że dostała im się najgorsza nauczycielka w szkole.
Lucy wyszła jako ostania i już kierowała się do wyjścia szkoły, gdy zatrzymał ją Oliver:
-Hej, poczekaj!- Zawołał za nią- Jesteś Lucy prawda?- Kiwnęła głową- Pamiętasz mnie? Widzieliśmy się na przyjęciu u Weilanda. Przyszedłem ze starszym bratem i kolegą.
-I próbowałeś poderwać Rachel.- Uśmiechnęła się lekko
-Tak, dokładnie.- Odpowiedział jej tym samym, ciesząc sie, że zapadł jej w jakiś sposób w pamięć
-Wiesz, nie chcę być niemiła, ale muszę już iść.- Rzekła, gdy spostrzegła znajomą sylwetkę oraz blond włosy upięte w koński ogon.
-Ach, idź, przepraszam, że cię zatrzymałem.- Podrapał się po głowie, a Lucy niemal biegiem wyszła ze szkoły. Gdy znalazła się na parkingu przy samochodzie, Adama jeszcze nie było. Niespokojnie tupała stopą w miejscu i liczyła sekundy. Kiedy zbliżała się czwarta minuta ze szkoły wyłonił się Oliver w towarzystwie Nathaniela i swojego starszego brata. Rozmawiali o czymś. Brunetka szybko odwróciła się do nich plecami, aby jej nie poznali. ,,Niech sobie idą, niech sobie idą, niech sobie idą..." powtarzała to jak mantrę skubiąc jedno z pasm swoich brązowych włosów:
-O, cześć Lucy.- Usłyszała za sobą łagodny głos Nathaniela, przegryzając wargę odwróciła się na pięcie i obdarzyła go ciepłym uśmiechem
-Cześć.- Przywitała się spoglądając niespokojnie w stronę drzwi wejściowych
-Jak tam początek roku? Kogo masz jako wychowawcę?- Zapytał spokojnym tonem uśmiechając się lekko przy tym
-Panią Amelię Rodriquez.- Odpowiedziała
-Mhm. Lilith...- Stali przez chwilę w niezręcznej ciszy- Czekasz na kogoś?
-Tak.- Odparła krótko
-Koleżanka?- Zaciekawił się
-Mąż.- Lekko zarumieniła się i spuściła głowę
-Mąż? Ach. Jesteś żoną Adama Clockwork'a.- Domyślił się- To dlatego tak ciebie pilnował na przyjęciu. To dobry chłopak. Zasługujesz na niego.- Uśmiechnął się tak uroczo, że serce Lucy mało się nie roztopiło.- Będę się zbierał, bo jak już może wiesz, on za mną nie przepada.- Spojrzał z obawą na drzwi wejściowe- To cześć.- Pożegnał się całując ją w wierzch dłoni, po czym odszedł.
Lucy stała przez chwilę zbita z tropu. Nathaniel jest bardzo miły, a może to tylko pozory? I dlaczego Adam go nie lubi? Przecież miał jej wytłumaczyć jak wrócą, ale poszedł spać, a ona rano zapomniała i jakoś tak nie miała czasu zapytać. Z rozmyśleń wyrwał ją przyjazny i wesoły głos Adama:
-Lucy, wsiadasz?- Zapytał stojąc po drugiej stronie samochodu od strony kierowcy
-Tak, tak. Już wsiadam.- Odparła i wsiadła do pojazdu.
-Jak było?- Zapytał uruchamiając samochód
-Nie jest aż tak źle. Jest trochę wymagająca.- Wyżaliła się
-Jeżeli będzie okropna to mi powiedz. Przeniesiemy cię do równoległej klasy.- Jego uśmiech mówił ,,Możesz mi zaufać. Chcę dla ciebie jak najlepiej". Kiwnęła głową na zgodę i zapanowała cisza. W końcu Lucy zebrała się w sobie i zadała te pytanie, które znowu zaczęło ją nurtować:
-Adam.- Zwróciła się do niego po imieniu- Dlaczego nie lubisz Nathaniela?- Spojrzała na niego wyczekująco. Jego rysy twarzy wyostrzyły się, a w jego oczach pojawił się smutek pomieszany z zawodem:
-Ech. Byłem zadowolony, że od przyjęcia zapomniałaś, ale i tak muszę ci w końcu to opowiedzieć, bo, i tak, będziesz go prawdopodobnie codziennie mijała na korytarzu.- Westchnął- Kiedyś przyjaźniliśmy się ze sobą, wspieraliśmy się. Był dla mnie jak młodszy brat. Pomagałem mu w zadaniach domowych, a on czasami przychodził do fabryki i pomagał przy zegarkach. Pewnego dnia jak zwykle przyszedł mi pomóc i rozciął mi nożem plecy od lewego barku, do prawego biodra, po czym ukradł dwa pudła zegarków, które później sprzedał za marne pieniądze.- Westchnął wpatrując się w drogę; wyglądał bardzo smętnie, aż Lucy zrobiło się go szkoda
-Wiesz dlaczego to zrobił?- Zapytała
-W sądzie nie chciał powiedzieć, więc uznano, że dla własnych celów materialnych.
-A ta blizna na plecach?- Przypomniało jej się
-Tak, to on ją zrobił.- Odwrócił głowę w drugą stronę, aby Lucy nie widziała wyrazu jego twarzy- Ufałem mu.- Wyszeptał. Do oczu napłynęły jej łzy, położyła swoją dłoń na wierzchu dłoni Adama, który aktualnie trzymał swoją na skrzyni biegów.
-Dziękuję. I chyba nie powinnam była tego poruszać.- Zmartwiła się
-Nie, jest ok. Nie wiedziałaś, a ja byłem ci to winien od półtora tygodnia.- Wysilił się na słaby uśmiech. Dalej wracali do domu w ciszy.
sobota, 19 listopada 2016
Rozdział 30 Nowy rok szkolny
Nie wiadomo kiedy, okres wakacyjny dobiegł końca i wszyscy uczniowie musieli powrócić do swoich szkół. W tych czasach system szkolnictwa lekko uległ zmianom. Teraz liceum zaczynało się od szesnastego roku życia, a kończyło dopiero w dwudziestym pierwszym. Studnia były już niekonieczne, ponieważ gdy ukończyło się pierwsze trzy klasy liceum można było wybrać profil, który miał przygotować do wybranego przez ucznia zawodu bądź profesji.
Lucy, tydzień po balu u Alberta, skończyła szesnaście lat, więc zaczynała pierwszą klasę liceum.
Trochę się denerwowała, ponieważ teraz zmieniło się jej otoczenie, więc będzie musiała poznawać wszystkich i wszystko od nowa, chociaż z drugiej strony dobrze, że to był jej pierwszy rok, a nie na przykład czwarty.
Miała szczęście, że Adam uczęszczał do tego samego liceum co ona. Będą mogli się widywać na przerwach, a on będzie mógł ją podwozić i odwozić ze szkoły.
Właśnie teraz razem z Albertem i Rachel stali na sali gimnastycznej, na której dyrektor szkoły wygłaszał swoje przemówienie. Uwzględnił w nim to, jak bardzo mu brakowało uczniów oraz witał nowo przybyłych, zarówno tych, którzy tak jak Lucy zaczęli nowy rok szkolny w nowej szkole, jak i tych, którzy dołączyli do starszych klasach. Po jakże przejmującym apelu, który trwał godzinę, poproszono, aby uczniowie rozeszli się do klas na spotkanie ze swoimi nauczycielami. Wszyscy skierowali się do drzwi, przez co powstał lekki korek:
-Ech, ale się stęskniłam za Robaczkiem.- Westchnęła Rachel
-Kim?- Zapytała zbita z tropu Lucy
-To nasz wychowawca.- Wyjaśnił Adam- Uczy wuefu.
-Ale dlaczego robaczek?
-Bo ma na nazwisko Robaczewski.- Prychnął Albert- A poza tym nazywa nas Robaczkami.
-Aha. A jak nazywa się moja wychowawczyni?- Zaciekawiła się
-To chyba Lilith?- Zastanowiła się Rachel
-Jaka Lilith!- Oburzył się brunet- Demonica!
-Ale Lilith jest matką wszystkich demonów.- Wykłócała sie z nim blondynka, a w tym czasie przejście powoli pustoszało.
-No i dobra, ale Lilith brzmi zbyt ładnie. To prawdziwy demon!- Sprzeczał się z nią Albert
-O co im chodzi?- Zadała pytanie Lucy Adamowi
-Ech. twoją wychowawczynią jest Amelia Rodriquez i uczy religii katolickiej. A swój przydomek zyskała przez liczne kartkówki, surową dyscyplinę oraz przez straszenie nas różnymi demonami. Albert nazywa ją ,,Demonicą", ale to tylko dlatego, bo nie dopuściła go do bierzmowania kilka lat temu.- Wytłumaczył spokojnym tonem prowadząc ją za rękę pod klasę, gdzie ,,Demonica" wpuszczała uczniów do sali- Leć, bo jeszcze jej podpadniesz. Jak skończysz to czekaj przy samochodzie.- Nakazał i ruszył dalej korytarzem znikając w tłumie innych uczniów.
Lucy niepewnie weszła do sali i zajęła miejsce w środkowym rzędzie, a konkretniej w trzeciej ławce. W klasie nie było zbyt wiele osób, może co najmniej piętnaście? Większość siedziała sama, prócz zaledwie trzech par, które prawdopodobnie poszły do tej samej szkoły, a nawet klasy. Lilith, czy jak ją tam zwali wyglądała na około trzydzieści lat. Ubrana była w długą, czarną suknię do samej ziemi z długimi koronkowymi rękawami. Miała długie, czarne jak sadza włosy upięte w kok, ciemne oczy oraz karnację. Jej usta były pomalowane purpurową pomadką. Z uszu zwisały złote kolczyki-obręcze, a na szyi miała zawieszony srebrny krzyż oraz czarny różaniec. Jej ręce zdobiły złote bransolety, a na palcu serdecznym lewej ręki jeden pierścionek, który oznaczał, że jest albo zaręczona albo w związku małżeńskim.
Gdy się w końcu odezwała jej ton był dosyć szorstki jak papier ścierny i równie jadowity co jad węża:
-Witaj moja droga klasso.- Przeciągnęła ,,s" jak wąż, z lekkim hiszpańskim akcentem.- Nazywam się Amelia Rodriquez i od dnia dzisiejszego będę waszym wychowawcą, dopóki nie ukończycie tej szkoły. Jeśli jeszcze większość z was się nie zorientowała jestem katechetką, więc to ze mną będziecie mieli religię. Na początku ustalmy kilka zasad. Po pierwsze: na moich lekcjach panuje absolutna i bezwzględna cisza. Po drugie: jeżeli wy oczekujecie czegoś ode mnie, to ja będę od was również czegoś oczekiwać. Po trzecie: żadnych telefonów na lekcjach i innych urządzeń elektrycznych, prócz zegarków lub e-notatników. Po czwarte: dziewczęta nie zakładają krótkich spódnic, nie malują się zbyt ostro, nie noszą wydekoltowanych bluzek na ramiączkach lub odkrytymi plecami. Po piąte: raz w miesiącu wychodzimy na lekcji wychowawczej do kościoła, aby się pomodlić. Po szóste: jeżeli nie dostanę usprawiedliwienia dwa dni od pojawienia się ucznia w szkole, stawiam nieusprawiedliwienie. Czy to jasne? W razie czego jeszcze jutro wam przedstawię jakie będą obowiązywać was reguły na moich lekcjach. Zaraz na tablicy wyświetlę wasz plan lekcji na najbliższy czas, a wy go przeniesiecie na swoje e-notatniki. W tym czasie sprawdzę obecność...- Właśnie akurat tym momencie do klasy wbiegł zdyszany chłopak wyglądający dosyć znajomo...
Lucy, tydzień po balu u Alberta, skończyła szesnaście lat, więc zaczynała pierwszą klasę liceum.
Trochę się denerwowała, ponieważ teraz zmieniło się jej otoczenie, więc będzie musiała poznawać wszystkich i wszystko od nowa, chociaż z drugiej strony dobrze, że to był jej pierwszy rok, a nie na przykład czwarty.
Miała szczęście, że Adam uczęszczał do tego samego liceum co ona. Będą mogli się widywać na przerwach, a on będzie mógł ją podwozić i odwozić ze szkoły.
Właśnie teraz razem z Albertem i Rachel stali na sali gimnastycznej, na której dyrektor szkoły wygłaszał swoje przemówienie. Uwzględnił w nim to, jak bardzo mu brakowało uczniów oraz witał nowo przybyłych, zarówno tych, którzy tak jak Lucy zaczęli nowy rok szkolny w nowej szkole, jak i tych, którzy dołączyli do starszych klasach. Po jakże przejmującym apelu, który trwał godzinę, poproszono, aby uczniowie rozeszli się do klas na spotkanie ze swoimi nauczycielami. Wszyscy skierowali się do drzwi, przez co powstał lekki korek:
-Ech, ale się stęskniłam za Robaczkiem.- Westchnęła Rachel
-Kim?- Zapytała zbita z tropu Lucy
-To nasz wychowawca.- Wyjaśnił Adam- Uczy wuefu.
-Ale dlaczego robaczek?
-Bo ma na nazwisko Robaczewski.- Prychnął Albert- A poza tym nazywa nas Robaczkami.
-Aha. A jak nazywa się moja wychowawczyni?- Zaciekawiła się
-To chyba Lilith?- Zastanowiła się Rachel
-Jaka Lilith!- Oburzył się brunet- Demonica!
-Ale Lilith jest matką wszystkich demonów.- Wykłócała sie z nim blondynka, a w tym czasie przejście powoli pustoszało.
-No i dobra, ale Lilith brzmi zbyt ładnie. To prawdziwy demon!- Sprzeczał się z nią Albert
-O co im chodzi?- Zadała pytanie Lucy Adamowi
-Ech. twoją wychowawczynią jest Amelia Rodriquez i uczy religii katolickiej. A swój przydomek zyskała przez liczne kartkówki, surową dyscyplinę oraz przez straszenie nas różnymi demonami. Albert nazywa ją ,,Demonicą", ale to tylko dlatego, bo nie dopuściła go do bierzmowania kilka lat temu.- Wytłumaczył spokojnym tonem prowadząc ją za rękę pod klasę, gdzie ,,Demonica" wpuszczała uczniów do sali- Leć, bo jeszcze jej podpadniesz. Jak skończysz to czekaj przy samochodzie.- Nakazał i ruszył dalej korytarzem znikając w tłumie innych uczniów.
Lucy niepewnie weszła do sali i zajęła miejsce w środkowym rzędzie, a konkretniej w trzeciej ławce. W klasie nie było zbyt wiele osób, może co najmniej piętnaście? Większość siedziała sama, prócz zaledwie trzech par, które prawdopodobnie poszły do tej samej szkoły, a nawet klasy. Lilith, czy jak ją tam zwali wyglądała na około trzydzieści lat. Ubrana była w długą, czarną suknię do samej ziemi z długimi koronkowymi rękawami. Miała długie, czarne jak sadza włosy upięte w kok, ciemne oczy oraz karnację. Jej usta były pomalowane purpurową pomadką. Z uszu zwisały złote kolczyki-obręcze, a na szyi miała zawieszony srebrny krzyż oraz czarny różaniec. Jej ręce zdobiły złote bransolety, a na palcu serdecznym lewej ręki jeden pierścionek, który oznaczał, że jest albo zaręczona albo w związku małżeńskim.
Gdy się w końcu odezwała jej ton był dosyć szorstki jak papier ścierny i równie jadowity co jad węża:
-Witaj moja droga klasso.- Przeciągnęła ,,s" jak wąż, z lekkim hiszpańskim akcentem.- Nazywam się Amelia Rodriquez i od dnia dzisiejszego będę waszym wychowawcą, dopóki nie ukończycie tej szkoły. Jeśli jeszcze większość z was się nie zorientowała jestem katechetką, więc to ze mną będziecie mieli religię. Na początku ustalmy kilka zasad. Po pierwsze: na moich lekcjach panuje absolutna i bezwzględna cisza. Po drugie: jeżeli wy oczekujecie czegoś ode mnie, to ja będę od was również czegoś oczekiwać. Po trzecie: żadnych telefonów na lekcjach i innych urządzeń elektrycznych, prócz zegarków lub e-notatników. Po czwarte: dziewczęta nie zakładają krótkich spódnic, nie malują się zbyt ostro, nie noszą wydekoltowanych bluzek na ramiączkach lub odkrytymi plecami. Po piąte: raz w miesiącu wychodzimy na lekcji wychowawczej do kościoła, aby się pomodlić. Po szóste: jeżeli nie dostanę usprawiedliwienia dwa dni od pojawienia się ucznia w szkole, stawiam nieusprawiedliwienie. Czy to jasne? W razie czego jeszcze jutro wam przedstawię jakie będą obowiązywać was reguły na moich lekcjach. Zaraz na tablicy wyświetlę wasz plan lekcji na najbliższy czas, a wy go przeniesiecie na swoje e-notatniki. W tym czasie sprawdzę obecność...- Właśnie akurat tym momencie do klasy wbiegł zdyszany chłopak wyglądający dosyć znajomo...
sobota, 12 listopada 2016
Rozdział 29 Bal
Bal zaczął się już od dobrych piętnastu minut. Specjalnie wynajęto zespół z instrumentami muzyki klasycznej oraz DJ'a, którzy mieli się co około pięć piosenek się zmieniać. Przyjęcie głównie składało się z gości w wieku Lucy lub Adama, więc odpowiednia muzyka to podstawa.
Lucy pierwszy raz była na tak dużej imprezie. Te, które organizował jej ojciec miały charakter bardziej kameralny. Markus zazwyczaj zapraszał tylko swoich kolegów i przyjaciół, czasami sponsorów. Najchętniej wychodził z domu i przesiadywał u innych ludzi marnując pieniądze oraz swój czas, który mógłby przeznaczyć na przebywanie z żoną i trzema córkami. No ale jaka to rodzina, skoro są w niej aż cztery baby i tylko on jedne. Żeby miał chociaż jednego syna, to już jest coś, ale żeby trzy córki? Przynajmniej łatwo jest się ich pozbyć. Stopniowo powydaje je za mąż i będzie miał święty spokój...
Adam nie odstępował swojej żony na krok. Pilnował jej najlepiej jak umiał. Wiedział, że na przyjęciach takich jak te kręci się wiele adoratorów i podrywaczy gotowych ukraść ci dziewczynę, narzeczoną, a nawet żonę. Stali razem z Albertem oraz Rachel i rozmawiali o niedługo zaczynającym się roku szkolnym. Jak się okazało trójka przyjaciół będzie uczęszczała do tej samej klasy, a Lucy dopiero zacznie chodzić do ich szkoły. W pewnym momencie podeszli do ich zgromadzenia trzej młodzi dżentelmeni. Jeden, niezbyt wysoki, aczkolwiek wzrostem dorównywał Rachel bez szpilek, miał średniej długości kręcone brązowe włosy oraz orzechowe oczy i lekko opaloną karnację. Wyglądał na około szesnaście, może siedemnaście lat. Ubrany był w spodnie na szelkach i śnieżnobiałą koszulę.
Drugi był odrobinę wyższy, prawdopodobnie starszy brat tego pierwszego. Włosy, karnacja i kolor oczu identyczne, prócz fryzury i ubioru. Jego włosy były, w przeciwieństwie do młodszego brata, zadziwiająco proste. Miał zgolony prawy bok, a włosy ułożone w lewą stronę. Jego ubiór składał się z czarnych jeansów, eleganckich butów oraz lekko żółtej koszuli z podwiniętymi rękawami.
Trzeci z chłopaków był bardzo podobny do Adama, tylko posiadał oczy koloru świeżo skoszonej trawy. Był niższy o kilka centymetrów od Alberta, a jego wyraz twarzy przywodził na myśl jakby coś przeskrobał, ale specjalnie się tym nie przejmował. Miał długie blond włosy związane w koński ogon. Jego czarna marynarka leżała na nim idealnie i w sumie mógłby uchodzić za eleganta, gdyby nie granatowe jeansy i buty skate'y.
Ten ostatni popatrzył na Lucy dosyć sympatycznym wzrokiem, a w tym czasie chłopak o ciemnej karnacji zabiegał o względy Rachel, która twardo trzymała się, że ,,nie będzie tańczyła z niższymi od siebie chłopakami". ,,Słońce, co to za problem? Zdejmiesz buty i po kłopocie" próbował przekonać ją ten starszy z braci. W jej obronie stanął Albert, który oznajmił, że Rachel nie będzie zdejmowała swoich butów dla jakichś, jak to się wyraził, ,,niskich przydupasów". W tym czasie wywiązała się między nimi mała kłótnia, w której była konieczna interwencja Adama. Chłopak o zielonych oczach i długich blond włosach skorzystał z okazji i poprosił Lucy do tańca. Dziewczyna nie zdążyła się sprzeciwić, gdyż chłopak już chwycił ją za rękę i pociągnął na parkiet. Delikatnie położył swoją dłoń w miejscu, gdzie Lucy miała biodro, a jej rękę położył sobie na ramieniu. Ku swemu zdziwieniu Lucy odkryła, że nie musi stać na palcach, aby z nim tańczyć. Był, jakby to ująć: w sam raz. Noo może odrobinę za wysoki, ale nie aż tak jak jej Adam. Podczas tańca narodziła się między nimi konwersacja:
-Jak ci na imię?- Zapytał bardzo przyjemnym i uprzejmym głosem blondyn
-Lucy.- Odpowiedziała krótko
-Bardzo ładne imię.- Odpowiedział- Nazywam się Nathaniel Onyx.- Przedstawił się posyłając jej lekki uśmiech- Jak ci się podoba na przyjęciu?
-Jest bardzo... miło.
-Cieszę się.- Okręcił ją wokół jej własnej osi i prowadził dalej- Przyszłaś sama?
-Nie...- Wydukała i w tym momencie odbił ją Adam
-Zaczepiał cię?- Zapytał
-Nie, był bardzo miły i uprzejmy.- Stanęła w jego obronie Lucy
-Uff, całe szczęście. On nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem.- Popatrzył krzywo w stronę Nathaniela, który teraz stał pod ścianą i bacznie im się przyglądał.
-Dlaczego?- Odważyła się zapytać
-Opowiem ci, jak wrócimy do domu. To nie jest miejsce i czas na to, aby ci to tłumaczyć. Po prostu nie chcę psuć ci zabawy.- Wyjaśnił
-Dobrze.- Przytaknęła i muzyka ucichła, lecz tylko na chwilę, gdyż zaraz po niej nastąpiła o wiele żywsza piosenka. Lucy szybko odszukała wzrokiem Rachel, która siedziała na jednej z sof i o dziwo rozmawiała o czymś z Albertem. Dołączyli do nich. Jak się okazało dyskutowali na temat wynalazków Alberta oraz próbowali wymyślać inne:
-Jak tańczyło się ze Złodziejem?- Zapytał Albert rozbawionym tonem, a Adam rzucił mu mordercze spojrzenie
-Ki...- Chciała zapytać Lucy, ale przerwał jej Adam
-Nie psuj nam tego wieczoru.- Odparł karcącym tonem, aż Rachel popatrzyła na niego ze zdziwieniem
-Wszystko w porządku?- Zadała mu pytanie blondynka
-Ugh. Nie.- Odpowiedział jej zaciskając dłonie w pięści, aby się uspokoić
-Adam.- Zwróciła się do niego Lucy delikatnie kładąc swoją dłoń na jego ramieniu, lecz on ją strząsnął
-Nie tańcz z nim więcej.- Nakazał nie patrząc na nią, a ona pokiwała energicznie głową po czym delikatnie spuściła głowę, zacisnęła usta w wąską kreskę i splotła swoje palce jak do modlitwy. Na widok tak przygnębionej Lucy, Rachel zrobiło jej się żal. Potajemnie kopnęła pod stołem Adama w nogę, a gdy ten spojrzał na nią z wyrzutem, wzrokiem pokazała na Lucy. Chłopak szybko pojął o co jej chodziło. Jemu też zrobiło jej się żal. Przecież nie wiedziała kim jest albo był Nathaniel, a w dodatku to była jego wina, że pozwolił się rozkojarzyć i przez to nie upilnował jej. Nie powinien być teraz na nią zły, tylko na siebie. Miał to już od dziecka, jak coś nie szło po jego myśli to najłatwiej było to zwalić na kogoś, a samemu pozostać niewinnym. Teraz jest już praktycznie dorosły, więc pora dorosnąć. Wziął głęboki wdech, po czym objął ją i przyciągnął do siebie:
-Przepraszam.- Wyszeptał jej do ucha i pocałował w policzek, aż Lucy zarumieniła się po korzonki włosów
-Nic się nie stało.- Odparła lekko zdezorientowana spokojnym tonem
-Byłem dla ciebie niemiły. To się już więcej nie powtórzy.- Obiecał i mocniej ją przycisnął do siebie.
-D-dobrze, nie gniewam się na ciebie.- Powiedziała lekko zbita z tropu czule głaszcząc jego blond włosy.
-Może zatańczymy?- Zaproponował, a ona kiwnęła głową na zgodę, po czym wstali z tapczanika i trzymając się za ręce ruszyli na parkiet.
Lucy pierwszy raz była na tak dużej imprezie. Te, które organizował jej ojciec miały charakter bardziej kameralny. Markus zazwyczaj zapraszał tylko swoich kolegów i przyjaciół, czasami sponsorów. Najchętniej wychodził z domu i przesiadywał u innych ludzi marnując pieniądze oraz swój czas, który mógłby przeznaczyć na przebywanie z żoną i trzema córkami. No ale jaka to rodzina, skoro są w niej aż cztery baby i tylko on jedne. Żeby miał chociaż jednego syna, to już jest coś, ale żeby trzy córki? Przynajmniej łatwo jest się ich pozbyć. Stopniowo powydaje je za mąż i będzie miał święty spokój...
Adam nie odstępował swojej żony na krok. Pilnował jej najlepiej jak umiał. Wiedział, że na przyjęciach takich jak te kręci się wiele adoratorów i podrywaczy gotowych ukraść ci dziewczynę, narzeczoną, a nawet żonę. Stali razem z Albertem oraz Rachel i rozmawiali o niedługo zaczynającym się roku szkolnym. Jak się okazało trójka przyjaciół będzie uczęszczała do tej samej klasy, a Lucy dopiero zacznie chodzić do ich szkoły. W pewnym momencie podeszli do ich zgromadzenia trzej młodzi dżentelmeni. Jeden, niezbyt wysoki, aczkolwiek wzrostem dorównywał Rachel bez szpilek, miał średniej długości kręcone brązowe włosy oraz orzechowe oczy i lekko opaloną karnację. Wyglądał na około szesnaście, może siedemnaście lat. Ubrany był w spodnie na szelkach i śnieżnobiałą koszulę.
Drugi był odrobinę wyższy, prawdopodobnie starszy brat tego pierwszego. Włosy, karnacja i kolor oczu identyczne, prócz fryzury i ubioru. Jego włosy były, w przeciwieństwie do młodszego brata, zadziwiająco proste. Miał zgolony prawy bok, a włosy ułożone w lewą stronę. Jego ubiór składał się z czarnych jeansów, eleganckich butów oraz lekko żółtej koszuli z podwiniętymi rękawami.
Trzeci z chłopaków był bardzo podobny do Adama, tylko posiadał oczy koloru świeżo skoszonej trawy. Był niższy o kilka centymetrów od Alberta, a jego wyraz twarzy przywodził na myśl jakby coś przeskrobał, ale specjalnie się tym nie przejmował. Miał długie blond włosy związane w koński ogon. Jego czarna marynarka leżała na nim idealnie i w sumie mógłby uchodzić za eleganta, gdyby nie granatowe jeansy i buty skate'y.
Ten ostatni popatrzył na Lucy dosyć sympatycznym wzrokiem, a w tym czasie chłopak o ciemnej karnacji zabiegał o względy Rachel, która twardo trzymała się, że ,,nie będzie tańczyła z niższymi od siebie chłopakami". ,,Słońce, co to za problem? Zdejmiesz buty i po kłopocie" próbował przekonać ją ten starszy z braci. W jej obronie stanął Albert, który oznajmił, że Rachel nie będzie zdejmowała swoich butów dla jakichś, jak to się wyraził, ,,niskich przydupasów". W tym czasie wywiązała się między nimi mała kłótnia, w której była konieczna interwencja Adama. Chłopak o zielonych oczach i długich blond włosach skorzystał z okazji i poprosił Lucy do tańca. Dziewczyna nie zdążyła się sprzeciwić, gdyż chłopak już chwycił ją za rękę i pociągnął na parkiet. Delikatnie położył swoją dłoń w miejscu, gdzie Lucy miała biodro, a jej rękę położył sobie na ramieniu. Ku swemu zdziwieniu Lucy odkryła, że nie musi stać na palcach, aby z nim tańczyć. Był, jakby to ująć: w sam raz. Noo może odrobinę za wysoki, ale nie aż tak jak jej Adam. Podczas tańca narodziła się między nimi konwersacja:
-Jak ci na imię?- Zapytał bardzo przyjemnym i uprzejmym głosem blondyn
-Lucy.- Odpowiedziała krótko
-Bardzo ładne imię.- Odpowiedział- Nazywam się Nathaniel Onyx.- Przedstawił się posyłając jej lekki uśmiech- Jak ci się podoba na przyjęciu?
-Jest bardzo... miło.
-Cieszę się.- Okręcił ją wokół jej własnej osi i prowadził dalej- Przyszłaś sama?
-Nie...- Wydukała i w tym momencie odbił ją Adam
-Zaczepiał cię?- Zapytał
-Nie, był bardzo miły i uprzejmy.- Stanęła w jego obronie Lucy
-Uff, całe szczęście. On nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem.- Popatrzył krzywo w stronę Nathaniela, który teraz stał pod ścianą i bacznie im się przyglądał.
-Dlaczego?- Odważyła się zapytać
-Opowiem ci, jak wrócimy do domu. To nie jest miejsce i czas na to, aby ci to tłumaczyć. Po prostu nie chcę psuć ci zabawy.- Wyjaśnił
-Dobrze.- Przytaknęła i muzyka ucichła, lecz tylko na chwilę, gdyż zaraz po niej nastąpiła o wiele żywsza piosenka. Lucy szybko odszukała wzrokiem Rachel, która siedziała na jednej z sof i o dziwo rozmawiała o czymś z Albertem. Dołączyli do nich. Jak się okazało dyskutowali na temat wynalazków Alberta oraz próbowali wymyślać inne:
-Jak tańczyło się ze Złodziejem?- Zapytał Albert rozbawionym tonem, a Adam rzucił mu mordercze spojrzenie
-Ki...- Chciała zapytać Lucy, ale przerwał jej Adam
-Nie psuj nam tego wieczoru.- Odparł karcącym tonem, aż Rachel popatrzyła na niego ze zdziwieniem
-Wszystko w porządku?- Zadała mu pytanie blondynka
-Ugh. Nie.- Odpowiedział jej zaciskając dłonie w pięści, aby się uspokoić
-Adam.- Zwróciła się do niego Lucy delikatnie kładąc swoją dłoń na jego ramieniu, lecz on ją strząsnął
-Nie tańcz z nim więcej.- Nakazał nie patrząc na nią, a ona pokiwała energicznie głową po czym delikatnie spuściła głowę, zacisnęła usta w wąską kreskę i splotła swoje palce jak do modlitwy. Na widok tak przygnębionej Lucy, Rachel zrobiło jej się żal. Potajemnie kopnęła pod stołem Adama w nogę, a gdy ten spojrzał na nią z wyrzutem, wzrokiem pokazała na Lucy. Chłopak szybko pojął o co jej chodziło. Jemu też zrobiło jej się żal. Przecież nie wiedziała kim jest albo był Nathaniel, a w dodatku to była jego wina, że pozwolił się rozkojarzyć i przez to nie upilnował jej. Nie powinien być teraz na nią zły, tylko na siebie. Miał to już od dziecka, jak coś nie szło po jego myśli to najłatwiej było to zwalić na kogoś, a samemu pozostać niewinnym. Teraz jest już praktycznie dorosły, więc pora dorosnąć. Wziął głęboki wdech, po czym objął ją i przyciągnął do siebie:
-Przepraszam.- Wyszeptał jej do ucha i pocałował w policzek, aż Lucy zarumieniła się po korzonki włosów
-Nic się nie stało.- Odparła lekko zdezorientowana spokojnym tonem
-Byłem dla ciebie niemiły. To się już więcej nie powtórzy.- Obiecał i mocniej ją przycisnął do siebie.
-D-dobrze, nie gniewam się na ciebie.- Powiedziała lekko zbita z tropu czule głaszcząc jego blond włosy.
-Może zatańczymy?- Zaproponował, a ona kiwnęła głową na zgodę, po czym wstali z tapczanika i trzymając się za ręce ruszyli na parkiet.
sobota, 5 listopada 2016
Rozdział 28 Żaróweczka
-Wejść.- Krzyknął Adam wracając do pozycji siedzącej; coś za szybko przyszła, pomyślał, zanim drzwi zdążyły się otworzyć
-Adam!- Krzyknął zdyszany Albert wpadając do pokoju
-Coś się stało?- Blondyn wstał zbity z tropu i podszedł do przyjaciela
-Dziś wieczorem ojciec organizuje bal. Przyjdziecie?- Zapytał, a na jego ustach zagościł lekki uśmiech
-To powód, żeby aż tak się spieszyć i rano wbiegać do czyjegoś pokoju?- Zadał pytanie retoryczne Adam z lekkim przekąsem
-Tak! Zazwyczaj gości się informuje co najmniej trzy dni przed, a ja się dowiedziałem dopiero teraz, kiedy siostra mi się wygadała. - Poinformował ich
-No dobrze, o której mamy być?- Znów zapytał Adam
-Bal zaczyna się o dwudziestej, ale miło by było gdybyście przyjechali pół godziny przed. Chcę wam coś pokazać.- Lucy zauważyła błysk podekscytowania w oczach Alberta- A i mam do was jeszcze jedną prośbę...- Lekko się zarumienił i poprawił swoje okulary- Bo... Moglibyście zabrać ze sobą Rachel? Zazwyczaj nie wychodzi na bale, ale was może posłucha.- Uśmiechnął się serdecznie, po czym pożegnał się z nimi i wyszedł.
-Wyglądał dosyć... Inaczej.- Podsumowała tą krótką wizytę Lucy
-Może dlatego, że był ubrany elegancko?- Zwrócił uwagę Adam
-Możliwe, ale chodzi mi o jego zachowanie.- Usiadła na łóżku i wpatrywała się w swojego męża jakby chcąc mu przekazać myślami swoje słowa
-Nie przejmuj się nim, on zawsze taki jest jak ma się odbyć jakaś impreza.- Usiadł obok niej i objął ramieniem- Troche sie stresuje, bo widzisz, on jest dosyć jakby to ująć... U nas, Magnatów, średni wiek do zaślubin to osiemnaście- dwadzieścia lat. Jak zapewne wiesz Albert ma już dziewiętnaście, więc znalezienie żony jest dla niego w tym wieku priorytetem, a przynajmniej narzeczonej. Co bankiet odstawia się, aby przypodobać się jakiejś dziewczynie, ale żadna nie chce chłopaka w okularach i w dodatku z jednym okiem innym od drugiego. Jest bardzo wrażliwy na ten temat.- Wyjaśniał jej, a ona wtulając się w niego słuchała go i zapamiętywała co do niej mówił przez najbliższe dziesięć minut. Później przybyło ich śniadanie, które szybko zjedli, a następnie Lucy poszła do swojego pokoju, aby się w końcu przebrać. Adam zaproponował, że pojadą do miasta, aby kupić dla niej sukienkę, a dla niego garnitur. Postanowiła, że teraz założy luźną elegancką białą koszulę z rękawami trzy czwartymi i czarne rurki. Dzisiaj chciała zostawić trampki w spokoju, więc wybrała czarne baleriny. Po przebraniu się weszła do łazienki, aby ogarnąć swoje włosy. Porządnie je wyczesała, a następnie posmarowała twarz kremem nawilżającym. Po stwierdzeniu, że nie wygląda aż tak źle już miała opuścić łazienkę, gdy przypomniało jej się, że na kaloryferze od wczoraj suszą się ubrania. Szybko je zdjęła i położyła na swoim łóżku do poskładania, oprócz bluzy Adama, którą zamierzała mu oddać.
Spotkali się w holu, przy wyjściu. Lucy siedziała na jednej z sof i czekała na Adama, który pospiesznym krokiem wkroczył do pomieszczenia:
-Gotowa?- Zapytał spoglądając na nią z zachwytem
-Mhm.- Przytaknęła, a on wziął ją pod rękę i zaprowadził do przygotowanego już samochodu, który stał centralnie przed schodami.
Gdy już jechali w radiu usłyszeli komunikat o buncie w jednej z fabryk po drugiej stronie kraju. W tych czasach to było normalne. Każdy protest albo próbowano jakoś załagodzić albo po prostu załatwić to siłą. Niestety nie podano, w której fabryce, a Lucy miała złe przeczucia. Czuła mrowienie w palcach, więc ciągle miętoliła skrawek swojej śnieżno białej koszuli do momentu, gdy musieli wysiadać. Tym razem Adam zawiózł ją do innej galerii. Ta była o wiele mniejsza i chyba bardziej konkretna. W każdym razie rozległy napis na jednej z jej ścian głosił ,,Centrum elegancji" czyli galeria handlowa tylko z formalnymi ubraniami oraz butami i ewentualnie fryzjerem, kosmetyczką, biżuterią albo dodatkami.
Gdy weszli do wnętrza galerii uderzył w nich zapach drogich perfum. Zdecydowali, że najpierw wybiorą garnitur dla Adama i tak też zrobili. Nie zajęło im to więcej niż dziesięć minut. Następnie ruszyli w stronę sklepów z sukniami. O dziwo całkiem szybko zdołali się uporać z kreacją dla Lucy. Dziewczyna wybrała czarną sukienkę do kolan z koronkową spódnicą z podszewką oraz bardzo delikatnym dekoltem. Butów nie musiała kupować, gdyż w szafie miała ich od groma, a torebka też się jakaś znajdzie. W sumie nie musiała się nawet jakoś wymyślnie stroić. Już miała męża, więc po co miałaby się starać wyglądać oszołamiająco...
Do balu zostało trzydzieści minut, a Adam wraz z dwoma dziewczętami już wysiadali z podłużnego czarnego samochodu, potocznie zwanym limuzyną, gdy energicznie przywitał ich Albert. Najpierw wedle etykiety powitał dziewczęta, a na koniec uścisnął przyjaźnie rękę Adamowi:
-Więc po co, tak dokładniej, nas tu sprowadziłeś tak wcześnie?- Zadał mu pytanie przyjaciel, kiedy znaleźli w pokoju bruneta
-Hmmm... Chciałem wam pokazać mój nowy wynalazek.- Wyjaśnił krótko szukając swego dzieła
-I do czego to będzie służyć?- Zapytała obojętnym, lekko drwiącym tonem Rachel; ubrana była w długą do kostek kremową suknię. Od pasa w górę była ozdobiona czarną koronką. Do tego założyła czarne szpilki, a blond włosy kaskadą zakrywały jej nagie plecy.
-Opracowałem prototyp żarówki, która nigdy się nie wyczerpie.- Odpowiedział jej- Tylko, gdzie ja ją położyłem?- Szperał w szufladach, zaglądał pod łóżko, dopóki Adam się nie odezwał:
-Chodzi ci o tą malutką na biurku?
-Co?! Gdzie, jak, skąd ty ją...?- Poderwał się z podłogi i podszedł do biurka- O, tutaj jest.- Zaśmiał się lekko zażenowany poprawiając swoje okulary i biorąc żaróweczkę do ręki- Tak, to ona.- Zaprezentował ją wszystkim- Przekalkowałem ile energii może ona pomieścić oraz jak długo będzie działać. Obliczając różne równania doszedłem do pewnego wniosku, że...- I mówił dalej, póki nie przerwała mu Rachel
-Skąd masz pewność, że nigdy się nie wyczerpie?
-Ech, właśnie miałem o tym mówić...- Westchnął- Chodzi o to, że zamontowałem w niej coś typu silniczka zasilanego jej energią. Będzie on tworzył energię, która będzie przechodziła przez całą żarówkę, a później będzie wracała do tego silniczka i go napędzała.- Wyjaśnił z dumą w głowie
-Interesujące.- Pochwalił go Adam- I kiedy masz zamiar wprowadzić to na rynek?
-Eeee... Na chwilę obecną mój wynalazek przechodzi okres próbny. Jak się okaże, że po kilku dniach, a może tygodniach coś się popsuje, to będzie to kolejny niewypał.
-Yhym.- Przytaknęła Rachel krzyżując ręce na piersi- Mogę ją w domu przetestować?
-Mmmm. Nie jestem pewien czy to jest dobry pomysł.- Zamruczał z niezadowoleniem- Nie to, że ci nie ufam, tylko jeżeli coś się w tej żarówce popsuje, to może dojść nawet do pożaru, a zrozum, nie chcę spalić ci domu.- Ostrzegł
-E tam, dawaj.- Wzięła żaróweczkę z dłoni Alberta przy okazji delikatnie dotykając szorstką skórę jego rąk, która zdążyła się lekko wysuszyć i stwardnieć od nadmiaru pracy.
-Ile nam zostało czasu do balu?- Zapytał brunet poprawiając okulary i swoją marynarkę
-Jakieś piętnaście minut.- Odparł Adam zerkając na swój zegarek, który zawsze nosił na prawej ręce; nikt prócz niego nie wiedział, czemu akurat na prawej ręce...
-Adam!- Krzyknął zdyszany Albert wpadając do pokoju
-Coś się stało?- Blondyn wstał zbity z tropu i podszedł do przyjaciela
-Dziś wieczorem ojciec organizuje bal. Przyjdziecie?- Zapytał, a na jego ustach zagościł lekki uśmiech
-To powód, żeby aż tak się spieszyć i rano wbiegać do czyjegoś pokoju?- Zadał pytanie retoryczne Adam z lekkim przekąsem
-Tak! Zazwyczaj gości się informuje co najmniej trzy dni przed, a ja się dowiedziałem dopiero teraz, kiedy siostra mi się wygadała. - Poinformował ich
-No dobrze, o której mamy być?- Znów zapytał Adam
-Bal zaczyna się o dwudziestej, ale miło by było gdybyście przyjechali pół godziny przed. Chcę wam coś pokazać.- Lucy zauważyła błysk podekscytowania w oczach Alberta- A i mam do was jeszcze jedną prośbę...- Lekko się zarumienił i poprawił swoje okulary- Bo... Moglibyście zabrać ze sobą Rachel? Zazwyczaj nie wychodzi na bale, ale was może posłucha.- Uśmiechnął się serdecznie, po czym pożegnał się z nimi i wyszedł.
-Wyglądał dosyć... Inaczej.- Podsumowała tą krótką wizytę Lucy
-Może dlatego, że był ubrany elegancko?- Zwrócił uwagę Adam
-Możliwe, ale chodzi mi o jego zachowanie.- Usiadła na łóżku i wpatrywała się w swojego męża jakby chcąc mu przekazać myślami swoje słowa
-Nie przejmuj się nim, on zawsze taki jest jak ma się odbyć jakaś impreza.- Usiadł obok niej i objął ramieniem- Troche sie stresuje, bo widzisz, on jest dosyć jakby to ująć... U nas, Magnatów, średni wiek do zaślubin to osiemnaście- dwadzieścia lat. Jak zapewne wiesz Albert ma już dziewiętnaście, więc znalezienie żony jest dla niego w tym wieku priorytetem, a przynajmniej narzeczonej. Co bankiet odstawia się, aby przypodobać się jakiejś dziewczynie, ale żadna nie chce chłopaka w okularach i w dodatku z jednym okiem innym od drugiego. Jest bardzo wrażliwy na ten temat.- Wyjaśniał jej, a ona wtulając się w niego słuchała go i zapamiętywała co do niej mówił przez najbliższe dziesięć minut. Później przybyło ich śniadanie, które szybko zjedli, a następnie Lucy poszła do swojego pokoju, aby się w końcu przebrać. Adam zaproponował, że pojadą do miasta, aby kupić dla niej sukienkę, a dla niego garnitur. Postanowiła, że teraz założy luźną elegancką białą koszulę z rękawami trzy czwartymi i czarne rurki. Dzisiaj chciała zostawić trampki w spokoju, więc wybrała czarne baleriny. Po przebraniu się weszła do łazienki, aby ogarnąć swoje włosy. Porządnie je wyczesała, a następnie posmarowała twarz kremem nawilżającym. Po stwierdzeniu, że nie wygląda aż tak źle już miała opuścić łazienkę, gdy przypomniało jej się, że na kaloryferze od wczoraj suszą się ubrania. Szybko je zdjęła i położyła na swoim łóżku do poskładania, oprócz bluzy Adama, którą zamierzała mu oddać.
Spotkali się w holu, przy wyjściu. Lucy siedziała na jednej z sof i czekała na Adama, który pospiesznym krokiem wkroczył do pomieszczenia:
-Gotowa?- Zapytał spoglądając na nią z zachwytem
-Mhm.- Przytaknęła, a on wziął ją pod rękę i zaprowadził do przygotowanego już samochodu, który stał centralnie przed schodami.
Gdy już jechali w radiu usłyszeli komunikat o buncie w jednej z fabryk po drugiej stronie kraju. W tych czasach to było normalne. Każdy protest albo próbowano jakoś załagodzić albo po prostu załatwić to siłą. Niestety nie podano, w której fabryce, a Lucy miała złe przeczucia. Czuła mrowienie w palcach, więc ciągle miętoliła skrawek swojej śnieżno białej koszuli do momentu, gdy musieli wysiadać. Tym razem Adam zawiózł ją do innej galerii. Ta była o wiele mniejsza i chyba bardziej konkretna. W każdym razie rozległy napis na jednej z jej ścian głosił ,,Centrum elegancji" czyli galeria handlowa tylko z formalnymi ubraniami oraz butami i ewentualnie fryzjerem, kosmetyczką, biżuterią albo dodatkami.
Gdy weszli do wnętrza galerii uderzył w nich zapach drogich perfum. Zdecydowali, że najpierw wybiorą garnitur dla Adama i tak też zrobili. Nie zajęło im to więcej niż dziesięć minut. Następnie ruszyli w stronę sklepów z sukniami. O dziwo całkiem szybko zdołali się uporać z kreacją dla Lucy. Dziewczyna wybrała czarną sukienkę do kolan z koronkową spódnicą z podszewką oraz bardzo delikatnym dekoltem. Butów nie musiała kupować, gdyż w szafie miała ich od groma, a torebka też się jakaś znajdzie. W sumie nie musiała się nawet jakoś wymyślnie stroić. Już miała męża, więc po co miałaby się starać wyglądać oszołamiająco...
Do balu zostało trzydzieści minut, a Adam wraz z dwoma dziewczętami już wysiadali z podłużnego czarnego samochodu, potocznie zwanym limuzyną, gdy energicznie przywitał ich Albert. Najpierw wedle etykiety powitał dziewczęta, a na koniec uścisnął przyjaźnie rękę Adamowi:
-Więc po co, tak dokładniej, nas tu sprowadziłeś tak wcześnie?- Zadał mu pytanie przyjaciel, kiedy znaleźli w pokoju bruneta
-Hmmm... Chciałem wam pokazać mój nowy wynalazek.- Wyjaśnił krótko szukając swego dzieła
-I do czego to będzie służyć?- Zapytała obojętnym, lekko drwiącym tonem Rachel; ubrana była w długą do kostek kremową suknię. Od pasa w górę była ozdobiona czarną koronką. Do tego założyła czarne szpilki, a blond włosy kaskadą zakrywały jej nagie plecy.
-Opracowałem prototyp żarówki, która nigdy się nie wyczerpie.- Odpowiedział jej- Tylko, gdzie ja ją położyłem?- Szperał w szufladach, zaglądał pod łóżko, dopóki Adam się nie odezwał:
-Chodzi ci o tą malutką na biurku?
-Co?! Gdzie, jak, skąd ty ją...?- Poderwał się z podłogi i podszedł do biurka- O, tutaj jest.- Zaśmiał się lekko zażenowany poprawiając swoje okulary i biorąc żaróweczkę do ręki- Tak, to ona.- Zaprezentował ją wszystkim- Przekalkowałem ile energii może ona pomieścić oraz jak długo będzie działać. Obliczając różne równania doszedłem do pewnego wniosku, że...- I mówił dalej, póki nie przerwała mu Rachel
-Skąd masz pewność, że nigdy się nie wyczerpie?
-Ech, właśnie miałem o tym mówić...- Westchnął- Chodzi o to, że zamontowałem w niej coś typu silniczka zasilanego jej energią. Będzie on tworzył energię, która będzie przechodziła przez całą żarówkę, a później będzie wracała do tego silniczka i go napędzała.- Wyjaśnił z dumą w głowie
-Interesujące.- Pochwalił go Adam- I kiedy masz zamiar wprowadzić to na rynek?
-Eeee... Na chwilę obecną mój wynalazek przechodzi okres próbny. Jak się okaże, że po kilku dniach, a może tygodniach coś się popsuje, to będzie to kolejny niewypał.
-Yhym.- Przytaknęła Rachel krzyżując ręce na piersi- Mogę ją w domu przetestować?
-Mmmm. Nie jestem pewien czy to jest dobry pomysł.- Zamruczał z niezadowoleniem- Nie to, że ci nie ufam, tylko jeżeli coś się w tej żarówce popsuje, to może dojść nawet do pożaru, a zrozum, nie chcę spalić ci domu.- Ostrzegł
-E tam, dawaj.- Wzięła żaróweczkę z dłoni Alberta przy okazji delikatnie dotykając szorstką skórę jego rąk, która zdążyła się lekko wysuszyć i stwardnieć od nadmiaru pracy.
-Ile nam zostało czasu do balu?- Zapytał brunet poprawiając okulary i swoją marynarkę
-Jakieś piętnaście minut.- Odparł Adam zerkając na swój zegarek, który zawsze nosił na prawej ręce; nikt prócz niego nie wiedział, czemu akurat na prawej ręce...
sobota, 29 października 2016
Rozdział 27 Śniadanie do łóżka
Po nacieszeniu się nocną panoramą miasta Adam zabrał Lucy na łyżwy. Co z tego, że był już koniec lata. Bogatemu wszystko wolno, nawet wejść na lodowisko w środku nocy...
Tak więc po serii upadków wrócili do domu, gdyż Adama rozbolała ręka, a Lucy było zimno od mokrych ubrań. Dzisiejszej nocy postanowili, że zasnął w jednym pokoju, a nawet w jednym łóżku. Podczas, gdy Lucy myła się i przebierała w piżamę w swoim pokoju (należy jej się trochę prywatności), Adam w swojej łazience smarował sobie lewą rękę maścią przeciwbólową, a następnie owinął ją bandażem. Po wykonaniu tej czynności zdjął z siebie praktycznie wszystkie ubrania, prócz oczywiście bielizny. Wszystko powiesił na kaloryferze, a twarz przemył ciepłą wodą. Kiedy wszedł do swojej sypialni zauważył, że Lucy jeszcze nie wróciła. Poczeka na nią. Strasznie zimno jej było, nawet dał jej swoją bluzę, aby się ogrzała. To było zrozumiałe, że potrzebowała ciepłej i odprężającej kąpieli. Zaczął się zastanawiać czy, aby na pewno zrobił dobrze zabierając ją na lodowisko. Przecież już wcześniej widział, że lekko drży, a jej skóra jest blada i zimna. Ale chyba jej się podobało, ciągle się śmiała i uśmiechała jakby jazda na łyżwach sprawiała jej przyjemność. Położył się na łóżku starając zebrać swoje myśli do kupy. Dziewczyna to skomplikowany mechanizm. Trzeba czasu, aby ją zrozumieć. Trzeba ją poznać, aby wiedzieć co należy zrobić w danym momencie. Jeżeli jej nie poznasz ciągle będziesz robił coś źle. Tak, to chyba całkiem niezłe określenie, myślał z przymkniętymi oczami. W końcu usłyszał lekkie pukanie do drzwi. Poprosił o wejście i tak jak się spodziewał w drzwiach stała Lucy:
-No, chodź do mnie.- Podniósł się do pozycji siedzącej i rozłożył swoje długie ręce, a ona zamykając drzwi podreptała do niego i wtuliła się w jego nagą klatkę piersiową. Pachniał wodą, lekkimi męskimi perfumami oraz lasem. Objął ją i pociągnął za sobą, tak że leżała na nim. Stykali się nosami, a Adam zrobił zeza, przez co Lucy zachichotała. Po krótkiej chwili wpatrywania się sobie w oczy chłopak pocałował swoją żonę w usta. Najpierw delikatnie, później bardziej intensywnie, aż w końcu przetoczyli się na bok. I znów wpatrywali się sobie w oczy, przytuleni do siebie niczym namagnesowani. Ona wtulona w jego cudnie pachnącą i umięśnioną klatkę piersiową, a on w jej cudowne i miękkie włosy, które przyjemnie muskały jego twarz.
Po kilku chwilach zauważył, że Lucy oddycha bardziej regularnie i spokojnie, czyli już zasnęła. Powoli puścił ją, a następnie nakrył ich oboje i znowu wrócił do wcześniejszej pozycji. Był zadowolony z dzisiejszego dnia. Po załatwieniu sprawy z żarówkami musiał na chwilę wstąpić do firmy ojca. Jakaś maszyna się zepsuła i masowa produkcja zegarków stanęła w miejscu. Gdy zajechał na miejsce okazało się, że trzeba wymienić pewien element, który ciężko zdobyć, ale ostatecznie udało mu się, tylko musiał objeździć całe miasto aby tą część znaleźć. W każdym razie po załatwieniu problemu, wstąpił na chwilę do Alberta, aby umówić się z nim na za kilka dni na zagranie w jego nową grę. ,,Kiedy Lucy znowu pojedzie do Rachel, to wtedy", obiecał, a jego przyjaciel tylko kiwał głową.
Gdy odjeżdżał od Alberta miał jeszcze godzinę. Nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić, gdy nagle zadzwonił telefon. To był Chris. Arthur kazał mu przekazać informację, aby Adam dokupił kilka części do zegarków, po czym wymienił całą listę, a Adam wiedział, że dosyć sporo czasu mu to zajmie, ale ostatecznie wyrobił się.
Nawet nie zauważył kiedy sam zasnął z twarzą zatopioną w morzu brązowych włosów.
Rano, nie wiedząc czemu, Adam obudził się na podłodze zawinięty w pościeli. Powoli usiadł i spojrzał na łóżko. Lucy nie było. Gorączkowo spojrzał pod łóżko, aby sprawdzić czy przypadkiem nie leżała po drugiej stronie. Na szczęście nie. Wstał z podłogi i odłożył pościel z powrotem na łóżko. Już miał wejść do łazienki, gdy nagle jej drzwi same się otworzyły, a zza nich wyjrzała Lucy:
-Obudziłam cię?- Zapytała zadzierając głowę do góry, aby spojrzeć mu w oczy
-Nie, sam wstałem. Poczułem, że łóżko jakieś niewygodne.- Zaśmiał się drapiąc po głowie
-W nocy spadłeś z łóżka i nawet nic nie poczułeś...- Wyjaśniła
-No to akurat wiem.- Wszedł jej w słowo
-I próbowałam cię z powrotem na to łóżko wciągnąć, ale nie dałam rady.- Wyżaliła się
-Serio? I dalej spałem?
-Nie. Przebudziłeś się i zacząłeś mamrotać coś o zegarkach, wiec zostawiłam cię na podłodze i przy okazji oddałam kołdrę.- Odparła
-Czekaj, czekaj. Jeżeli dałaś mi kołdrę, to czym się nakryłaś?- Zapytał ze strachem i zakłopotaniem w głosie
-Twoje ubrania są dosyć duże.- Opuściła głowę i rozłożyła ręce eksponując jak bardzo za długie są rękawy jednej z ciemnych bluz Adama, która sięgała jej aż do kolan.- Jaki to rozmiar?- Zadała pytanie retoryczne- XXXL?- Zaśmiała się, a chłopak przytulił ją do siebie i szepnął:
-Wystarczający, aby mogła w nim spać moja piękna żona.- Po czym pocałował ją w czoło
-No już mi nie schlebiaj.- Mocniej się w niego wtuliła.- Muszę ci oddać jeszcze tamtą bluzę.
-To może poczekać.- Zaczęli się powoli kołysać w uścisku
-Ale śniadanie nie zaczeka.- Odparła puszczając go, ale on nie chciał jej puścić
-E tam. Później zjemy.- Rzekł, po czym szybkim ruchem wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łóżka
-I co ty masz teraz zamiar zrobić?- Zapytała- Co jest ważniejszego od śniadania?
-Śniadanie do łóżka.- Uśmiechnął się, po czym wziął do ręki swój smartfon i napisał wiadomość do jednej z kelnerek- Na co masz dzisiaj ochotę?
-Hmmm, może naleśniki z truskawkami?
-Ok. Jakaś herbata?- Zaproponował
-Yhym.- Pokiwała twierdząco głową, a on usiadł na brzegu łóżka w dalszej części pisząc SMSa; Lucy skorzystała z okazji, więc zbliżyła się do niego i objęła go od tyłu opierając swoje ramiona na jego i przy okazji patrząc na zawartość wiadomości.
-Eee, co ty mi tu zaglądasz.- Przycisnął ekran do swojej nagiej klatki piersiowej, aby Lucy nie widziała co napisał- Z kochanką piszę, nie musisz się o mnie martwić.- Zaśmiał się na powrót pokazując ekran z zamówieniem. W miejscu odbiorcy widniał napis ,,Kuchnia". Gdy skończył pisać przycisnął ,,Wyślij" i odłożył telefon na etażerkę:
-To co teraz będziemy robić?- Zapytała Lucy
-Jak to co? Poczekamy na śniadanie.- Odparł radosnym tonem, po czym odchylił się do tyłu i teraz jego głowa spoczywała na brzuchu Lucy. I tak razem czekali dopóki nie rozległo się pukanie do drzwi...
Tak więc po serii upadków wrócili do domu, gdyż Adama rozbolała ręka, a Lucy było zimno od mokrych ubrań. Dzisiejszej nocy postanowili, że zasnął w jednym pokoju, a nawet w jednym łóżku. Podczas, gdy Lucy myła się i przebierała w piżamę w swoim pokoju (należy jej się trochę prywatności), Adam w swojej łazience smarował sobie lewą rękę maścią przeciwbólową, a następnie owinął ją bandażem. Po wykonaniu tej czynności zdjął z siebie praktycznie wszystkie ubrania, prócz oczywiście bielizny. Wszystko powiesił na kaloryferze, a twarz przemył ciepłą wodą. Kiedy wszedł do swojej sypialni zauważył, że Lucy jeszcze nie wróciła. Poczeka na nią. Strasznie zimno jej było, nawet dał jej swoją bluzę, aby się ogrzała. To było zrozumiałe, że potrzebowała ciepłej i odprężającej kąpieli. Zaczął się zastanawiać czy, aby na pewno zrobił dobrze zabierając ją na lodowisko. Przecież już wcześniej widział, że lekko drży, a jej skóra jest blada i zimna. Ale chyba jej się podobało, ciągle się śmiała i uśmiechała jakby jazda na łyżwach sprawiała jej przyjemność. Położył się na łóżku starając zebrać swoje myśli do kupy. Dziewczyna to skomplikowany mechanizm. Trzeba czasu, aby ją zrozumieć. Trzeba ją poznać, aby wiedzieć co należy zrobić w danym momencie. Jeżeli jej nie poznasz ciągle będziesz robił coś źle. Tak, to chyba całkiem niezłe określenie, myślał z przymkniętymi oczami. W końcu usłyszał lekkie pukanie do drzwi. Poprosił o wejście i tak jak się spodziewał w drzwiach stała Lucy:
-No, chodź do mnie.- Podniósł się do pozycji siedzącej i rozłożył swoje długie ręce, a ona zamykając drzwi podreptała do niego i wtuliła się w jego nagą klatkę piersiową. Pachniał wodą, lekkimi męskimi perfumami oraz lasem. Objął ją i pociągnął za sobą, tak że leżała na nim. Stykali się nosami, a Adam zrobił zeza, przez co Lucy zachichotała. Po krótkiej chwili wpatrywania się sobie w oczy chłopak pocałował swoją żonę w usta. Najpierw delikatnie, później bardziej intensywnie, aż w końcu przetoczyli się na bok. I znów wpatrywali się sobie w oczy, przytuleni do siebie niczym namagnesowani. Ona wtulona w jego cudnie pachnącą i umięśnioną klatkę piersiową, a on w jej cudowne i miękkie włosy, które przyjemnie muskały jego twarz.
Po kilku chwilach zauważył, że Lucy oddycha bardziej regularnie i spokojnie, czyli już zasnęła. Powoli puścił ją, a następnie nakrył ich oboje i znowu wrócił do wcześniejszej pozycji. Był zadowolony z dzisiejszego dnia. Po załatwieniu sprawy z żarówkami musiał na chwilę wstąpić do firmy ojca. Jakaś maszyna się zepsuła i masowa produkcja zegarków stanęła w miejscu. Gdy zajechał na miejsce okazało się, że trzeba wymienić pewien element, który ciężko zdobyć, ale ostatecznie udało mu się, tylko musiał objeździć całe miasto aby tą część znaleźć. W każdym razie po załatwieniu problemu, wstąpił na chwilę do Alberta, aby umówić się z nim na za kilka dni na zagranie w jego nową grę. ,,Kiedy Lucy znowu pojedzie do Rachel, to wtedy", obiecał, a jego przyjaciel tylko kiwał głową.
Gdy odjeżdżał od Alberta miał jeszcze godzinę. Nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić, gdy nagle zadzwonił telefon. To był Chris. Arthur kazał mu przekazać informację, aby Adam dokupił kilka części do zegarków, po czym wymienił całą listę, a Adam wiedział, że dosyć sporo czasu mu to zajmie, ale ostatecznie wyrobił się.
Nawet nie zauważył kiedy sam zasnął z twarzą zatopioną w morzu brązowych włosów.
Rano, nie wiedząc czemu, Adam obudził się na podłodze zawinięty w pościeli. Powoli usiadł i spojrzał na łóżko. Lucy nie było. Gorączkowo spojrzał pod łóżko, aby sprawdzić czy przypadkiem nie leżała po drugiej stronie. Na szczęście nie. Wstał z podłogi i odłożył pościel z powrotem na łóżko. Już miał wejść do łazienki, gdy nagle jej drzwi same się otworzyły, a zza nich wyjrzała Lucy:
-Obudziłam cię?- Zapytała zadzierając głowę do góry, aby spojrzeć mu w oczy
-Nie, sam wstałem. Poczułem, że łóżko jakieś niewygodne.- Zaśmiał się drapiąc po głowie
-W nocy spadłeś z łóżka i nawet nic nie poczułeś...- Wyjaśniła
-No to akurat wiem.- Wszedł jej w słowo
-I próbowałam cię z powrotem na to łóżko wciągnąć, ale nie dałam rady.- Wyżaliła się
-Serio? I dalej spałem?
-Nie. Przebudziłeś się i zacząłeś mamrotać coś o zegarkach, wiec zostawiłam cię na podłodze i przy okazji oddałam kołdrę.- Odparła
-Czekaj, czekaj. Jeżeli dałaś mi kołdrę, to czym się nakryłaś?- Zapytał ze strachem i zakłopotaniem w głosie
-Twoje ubrania są dosyć duże.- Opuściła głowę i rozłożyła ręce eksponując jak bardzo za długie są rękawy jednej z ciemnych bluz Adama, która sięgała jej aż do kolan.- Jaki to rozmiar?- Zadała pytanie retoryczne- XXXL?- Zaśmiała się, a chłopak przytulił ją do siebie i szepnął:
-Wystarczający, aby mogła w nim spać moja piękna żona.- Po czym pocałował ją w czoło
-No już mi nie schlebiaj.- Mocniej się w niego wtuliła.- Muszę ci oddać jeszcze tamtą bluzę.
-To może poczekać.- Zaczęli się powoli kołysać w uścisku
-Ale śniadanie nie zaczeka.- Odparła puszczając go, ale on nie chciał jej puścić
-E tam. Później zjemy.- Rzekł, po czym szybkim ruchem wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łóżka
-I co ty masz teraz zamiar zrobić?- Zapytała- Co jest ważniejszego od śniadania?
-Śniadanie do łóżka.- Uśmiechnął się, po czym wziął do ręki swój smartfon i napisał wiadomość do jednej z kelnerek- Na co masz dzisiaj ochotę?
-Hmmm, może naleśniki z truskawkami?
-Ok. Jakaś herbata?- Zaproponował
-Yhym.- Pokiwała twierdząco głową, a on usiadł na brzegu łóżka w dalszej części pisząc SMSa; Lucy skorzystała z okazji, więc zbliżyła się do niego i objęła go od tyłu opierając swoje ramiona na jego i przy okazji patrząc na zawartość wiadomości.
-Eee, co ty mi tu zaglądasz.- Przycisnął ekran do swojej nagiej klatki piersiowej, aby Lucy nie widziała co napisał- Z kochanką piszę, nie musisz się o mnie martwić.- Zaśmiał się na powrót pokazując ekran z zamówieniem. W miejscu odbiorcy widniał napis ,,Kuchnia". Gdy skończył pisać przycisnął ,,Wyślij" i odłożył telefon na etażerkę:
-To co teraz będziemy robić?- Zapytała Lucy
-Jak to co? Poczekamy na śniadanie.- Odparł radosnym tonem, po czym odchylił się do tyłu i teraz jego głowa spoczywała na brzuchu Lucy. I tak razem czekali dopóki nie rozległo się pukanie do drzwi...
sobota, 22 października 2016
Rozdział 26 Noc Neonów
Prócz ,,Tajemniczego świata Arrietty" dziewczyny obejrzały ,,Szept Serca" i ,,Spirited Away: W krainie bogów". Świetnie się bawiły podczas oglądania filmów. Co jakiś czas wymieniały się spostrzeżeniami lub Rachel wzdychała z zachwytem. Po zakończeniu seansów do pokoju zapukał lokaj z prośbą o stawienie się na obiad. Obie posłusznie przeszły do jadalni. Na obiad najpierw była zupa, której Lucy nigdy wcześniej nie widziała, ani nie jadła, lecz bardzo jej smakowała. Na drugie danie był pieczony indyk w sosie orzechowym, z ziemniakami i sałatką. Jeśli chodzi o napój miała do wyboru: Pepsi, Sprite, różowe Frugo, sok pomarańczowy lub jabłkowy i zwykłą wodę mineralną. Wybrała Sprite, tak jak z resztą Rachel, która pomimo tak idealnej figury pochłonęła dwa talerze zupy i wyczyściła talerz z drugim daniem do czysta. Lucy nie za specjalnie smakował sos, którym był polany indyk, w ogóle nie lubiła indyka, ale żeby nie robić przykrości Rachel postanowiła się zmusić do zjedzenia go. O dziwo jadły same, w towarzystwie jednie kamerdynera i kelnerek, które co chwila pojawiały się i znikały.
Po zakończeniu posiłku nie bardzo wiedziały co robić, gdyż zostało tylko trzydzieści minut do osiemnastej. Zaczęcie kolejnego filmu byłoby bez sensu, więc musiały wymyślić sobie inne zajęcie. Wróciły znów do pokoju Rachel i usiadły na kanapie z laptopem, po czym zaczęły przeglądać youtube'a i pokazywać sobie nawzajem filmiki.
W końcu rozległ się dzwonek do drzwi, co oznaczało, że Adam przyjechał po Lucy. Szybko znalazły się w przedpokoju, gdzie już czekał zniecierpliwiony blondyn:
-Co tak długo?- Zapytał, gdy tylko je zobaczył, po czym podszedł do Lucy, schylił się i pocałował ją w policzek
-Byłyśmy zajęte.- Odparła Rachel z lekkim uśmiechem
-Ahaa. Czyżby?- Zaczął droczyć się Adam obejmując swoją żonę
-Taak.- Blondynka skrzyżowała ręce na piersi
-W każdym razie dziękuję Rachel, że zaprosiłaś do siebie Lucy i się nią zaopiekowałaś.- Podziękował
-Nie ma sprawy. Całkiem fajnie było.- Rachel posłała Lucy radosny uśmiech
-Mi też się podobało.- Poparła ją Lucy
-To bardzo się cieszę, że przyjemnie spędziłyście dzień.- Pogłaskał swoją ukochaną po głowie- A teraz, wybacz nam Rachel, ale musimy skoczyć w jeszcze jedno miejsce.- Przeprosił ją chłopak
-Ach, jak tak to lećcie. Później popiszemy na facebook'u?- Zwróciła się do Lucy, która kiwnęła głową na zgodę
-Dobranoc Rachel. I dziękuję za wszystko.- Adam na chwilę puścił Lucy i pocałował wierzch dłoni Rachel
-Dobranoc Adamie.- Odpowiedziała formalnie lekko zarumieniona- Cześć.- Pożegnała się ze swoją przyjaciółką poprzez uścisk
-Cześć.- Lucy również się pożegnała, po czym rozłączyły się z uścisku i trzymając się za ręce opuściła z Adamem rezydencję Rachel.
Kiedy już oboje siedzieli w samochodzie Adam zaczął wypytywać się co robiły i czy podobało jej się:
-Tak, Rachel jest bardzo miłą osobą i myślę, że chyba mogłybyśmy być dobrymi przyjaciółkami- Opowiadała Lucy
-Wiesz, nie ma drugiej tak odpowiedniej osoby jak ona, z którą mogłabyś się zaprzyjaźnić.- Stwierdził z uśmiechem na twarzy Adam
-A tak w ogóle, gdzie my jedziemy?- Zainteresowała się dziewczyna
-Zobaczysz.- Odparł skupiając się na drodze
-No dobrze.- Zgodziła się i oparła głowę o swój zapięty pas, po czym zamknęła oczy i wsłuchiwała się w odgłosy radia, aż lekko przysnęła.
Obudziła się delikatnie szturchana w ramię:
-Ej, śpiochu, wstawaj.- Szeptał Adam; zatrzymali się gdzieś, nie wiedziała gdzie dokładnie.
-Coś się stało? Jesteśmy już w domu?- Zapytała
-Nie, chcę ci coś pokazać. Chodź.- Zachęcił ją, a ona odpięła pas i wysiadła z samochodu. Zimne powietrze owiało jej gołe ręce i nogi. Szybko odwinęła rękawy bluzy, lecz szortów nie potrafiła wydłużyć. Zimne powietrze lekko szczypało jej uda. Na szczęście niebawem obok niej pojawił się Adam, który poprowadził ją w ciemność:
-Gdzie my idziemy?- Zapytała
-Już niedaleko.- Uspokoił ją- To idealna pora, abyś to zobaczyła.- Oznajmił z nutą podekscytowania w głosie
-Adam, boję się.- Wyszeptała mocniej ściskając jego dużą i wiecznie przyjemnie ciepłą dłoń
-Nie masz czego. Jestem przy tobie.- Spojrzał na nią kojąco, a przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż wokół panowała wręcz namacalna ciemność. Nie widziała nawet czubka swojego nosa.
W końcu zauważyła lekką neonową poświatę, która przedzierała się przez liście przed nimi. ,,Oznaka jakiejś cywilizacji" pomyślała z ulgą.
-To tutaj.- Powiedział Adam odchylając gałąź i przepuszczając Lucy, która była oślepiona nagłym blaskiem neonów.
-Co to jest?- Zapytała zasłaniając ręką oczy
-Jak zdejmiesz ręce z oczu to zobaczysz.- Objął ją od tyłu i oparł swój podbródek o jej głowę; wypowiedział to z takim zadowoleniem jakby chciał jej pokazać dzieło, które stworzył. Powoli odjęła dłonie od oczu i ku jej zdziwieniu stali na dosyć wysokiej skarpie, ale w stosownej odległości od jej krańca. Przed nią zataczała się panorama nocnego miasta. W oczy rzucał się pewien kształt wykonany z miliona różowych neonów. Prawdopodobnie w budynkach zapalono różowe światła. Wzrok jej się bardziej wyostrzył i zauważyła, że różowe neony tworzą serce:
-Wow.- Oczy jej się rozszerzyły i zrobiła krok do przodu, lecz żelazny uścisk Adama sprawił, że cofnęła się na swoje dawne miejsce
-Lepiej nie podchodź bliżej. Tam teren nie jest stabilny.- Upomniał ją, a ona pokiwała głową
-Piękny widok.- Zachwyciła się
-To specjalnie dla ciebie wiesz?- Zagadnął Adam
-Jak to?
-Noo, normalnie. Kiedy byłaś u Rachel, ja odwiedziłem kilka domów i poprosiłem o zapalenie różowego światła po osiemnaztej na godzinę i aby go nie gaszono.- Odparł- Dałem tym osobom różowe żarówki i małą łapówkę. Cóż, jak widać spełnili moją prośbę.- Rzekł z zachwytem patrząc przed siebie
-Długo ci to zajęło?- Zapytała
-Nie, średnio w jednym domu byłem kilka minut. Tylko chyba w czterech miałem małe problemy, ale jakoś sobie poradziłem.- Pocałował ją w głowę nadal obejmując
-Jesteś niesamowity.- Lekko obróciła się w jego ramionach i teraz oboje się przytulali. Czuła jak jego serce szybciej bije, jak lekko drży oraz jak uśmiecha się zadowolony z siebie
-Kocham cię.- Powiedział mocniej ją przytulając do siebie, a następnie schylając się pocałował ją w usta. Kiedy lekko się od niej odsunął usłyszał jej szept:
-Ja ciebie też kocham.- i jego serce zabiło jeszcze szybciej niż dotychczas...
Po zakończeniu posiłku nie bardzo wiedziały co robić, gdyż zostało tylko trzydzieści minut do osiemnastej. Zaczęcie kolejnego filmu byłoby bez sensu, więc musiały wymyślić sobie inne zajęcie. Wróciły znów do pokoju Rachel i usiadły na kanapie z laptopem, po czym zaczęły przeglądać youtube'a i pokazywać sobie nawzajem filmiki.
W końcu rozległ się dzwonek do drzwi, co oznaczało, że Adam przyjechał po Lucy. Szybko znalazły się w przedpokoju, gdzie już czekał zniecierpliwiony blondyn:
-Co tak długo?- Zapytał, gdy tylko je zobaczył, po czym podszedł do Lucy, schylił się i pocałował ją w policzek
-Byłyśmy zajęte.- Odparła Rachel z lekkim uśmiechem
-Ahaa. Czyżby?- Zaczął droczyć się Adam obejmując swoją żonę
-Taak.- Blondynka skrzyżowała ręce na piersi
-W każdym razie dziękuję Rachel, że zaprosiłaś do siebie Lucy i się nią zaopiekowałaś.- Podziękował
-Nie ma sprawy. Całkiem fajnie było.- Rachel posłała Lucy radosny uśmiech
-Mi też się podobało.- Poparła ją Lucy
-To bardzo się cieszę, że przyjemnie spędziłyście dzień.- Pogłaskał swoją ukochaną po głowie- A teraz, wybacz nam Rachel, ale musimy skoczyć w jeszcze jedno miejsce.- Przeprosił ją chłopak
-Ach, jak tak to lećcie. Później popiszemy na facebook'u?- Zwróciła się do Lucy, która kiwnęła głową na zgodę
-Dobranoc Rachel. I dziękuję za wszystko.- Adam na chwilę puścił Lucy i pocałował wierzch dłoni Rachel
-Dobranoc Adamie.- Odpowiedziała formalnie lekko zarumieniona- Cześć.- Pożegnała się ze swoją przyjaciółką poprzez uścisk
-Cześć.- Lucy również się pożegnała, po czym rozłączyły się z uścisku i trzymając się za ręce opuściła z Adamem rezydencję Rachel.
Kiedy już oboje siedzieli w samochodzie Adam zaczął wypytywać się co robiły i czy podobało jej się:
-Tak, Rachel jest bardzo miłą osobą i myślę, że chyba mogłybyśmy być dobrymi przyjaciółkami- Opowiadała Lucy
-Wiesz, nie ma drugiej tak odpowiedniej osoby jak ona, z którą mogłabyś się zaprzyjaźnić.- Stwierdził z uśmiechem na twarzy Adam
-A tak w ogóle, gdzie my jedziemy?- Zainteresowała się dziewczyna
-Zobaczysz.- Odparł skupiając się na drodze
-No dobrze.- Zgodziła się i oparła głowę o swój zapięty pas, po czym zamknęła oczy i wsłuchiwała się w odgłosy radia, aż lekko przysnęła.
Obudziła się delikatnie szturchana w ramię:
-Ej, śpiochu, wstawaj.- Szeptał Adam; zatrzymali się gdzieś, nie wiedziała gdzie dokładnie.
-Coś się stało? Jesteśmy już w domu?- Zapytała
-Nie, chcę ci coś pokazać. Chodź.- Zachęcił ją, a ona odpięła pas i wysiadła z samochodu. Zimne powietrze owiało jej gołe ręce i nogi. Szybko odwinęła rękawy bluzy, lecz szortów nie potrafiła wydłużyć. Zimne powietrze lekko szczypało jej uda. Na szczęście niebawem obok niej pojawił się Adam, który poprowadził ją w ciemność:
-Gdzie my idziemy?- Zapytała
-Już niedaleko.- Uspokoił ją- To idealna pora, abyś to zobaczyła.- Oznajmił z nutą podekscytowania w głosie
-Adam, boję się.- Wyszeptała mocniej ściskając jego dużą i wiecznie przyjemnie ciepłą dłoń
-Nie masz czego. Jestem przy tobie.- Spojrzał na nią kojąco, a przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż wokół panowała wręcz namacalna ciemność. Nie widziała nawet czubka swojego nosa.
W końcu zauważyła lekką neonową poświatę, która przedzierała się przez liście przed nimi. ,,Oznaka jakiejś cywilizacji" pomyślała z ulgą.
-To tutaj.- Powiedział Adam odchylając gałąź i przepuszczając Lucy, która była oślepiona nagłym blaskiem neonów.
-Co to jest?- Zapytała zasłaniając ręką oczy
-Jak zdejmiesz ręce z oczu to zobaczysz.- Objął ją od tyłu i oparł swój podbródek o jej głowę; wypowiedział to z takim zadowoleniem jakby chciał jej pokazać dzieło, które stworzył. Powoli odjęła dłonie od oczu i ku jej zdziwieniu stali na dosyć wysokiej skarpie, ale w stosownej odległości od jej krańca. Przed nią zataczała się panorama nocnego miasta. W oczy rzucał się pewien kształt wykonany z miliona różowych neonów. Prawdopodobnie w budynkach zapalono różowe światła. Wzrok jej się bardziej wyostrzył i zauważyła, że różowe neony tworzą serce:
-Wow.- Oczy jej się rozszerzyły i zrobiła krok do przodu, lecz żelazny uścisk Adama sprawił, że cofnęła się na swoje dawne miejsce
-Lepiej nie podchodź bliżej. Tam teren nie jest stabilny.- Upomniał ją, a ona pokiwała głową
-Piękny widok.- Zachwyciła się
-To specjalnie dla ciebie wiesz?- Zagadnął Adam
-Jak to?
-Noo, normalnie. Kiedy byłaś u Rachel, ja odwiedziłem kilka domów i poprosiłem o zapalenie różowego światła po osiemnaztej na godzinę i aby go nie gaszono.- Odparł- Dałem tym osobom różowe żarówki i małą łapówkę. Cóż, jak widać spełnili moją prośbę.- Rzekł z zachwytem patrząc przed siebie
-Długo ci to zajęło?- Zapytała
-Nie, średnio w jednym domu byłem kilka minut. Tylko chyba w czterech miałem małe problemy, ale jakoś sobie poradziłem.- Pocałował ją w głowę nadal obejmując
-Jesteś niesamowity.- Lekko obróciła się w jego ramionach i teraz oboje się przytulali. Czuła jak jego serce szybciej bije, jak lekko drży oraz jak uśmiecha się zadowolony z siebie
-Kocham cię.- Powiedział mocniej ją przytulając do siebie, a następnie schylając się pocałował ją w usta. Kiedy lekko się od niej odsunął usłyszał jej szept:
-Ja ciebie też kocham.- i jego serce zabiło jeszcze szybciej niż dotychczas...
sobota, 15 października 2016
Rozdział 25 Talent Rachel
Zgodnie z obietnicą Lucy pojawiła się w rezydencji rodziny Eagle o godzinie trzynastej razem ze swoimi trzema książkami. Adam ją podwiózł i obiecał, że wróci po nią około osiemnastej. Rano wstała wyspana, nawet nie wiedziała kiedy zasnęła. Po prostu obudziła się w ramionach Adama. Kiedy wstała, on jeszcze spał, a była już dziesiąta. Szybko zerwała się z łóżka i poszła do swojego pokoju, aby się ogarnąć, co nie zajęło jej zbyt wiele czasu. Założyła dziś białą podkoszulkę, a na nią rozpinaną bluzę koloru szarego z pyszczkiem Totoro z anime ,,Mój sąsiad Totoro" z podwiniętymi rękawami. Do tego włożyła jeansowe szorty i długie do łydek trampki koloru kory drzewnej. Gdy opuszczała swój pokój zauważyła jak Yuki rozmawia z tym mega wysokim lokajem. Wyglądali jakby się całkiem nieźle dogadywali. Spojrzała na twarz mężczyzny. Gdy wyraźniej się mu przyjrzała zauważyła, że jest młodszy niż na początku jej się zdawało. Mógł mieć mniej więcej tyle lat co Adam, a nawet mniej! Patrzył na Yuki tak jak patrzy na nią Adam, tym rozmarzonym wzrokiem...
W każdym razie teraz stała przed ogromnymi drzwiami i patrzyła się w nie tępo. W końcu postanowiła nacisnąć dzwonek, a drzwi otworzyły się przed nią otworem. Gdy weszła do środka znalazła się w znajomym gigantycznym pomieszczeniu ze schodami rozchodzącymi się w lewo i prawo oraz kryształowym żyrandolem na środku sufitu. Sceneria niczym z wysoko budżetowego filmu o bogatych ludziach. Zaraz... To jest ten sam dom, gdzie kręcono takie filmy! Wszystko się zgadza. Dywany, obrazy, rzeźby... Zachwycała się tym wszystkim, gdy nagle została ,,zaatakowana" przez Rachel, która biegnąc przytuliła się do niej:
-No czeeeeeść!- Zaszczebiotała przyciskając ją do siebie- Czekałam na ciebie już od dwunastej.- Oznajmiła puszczając ją. Ubrana była w różowo pastelową zwiewną sukienkę do kolan z rękawami, jeansową kamizelkę i do tego żółto pastelowe rajstopy, a na nogach krótkie czarne converse.
-Serio?- Zdziwiła się Lucy
-Yhym.- Rachel pokiwała energicznie głową- Nie jesteś głodna?
-Nie, przed wyjściem jadłam.- Odparła brunetka
-No to chodźmy do mnie.- I tak zaprowadziła ją do swojego pokoju w którym panował pastelowy szał. Ściany były skąpane w pastelowym różu, meble oraz futryny drzwi i okien pomalowane na biało, pastelowo żółte zasłony, na parapecie pastelowe wazony z czerwonymi różami, a na ścianach zdjęcia Rachel z dzieciństwa w białych obwódkach. Od wejścia na prawo znajdowało się białe biurko z pastelowo różowym laptopem skąpanym w różnych nalepkach. Prócz laptopa na biurku leżał najnowszy biały smartfon firmy apple z ekranem 3D, pastelowo niebieskie słuchawki nauszne, kilka książek zarówno tych do czytania jak i do szkoły, jedno zdjęcie w białej ramce, kilka mazaków, porozrzucane kredki i niedokończony rysunek w dosyć grubym czystym zeszycie. Po drugiej stronie pokoju stało dwuosobowe łóżko z żółtą pastelową narzutą i całą masą poduszek w przeróżnych pastelowych kolorach. Na przeciwko wejścia znajdowało się okno, a pod oknem niewielka różowo- pastelowa kanapa dla dwóch osób. Nad oknem zauważyła zamontowany niewielki rzutnik wielkości kamerki internetowej, który zapewne był używany do oglądania filmów na ścianie i zamkniętych drzwiach:
-Witaj w moich skromnych progach.- Rzuciła radośnie Rachel
-Wow.- Zachwyciła się Lucy- Masz pokój jak księżniczka.
-E tam. Po prostu lubię pastelowy róż i inne tego typu kolory.- Odparła beztrosko- Co chcesz porobić?- Spojrzała na biurko, po czym zaczęła szybko je sprzątać.
-Eeem, noo nie wiem. Nigdy u nikogo nie byłam, tak, no wiesz... Sama, dla przyjemności.- Wyznała lekko zawstydzona brunetka
-To nic, ja też nie miałam takich gości, więc jesteśmy kwita. Zaraz coś wymyślimy.- Książki do czytania poodkładała na półkę, a książki do szkoły schowała do szuflady w biurku, tak samo jak kredki i mazaki. Teraz na widoku zostały jedynie słuchawki, telefon, laptop i rysunek. To ostatnie miała już pognieść i wyrzucić, gdy Lucy dostrzegła co na nim jest:
-Poczekaj! Nie wyrzucaj tego.
-Co? Dlaczego? Nie wyszedł mi...- Westchnęła Rachel
-Przecież narysowałaś kadr z filmu ,,Mój sąsiad Totoro"! I wyszło ci to bajecznie! Identycznie jak w filmie.- Na dwóch stronach zeszytu widniała scena, gdy dwie dziewczynki czekały z parasolem na przystanku autobusowym, a obok nich stał Totoro również z parasolem.
-Nie wyszedł mi. Totoro z parasolem wygląda okropnie.- Zamknęła zeszyt i odstawiła go na półkę z książkami
-Daj spokój, ja nawet parasola nie potrafię narysować.- Pocieszyła ją Lucy- Serio, pięknie ci wyszedł ten rysunek. Pokazałabyś mi więcej?- Poprosiła, a Rachel wyraźnie pocieszona z powrotem wzięła do ręki zeszycik i dała go Lucy do obejrzenia; dziewczyna zaczęła oglądać rysunki oraz szkice z przeróżnymi scenami z anime studia Ghibli. Rachel miała powalający talent do rysowania, a przynajmniej takie było zdanie Lucy. Ona w życiu nie narysowałaby nawet jednej postaci. Potrafiła rysować TYLKO drzewa. Nic innego jej nie wychodziło, prócz drzew...:
-Czy to jest ,,Ruchomy zamek Hauru"???- Zapytała Lucy z nutą aprobaty w głosie
-Pokaż.- Rachel rzuciła okiem na stronice zeszytu- Mhm, tak.- Potwierdziła- Rysowałam to trzy dni, łącznie z kolorowaniem.
-Tak krótko? Ja bym tego nie narysowała, ani nawet pokolorowała tak dobrze jak ty w trzy lata.- Zachwyciła się Lucy i odwróciła kartkę- Ooo, a to na pewno ,,Księżniczka Mononoke"!
-Tak, to ona.- Zaśmiała się blondynka- Ona akurat zabrała mi tylko dwie godziny. Miałam mały problem z wilkiem, ale jakoś sobie poradziłam. Ogółem lubię rysować, ale jeszcze bardziej kolorować.
-Sądząc po rysunkach lubisz oglądać anime?
-Mhm.- Przytaknęła.- Oglądam co noc jedno na rzutniku, chyba, że jestem zajęta albo bardzo chce mi się spać.
-Wow. Ja oglądałam tylko trzy.- Pożaliła się Lucy
-Jeśli chcesz możemy jakieś obejrzeć teraz.- Zaproponowała Rachel, a brunetka energicznie pokiwała głową.- Hmm... Co mogłabym ci puścić...- Zastanawiała się, a w tym czasie Lucy oglądała zdjęcia wiszące na ścianach.- O, wiem! Obejrzymy ,,Tajemniczy świat Arrietty".- Oznajmiła, po czym uruchomiła laptopa; Lucy przyglądała się zdjęciom. Na jednym z nich na oko siedmioletnia Rachel siedzi na huśtawce i patrzy się prosto w obiektyw z szerokim uśmiechem na twarzy. Na następnym widnieje jej zdjęcie klasowe. Była najwyższą i za razem najładniejszą dziewczynką w klasie. Gdy przyjrzała się baczniej zdjęciu dostrzegła Alberta. Największym zdziwieniem było to, że jej znajomy był zadziwiająco niski. Nawet niższy od Rachel. Na nosie miał duże czarne okulary- po tym go rozpoznała. No i oczywiście nie mogło zabraknąć też Adama. Jego można było bez trudu rozpoznać. Był wysoki, szczupły, przystojny, tylko jedna rzecz w nim ją niepokoiła. Jego wyraz twarzy... Jako jedyny nie uśmiechał się. Wyglądał na przygnębionego, jakby ktoś przed chwilą powiedział mu coś przykrego. Zrobiło jej się go szkoda. Chciała się o to zapytać Rachel, lecz w porę uzmysłowiła sobie, że ona niczego nie pamięta. Westchnęła i zorientowała się, że blondynka od dłuższego czasu jej się przygląda:
-Wiesz, że na początku nie wiedziałam, że to Adam?- Zagadnęła Rachel- Zawsze go pamiętałam jako wesołego chłopca, ale na tym zdjęciu nie jest podobny do siebie.- Przekręciła głowę lekko w prawo jakby myśląc, że pod innym kątem dostrzeże chociaż lekki uśmiech na jego twarzy- No, ale nie ważne co było. Ważne co jest i co będzie w przyszłości.- Posłała Lucy wesoły uśmiech, po czym gestem zaprosiła ją na kanapę. Lucy zasiadła na różowo- pastelowym tapczanie, a Rachel zasłoniła okno roletą i włączyła film...
W każdym razie teraz stała przed ogromnymi drzwiami i patrzyła się w nie tępo. W końcu postanowiła nacisnąć dzwonek, a drzwi otworzyły się przed nią otworem. Gdy weszła do środka znalazła się w znajomym gigantycznym pomieszczeniu ze schodami rozchodzącymi się w lewo i prawo oraz kryształowym żyrandolem na środku sufitu. Sceneria niczym z wysoko budżetowego filmu o bogatych ludziach. Zaraz... To jest ten sam dom, gdzie kręcono takie filmy! Wszystko się zgadza. Dywany, obrazy, rzeźby... Zachwycała się tym wszystkim, gdy nagle została ,,zaatakowana" przez Rachel, która biegnąc przytuliła się do niej:
-No czeeeeeść!- Zaszczebiotała przyciskając ją do siebie- Czekałam na ciebie już od dwunastej.- Oznajmiła puszczając ją. Ubrana była w różowo pastelową zwiewną sukienkę do kolan z rękawami, jeansową kamizelkę i do tego żółto pastelowe rajstopy, a na nogach krótkie czarne converse.
-Serio?- Zdziwiła się Lucy
-Yhym.- Rachel pokiwała energicznie głową- Nie jesteś głodna?
-Nie, przed wyjściem jadłam.- Odparła brunetka
-No to chodźmy do mnie.- I tak zaprowadziła ją do swojego pokoju w którym panował pastelowy szał. Ściany były skąpane w pastelowym różu, meble oraz futryny drzwi i okien pomalowane na biało, pastelowo żółte zasłony, na parapecie pastelowe wazony z czerwonymi różami, a na ścianach zdjęcia Rachel z dzieciństwa w białych obwódkach. Od wejścia na prawo znajdowało się białe biurko z pastelowo różowym laptopem skąpanym w różnych nalepkach. Prócz laptopa na biurku leżał najnowszy biały smartfon firmy apple z ekranem 3D, pastelowo niebieskie słuchawki nauszne, kilka książek zarówno tych do czytania jak i do szkoły, jedno zdjęcie w białej ramce, kilka mazaków, porozrzucane kredki i niedokończony rysunek w dosyć grubym czystym zeszycie. Po drugiej stronie pokoju stało dwuosobowe łóżko z żółtą pastelową narzutą i całą masą poduszek w przeróżnych pastelowych kolorach. Na przeciwko wejścia znajdowało się okno, a pod oknem niewielka różowo- pastelowa kanapa dla dwóch osób. Nad oknem zauważyła zamontowany niewielki rzutnik wielkości kamerki internetowej, który zapewne był używany do oglądania filmów na ścianie i zamkniętych drzwiach:
-Witaj w moich skromnych progach.- Rzuciła radośnie Rachel
-Wow.- Zachwyciła się Lucy- Masz pokój jak księżniczka.
-E tam. Po prostu lubię pastelowy róż i inne tego typu kolory.- Odparła beztrosko- Co chcesz porobić?- Spojrzała na biurko, po czym zaczęła szybko je sprzątać.
-Eeem, noo nie wiem. Nigdy u nikogo nie byłam, tak, no wiesz... Sama, dla przyjemności.- Wyznała lekko zawstydzona brunetka
-To nic, ja też nie miałam takich gości, więc jesteśmy kwita. Zaraz coś wymyślimy.- Książki do czytania poodkładała na półkę, a książki do szkoły schowała do szuflady w biurku, tak samo jak kredki i mazaki. Teraz na widoku zostały jedynie słuchawki, telefon, laptop i rysunek. To ostatnie miała już pognieść i wyrzucić, gdy Lucy dostrzegła co na nim jest:
-Poczekaj! Nie wyrzucaj tego.
-Co? Dlaczego? Nie wyszedł mi...- Westchnęła Rachel
-Przecież narysowałaś kadr z filmu ,,Mój sąsiad Totoro"! I wyszło ci to bajecznie! Identycznie jak w filmie.- Na dwóch stronach zeszytu widniała scena, gdy dwie dziewczynki czekały z parasolem na przystanku autobusowym, a obok nich stał Totoro również z parasolem.
-Nie wyszedł mi. Totoro z parasolem wygląda okropnie.- Zamknęła zeszyt i odstawiła go na półkę z książkami
-Daj spokój, ja nawet parasola nie potrafię narysować.- Pocieszyła ją Lucy- Serio, pięknie ci wyszedł ten rysunek. Pokazałabyś mi więcej?- Poprosiła, a Rachel wyraźnie pocieszona z powrotem wzięła do ręki zeszycik i dała go Lucy do obejrzenia; dziewczyna zaczęła oglądać rysunki oraz szkice z przeróżnymi scenami z anime studia Ghibli. Rachel miała powalający talent do rysowania, a przynajmniej takie było zdanie Lucy. Ona w życiu nie narysowałaby nawet jednej postaci. Potrafiła rysować TYLKO drzewa. Nic innego jej nie wychodziło, prócz drzew...:
-Czy to jest ,,Ruchomy zamek Hauru"???- Zapytała Lucy z nutą aprobaty w głosie
-Pokaż.- Rachel rzuciła okiem na stronice zeszytu- Mhm, tak.- Potwierdziła- Rysowałam to trzy dni, łącznie z kolorowaniem.
-Tak krótko? Ja bym tego nie narysowała, ani nawet pokolorowała tak dobrze jak ty w trzy lata.- Zachwyciła się Lucy i odwróciła kartkę- Ooo, a to na pewno ,,Księżniczka Mononoke"!
-Tak, to ona.- Zaśmiała się blondynka- Ona akurat zabrała mi tylko dwie godziny. Miałam mały problem z wilkiem, ale jakoś sobie poradziłam. Ogółem lubię rysować, ale jeszcze bardziej kolorować.
-Sądząc po rysunkach lubisz oglądać anime?
-Mhm.- Przytaknęła.- Oglądam co noc jedno na rzutniku, chyba, że jestem zajęta albo bardzo chce mi się spać.
-Wow. Ja oglądałam tylko trzy.- Pożaliła się Lucy
-Jeśli chcesz możemy jakieś obejrzeć teraz.- Zaproponowała Rachel, a brunetka energicznie pokiwała głową.- Hmm... Co mogłabym ci puścić...- Zastanawiała się, a w tym czasie Lucy oglądała zdjęcia wiszące na ścianach.- O, wiem! Obejrzymy ,,Tajemniczy świat Arrietty".- Oznajmiła, po czym uruchomiła laptopa; Lucy przyglądała się zdjęciom. Na jednym z nich na oko siedmioletnia Rachel siedzi na huśtawce i patrzy się prosto w obiektyw z szerokim uśmiechem na twarzy. Na następnym widnieje jej zdjęcie klasowe. Była najwyższą i za razem najładniejszą dziewczynką w klasie. Gdy przyjrzała się baczniej zdjęciu dostrzegła Alberta. Największym zdziwieniem było to, że jej znajomy był zadziwiająco niski. Nawet niższy od Rachel. Na nosie miał duże czarne okulary- po tym go rozpoznała. No i oczywiście nie mogło zabraknąć też Adama. Jego można było bez trudu rozpoznać. Był wysoki, szczupły, przystojny, tylko jedna rzecz w nim ją niepokoiła. Jego wyraz twarzy... Jako jedyny nie uśmiechał się. Wyglądał na przygnębionego, jakby ktoś przed chwilą powiedział mu coś przykrego. Zrobiło jej się go szkoda. Chciała się o to zapytać Rachel, lecz w porę uzmysłowiła sobie, że ona niczego nie pamięta. Westchnęła i zorientowała się, że blondynka od dłuższego czasu jej się przygląda:
-Wiesz, że na początku nie wiedziałam, że to Adam?- Zagadnęła Rachel- Zawsze go pamiętałam jako wesołego chłopca, ale na tym zdjęciu nie jest podobny do siebie.- Przekręciła głowę lekko w prawo jakby myśląc, że pod innym kątem dostrzeże chociaż lekki uśmiech na jego twarzy- No, ale nie ważne co było. Ważne co jest i co będzie w przyszłości.- Posłała Lucy wesoły uśmiech, po czym gestem zaprosiła ją na kanapę. Lucy zasiadła na różowo- pastelowym tapczanie, a Rachel zasłoniła okno roletą i włączyła film...
sobota, 8 października 2016
Rozdział 24 Zmartwienia
Razem z Adamem i teściami Lucy pożegnała swoją rodzinę, po czym wszyscy ruszyli na przedwczesną kolację:
-Masz bardzo miłą mamę.- Zwróciła się do Lucy Yvette- Jest taka rozmowna i ma wiele pomysłów.
-Dziękuję.- Podziękowała nieśmiałym głosem
-Żałuj, że nie słyszałaś jak wszystkie trzy grają i śpiewają.- Włączył się Adam
-Grały i śpiewały?- Zapytała z niedowierzaniem Yvette- Szkoda, że tego nie widziałam. To musiał być przyjemny widok...
-Ale mamo... Muzyka. Pięknie zagrały. A w szczególności Lucy. Jest z nich najbardziej utalentowana, chociaż wszystkie mają talent.- Pochwalił ją Adam
-Ależ ja to wiedziałam, że ona jest dla ciebie przeznaczona.- Zaszczebiotała Yvette; Lucy zażenowana całą sytuacją w geście ratunku spojrzała na pana Arthura, który wyglądał jakby nad czymś głęboko rozmyślał i nie słuchał otoczenia. Postanowiła wstać od stołu:
-Lucy, coś się stało?- Zapytał zatroskanym głosem Adam
-Już się najadłam. Dziękuję wszystkim za wspólny posiłek.- Dygnęła lekko i opuściła jadalnię.
Przez chwilę szła sama korytarzem, lecz szybko dogonił ją Adam:
-Wszystko w porządku?
-Tak.- Odparła krótko idąc dalej
-Jeżeli w jakiś sposób cię uraziłem to przepraszam...
-Nie, nie uraziłeś mnie.- Powiedziała szybko- Po prostu nie lubię jak się mówi o mojej rodzinie.- Wytłumaczyła- I mnie wychwala...- Dodała cicho
-To pierwsze rozumiem, a to drugie?- Był lekko zbity z tropu
-W moim domu nigdy mnie nie chwalono i po prostu czuję się nieswojo...- Westchnęła i zderzyła się z klatką piersiową chłopaka, który nie wiadomo skąd pojawił się przed nią i teraz ją przytulał. Lucy niepewnie odwzajemniła jego uścisk. Adam obejmował ją i nie bardzo wiedział co jej powiedzieć. Myśli pędziły jak szalone w zastraszającym tempie. Zaczęło mu się robić jej szkoda, więc delikatnie odsunął ją od siebie, lekko przykucnął i pocałował ją w usta. O dziwo nie protestowała, a nawet odwzajemniła pocałunek! Postanowił go pogłębić i w tym momencie usłyszał pospieszne kroki pokojówek. Szybko wziął Lucy na ręce nie przestając jej całować i ruszył z nią do swojego pokoju.
Gdy już znaleźli się w pomieszczeniu, do którego pokojówki nie mogły zbytnio wejść bez wezwania posadził ją na swoim łóżku i wpatrywał się w nią. Widział w niej osobę, którą kochał ponad własne życie. Mógł dla niej zrobić wszystko, bez względu na cenę. Już raz stracił swoją miłość, drugi raz do tego nie dopuści...:
-Coś się stało?- Z rozmyśleń wyrwał go łagodny głos Lucy z nutą zmartwienia
-Nie, wszystko w porządku.- Usiadł obok niej i nakrył swoją dużą dłonią jej drobną dłoń- Jestem tylko trochę zmęczony.- Z pozycji siedzącej walną się na łóżko i przymknął oczy
-Adam...
-Hm?
-To do ciebie niepodobne.- Powiedziała- Myślę, że martwisz się czymś...
-Niby czym miałbym się martwić?- Wysilił się na lekki i w miarę radosny ton
-Nie wiem.- Westchnęła i położyła się obok niego, a on delikatnie wsunął swoje ramie pod jej głowę
-Martwisz się tym, że ja się czymś martwię?- Zadał pytanie retoryczne z nutą rozbawienia w głosie
-Tak.
-To się nie martw.- Objął ją czule i ukrył w swych ramionach- Nic mi nie jest. Tylko czasami się zamyślam nad pewnymi sprawami.- Wytłumaczył jej- Bo ludzie, którzy z natury są najbardziej wesołymi ukrywają w sobie najwięcej bólu.- Dodał cicho
-Chodzi o Rachel?- Delikatnie uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy
-Nie do końca.- Skłamał- Nieważne.- Uciął; nie lubił z nikim rozmawiać na jej temat; uważał to za pewien rodzaj tabu- rany, której nie należy rozdrapywać.
-Adam. Mi możesz wszytko powiedzieć, ale jak nie chcesz to nie musisz.- Znów położyła głowę na jego rękę; wiem, odparł w myślach, ale nie chcę się z nikim dzielić swoim bólem, sam sobie jakoś poradzę... Jak zawsze.
I zasnął.
-Masz bardzo miłą mamę.- Zwróciła się do Lucy Yvette- Jest taka rozmowna i ma wiele pomysłów.
-Dziękuję.- Podziękowała nieśmiałym głosem
-Żałuj, że nie słyszałaś jak wszystkie trzy grają i śpiewają.- Włączył się Adam
-Grały i śpiewały?- Zapytała z niedowierzaniem Yvette- Szkoda, że tego nie widziałam. To musiał być przyjemny widok...
-Ale mamo... Muzyka. Pięknie zagrały. A w szczególności Lucy. Jest z nich najbardziej utalentowana, chociaż wszystkie mają talent.- Pochwalił ją Adam
-Ależ ja to wiedziałam, że ona jest dla ciebie przeznaczona.- Zaszczebiotała Yvette; Lucy zażenowana całą sytuacją w geście ratunku spojrzała na pana Arthura, który wyglądał jakby nad czymś głęboko rozmyślał i nie słuchał otoczenia. Postanowiła wstać od stołu:
-Lucy, coś się stało?- Zapytał zatroskanym głosem Adam
-Już się najadłam. Dziękuję wszystkim za wspólny posiłek.- Dygnęła lekko i opuściła jadalnię.
Przez chwilę szła sama korytarzem, lecz szybko dogonił ją Adam:
-Wszystko w porządku?
-Tak.- Odparła krótko idąc dalej
-Jeżeli w jakiś sposób cię uraziłem to przepraszam...
-Nie, nie uraziłeś mnie.- Powiedziała szybko- Po prostu nie lubię jak się mówi o mojej rodzinie.- Wytłumaczyła- I mnie wychwala...- Dodała cicho
-To pierwsze rozumiem, a to drugie?- Był lekko zbity z tropu
-W moim domu nigdy mnie nie chwalono i po prostu czuję się nieswojo...- Westchnęła i zderzyła się z klatką piersiową chłopaka, który nie wiadomo skąd pojawił się przed nią i teraz ją przytulał. Lucy niepewnie odwzajemniła jego uścisk. Adam obejmował ją i nie bardzo wiedział co jej powiedzieć. Myśli pędziły jak szalone w zastraszającym tempie. Zaczęło mu się robić jej szkoda, więc delikatnie odsunął ją od siebie, lekko przykucnął i pocałował ją w usta. O dziwo nie protestowała, a nawet odwzajemniła pocałunek! Postanowił go pogłębić i w tym momencie usłyszał pospieszne kroki pokojówek. Szybko wziął Lucy na ręce nie przestając jej całować i ruszył z nią do swojego pokoju.
Gdy już znaleźli się w pomieszczeniu, do którego pokojówki nie mogły zbytnio wejść bez wezwania posadził ją na swoim łóżku i wpatrywał się w nią. Widział w niej osobę, którą kochał ponad własne życie. Mógł dla niej zrobić wszystko, bez względu na cenę. Już raz stracił swoją miłość, drugi raz do tego nie dopuści...:
-Coś się stało?- Z rozmyśleń wyrwał go łagodny głos Lucy z nutą zmartwienia
-Nie, wszystko w porządku.- Usiadł obok niej i nakrył swoją dużą dłonią jej drobną dłoń- Jestem tylko trochę zmęczony.- Z pozycji siedzącej walną się na łóżko i przymknął oczy
-Adam...
-Hm?
-To do ciebie niepodobne.- Powiedziała- Myślę, że martwisz się czymś...
-Niby czym miałbym się martwić?- Wysilił się na lekki i w miarę radosny ton
-Nie wiem.- Westchnęła i położyła się obok niego, a on delikatnie wsunął swoje ramie pod jej głowę
-Martwisz się tym, że ja się czymś martwię?- Zadał pytanie retoryczne z nutą rozbawienia w głosie
-Tak.
-To się nie martw.- Objął ją czule i ukrył w swych ramionach- Nic mi nie jest. Tylko czasami się zamyślam nad pewnymi sprawami.- Wytłumaczył jej- Bo ludzie, którzy z natury są najbardziej wesołymi ukrywają w sobie najwięcej bólu.- Dodał cicho
-Chodzi o Rachel?- Delikatnie uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy
-Nie do końca.- Skłamał- Nieważne.- Uciął; nie lubił z nikim rozmawiać na jej temat; uważał to za pewien rodzaj tabu- rany, której nie należy rozdrapywać.
-Adam. Mi możesz wszytko powiedzieć, ale jak nie chcesz to nie musisz.- Znów położyła głowę na jego rękę; wiem, odparł w myślach, ale nie chcę się z nikim dzielić swoim bólem, sam sobie jakoś poradzę... Jak zawsze.
I zasnął.
sobota, 1 października 2016
Rozdział 23 Nie ma to jak siostry
Szli razem za rękę skąpaną w popołudniowym słońcu ulicą. Obok nich przejeżdżały drogie auta, a po chodniku tłumy przechodniów mijali ich w pośpiechu. Przez dłuższy czas szli w ciszy, lecz w końcu Lucy nie wytrzymała i zapytała:
-Jakich będziemy mieli gości?
-Och, nie powiedziałem ci?- Odpowiedział pytaniem- Twoja rodzina dzisiaj u nas będzie.
-Serio? - Lucy nie wiedziała czy ma się cieszyć czy martwić, ale wolała to pierwsze
-Mhm. Chodźmy szybciej.- Adam przyspieszył kroku
-Poczekaj, aż tak szybko nie chodzę.- Zwróciła mu uwagę dziewczyna, gdyż jeszcze chwila i zostałaby pozbawiona prawej ręki
-Ale jesteśmy delikatnie mówiąc lekko spóźnieni.- Odparł z lekkim zakłopotaniem
-Och, mogłeś wcześniej powiedzieć.- Wyrzuciła mu Lucy i postarała sie iść jeszcze szybciej, z czego jej chód przeszedł w trucht
-Wybacz, ale nie chciałem ci psuć zabawy, w szczególności, że razem z Rachel bardzo się polubiłyście.- W jego głosie dało się wykryć skruchę
-No dobrze.- Wiedziała, że to dla niego bardzo ważne, ale czy bardziej mu zależało na tym, by Rachel miała przyjaciółkę czy aby to ona była szczęśliwa i miała jeszcze kogoś prócz niego? Odtrąciła tą myśl, gdyż właśnie wchodzili po schodach posiadłości.
Drzwi otworzył Chris:
-Witam panicza i panienkę. Goście już siedzą w jadalni.- Poinformował ich wysoki lokaj, a Adam skierował tam swe kroki oraz żonę.
-Bardzo przepraszamy za spóźnienie.- Powiedzieli oboje, gdy tylko weszli do pomieszczenia pochylając sie głęboko w geście skruchy
-Nic nie szkodzi. Siadajcie do stołu.- Nakazał łagodnym tonem pan Arthur.
I tak zaczął się rodzinny obiad. Markus był ubrany w prążkowany garnitur koloru grafitowego, a Elisabeth w elegancką czarną suknię z białym kołnierzem. Kali o dziwo wyglądała jak na nią bardzo schludnie. Na sobie miała chabrową sukienkę do połowy ud, która nie była wydekoltowana ani zbyt jaskrawa. Jennifer miała taką samą sukienkę co jej mama.
Głównie głos zabierali Markus, Yevette oraz jej mąż. Rozmawiali o wczorajszej ceremonii zaślubin oraz w wspaniałym weselu. Ciągle chwalili jedzenie oraz zachowanie państwa młodych, a nawet planowali dla nich niedaleką przyszłość. Po zakończonym posiłku Markus poprosił Arthura na stronę. W jadalni zostały wszystkie dziewczęta i Adam:
-Czy nasi goście zostali oprowadzeni po naszym domu?- Zapytał starając się imitując głos ojca- stanowczy, lecz łagodny
-Jeszcze nie.- Odparła Yvette- Więc najwyższy czas ich oprowadzić.- Zaszczebiotała i podniosła z siedzenia Elisabeth- Adam i Lucy, oprowadźcie te dwie młode damy, a ja pójdę na przechadzkę z mamą mojej synowej.- Oznajmiła i razem ze zdezorientowaną brunetką zniknęły za drzwiami
-No to co, idziemy?- Zapytał już swoim głosem Adam, a dziewczynki pokiwały głowami na zgodę.
Ogółem milczały, gdyż blondyn opowiadał różne historie związane z danym pokojem, lecz te milczenie nie trwało zbyt długo, gdyż niebawem doszli do pokoju muzycznego. Kali przebiegła przez jego całą długość i dopadła czarną gitarę elektryczną:
-Kali!- Zwróciła jej uwagę Lucy
-Nie, spokojnie, niech zagra coś.- Uspokoił ją Adam kładąc swoją dużą dłoń na jej ramieniu
-Mogę zagrać ,,I Apologize".- Zaproponowała szybko Kali, żeby jej starsza siostra nie zdążyła się sprzeciwić
-Świetnie, więc zagraj.- Zachęcił ją Adam, a Lucy pobielała
-Adam, ty wiesz o jakie ,,I Apologize" jej chodzi?- Zapytała cicho, gdyż Kali już przygotowywała się do zagrania utworu
-No pewnie.- Zapewnił ją, a dziewczyna z lekką obawą spoglądała na młodszą siostrę, która stroiła instrument
-A są tutaj skrzypce?- Zainteresowała się Jennifer
-Pewnie, że są. Mamy wszystkie instrumenty jakie istnieją.- Odpowiedział jej blondyn
-Wszystkie? Nawet ukulele?
-Mhm.- Przytaknął- Skrzypce są po lewej stronie.- Poinformował dziewczynkę, a ona szybko podbiegła i wzięła do rąk skrzypce- U was w domu każdy na czymś gra?- Zadał pytanie dla Lucy z nutą rozbawienia
-Nie, tylko my.- Odparła dziewczyna myśląc jak przekonać Kali, aby nie zagrała aż tak przerażającej piosenki- Ej, co wy na to byśmy zagrały ,,I Would Do Anything For Love"?- Obie ochoczo pokiwały głowami.
Lucy zaczęła grać na fortepianie, tuż obok niej stanęła Jennifer z gotowymi do gry skrzypcami. Kali stanęła najbliżej jak pozwalał jej kabel podłączony do głośnika.
Pierwsze zdanie zaśpiewała Jennifer swoim jeszcze dziecięcym głosikiem. Kolejne należało do Kali. Trzecie do Lucy i tak aż do pierwszej zwrotki, którą śpiewała najstarsza z sióstr. Wtedy obie dziewczynki dołączyły się ze swoimi instrumentami. Następnie refren zaśpiewały razem, a kolejną zwrotkę znów sama Lucy. I mniej więcej w taki sposób zaśpiewały oraz zagrały całą piosnkę.
Nagle do pokoju zajrzeli Markus i Arthur:
-Dziewczynki. Już pora na nas.- Ponaglił je brunet, który przy Arthurze wyglądał na dosyć niskiego człowieka, po czym zniknął razem ze swoim towarzyszem.
-Wow, To było niesamowite!- Pochwalił je Adam
-Dzięki.- Podziękowała Kali
-Dziękujemy.- Dołączyła się słodkim głosikiem Jennifer
-Na prawdę, wspaniale,- Adam objął Lucy, gdy ta tylko odeszła od fortepianu- Chodźcie odprowadzimy was do drzwi.- Zaoferował i we czwórkę opuścili pokój muzyczny.
-Jakich będziemy mieli gości?
-Och, nie powiedziałem ci?- Odpowiedział pytaniem- Twoja rodzina dzisiaj u nas będzie.
-Serio? - Lucy nie wiedziała czy ma się cieszyć czy martwić, ale wolała to pierwsze
-Mhm. Chodźmy szybciej.- Adam przyspieszył kroku
-Poczekaj, aż tak szybko nie chodzę.- Zwróciła mu uwagę dziewczyna, gdyż jeszcze chwila i zostałaby pozbawiona prawej ręki
-Ale jesteśmy delikatnie mówiąc lekko spóźnieni.- Odparł z lekkim zakłopotaniem
-Och, mogłeś wcześniej powiedzieć.- Wyrzuciła mu Lucy i postarała sie iść jeszcze szybciej, z czego jej chód przeszedł w trucht
-Wybacz, ale nie chciałem ci psuć zabawy, w szczególności, że razem z Rachel bardzo się polubiłyście.- W jego głosie dało się wykryć skruchę
-No dobrze.- Wiedziała, że to dla niego bardzo ważne, ale czy bardziej mu zależało na tym, by Rachel miała przyjaciółkę czy aby to ona była szczęśliwa i miała jeszcze kogoś prócz niego? Odtrąciła tą myśl, gdyż właśnie wchodzili po schodach posiadłości.
Drzwi otworzył Chris:
-Witam panicza i panienkę. Goście już siedzą w jadalni.- Poinformował ich wysoki lokaj, a Adam skierował tam swe kroki oraz żonę.
-Bardzo przepraszamy za spóźnienie.- Powiedzieli oboje, gdy tylko weszli do pomieszczenia pochylając sie głęboko w geście skruchy
-Nic nie szkodzi. Siadajcie do stołu.- Nakazał łagodnym tonem pan Arthur.
I tak zaczął się rodzinny obiad. Markus był ubrany w prążkowany garnitur koloru grafitowego, a Elisabeth w elegancką czarną suknię z białym kołnierzem. Kali o dziwo wyglądała jak na nią bardzo schludnie. Na sobie miała chabrową sukienkę do połowy ud, która nie była wydekoltowana ani zbyt jaskrawa. Jennifer miała taką samą sukienkę co jej mama.
Głównie głos zabierali Markus, Yevette oraz jej mąż. Rozmawiali o wczorajszej ceremonii zaślubin oraz w wspaniałym weselu. Ciągle chwalili jedzenie oraz zachowanie państwa młodych, a nawet planowali dla nich niedaleką przyszłość. Po zakończonym posiłku Markus poprosił Arthura na stronę. W jadalni zostały wszystkie dziewczęta i Adam:
-Czy nasi goście zostali oprowadzeni po naszym domu?- Zapytał starając się imitując głos ojca- stanowczy, lecz łagodny
-Jeszcze nie.- Odparła Yvette- Więc najwyższy czas ich oprowadzić.- Zaszczebiotała i podniosła z siedzenia Elisabeth- Adam i Lucy, oprowadźcie te dwie młode damy, a ja pójdę na przechadzkę z mamą mojej synowej.- Oznajmiła i razem ze zdezorientowaną brunetką zniknęły za drzwiami
-No to co, idziemy?- Zapytał już swoim głosem Adam, a dziewczynki pokiwały głowami na zgodę.
Ogółem milczały, gdyż blondyn opowiadał różne historie związane z danym pokojem, lecz te milczenie nie trwało zbyt długo, gdyż niebawem doszli do pokoju muzycznego. Kali przebiegła przez jego całą długość i dopadła czarną gitarę elektryczną:
-Kali!- Zwróciła jej uwagę Lucy
-Nie, spokojnie, niech zagra coś.- Uspokoił ją Adam kładąc swoją dużą dłoń na jej ramieniu
-Mogę zagrać ,,I Apologize".- Zaproponowała szybko Kali, żeby jej starsza siostra nie zdążyła się sprzeciwić
-Świetnie, więc zagraj.- Zachęcił ją Adam, a Lucy pobielała
-Adam, ty wiesz o jakie ,,I Apologize" jej chodzi?- Zapytała cicho, gdyż Kali już przygotowywała się do zagrania utworu
-No pewnie.- Zapewnił ją, a dziewczyna z lekką obawą spoglądała na młodszą siostrę, która stroiła instrument
-A są tutaj skrzypce?- Zainteresowała się Jennifer
-Pewnie, że są. Mamy wszystkie instrumenty jakie istnieją.- Odpowiedział jej blondyn
-Wszystkie? Nawet ukulele?
-Mhm.- Przytaknął- Skrzypce są po lewej stronie.- Poinformował dziewczynkę, a ona szybko podbiegła i wzięła do rąk skrzypce- U was w domu każdy na czymś gra?- Zadał pytanie dla Lucy z nutą rozbawienia
-Nie, tylko my.- Odparła dziewczyna myśląc jak przekonać Kali, aby nie zagrała aż tak przerażającej piosenki- Ej, co wy na to byśmy zagrały ,,I Would Do Anything For Love"?- Obie ochoczo pokiwały głowami.
Lucy zaczęła grać na fortepianie, tuż obok niej stanęła Jennifer z gotowymi do gry skrzypcami. Kali stanęła najbliżej jak pozwalał jej kabel podłączony do głośnika.
Pierwsze zdanie zaśpiewała Jennifer swoim jeszcze dziecięcym głosikiem. Kolejne należało do Kali. Trzecie do Lucy i tak aż do pierwszej zwrotki, którą śpiewała najstarsza z sióstr. Wtedy obie dziewczynki dołączyły się ze swoimi instrumentami. Następnie refren zaśpiewały razem, a kolejną zwrotkę znów sama Lucy. I mniej więcej w taki sposób zaśpiewały oraz zagrały całą piosnkę.
Nagle do pokoju zajrzeli Markus i Arthur:
-Dziewczynki. Już pora na nas.- Ponaglił je brunet, który przy Arthurze wyglądał na dosyć niskiego człowieka, po czym zniknął razem ze swoim towarzyszem.
-Wow, To było niesamowite!- Pochwalił je Adam
-Dzięki.- Podziękowała Kali
-Dziękujemy.- Dołączyła się słodkim głosikiem Jennifer
-Na prawdę, wspaniale,- Adam objął Lucy, gdy ta tylko odeszła od fortepianu- Chodźcie odprowadzimy was do drzwi.- Zaoferował i we czwórkę opuścili pokój muzyczny.
sobota, 24 września 2016
Rozdział 22 Przyjacielski sweter
-Cześć dziewczyny. I jak tam?- Przywitał sie Adam siadając na swoje stałe miejsce obok swojej żony, a Albert obok swojej ex narzeczonej
-Dobrze.- Odpowiedziały obie jednocześnie i zachichotały jak małe dziewczynki
-Widzę, że się chyba polubiłyście, co mnie...- Przerwał, bo Albert kopnął go pod stołem i popatrzył na niego znacząco-... Nas, bardzo cieszy.- Dokończył dyskretnie masując bolący piszczel
-Twoja żona jest taka rozmowna i wesoła.- Oznajmiła zadowolona Rachel
-Doprawdy?- Adam popatrzył badawczym, a zarazem radosnym wzrokiem na Lucy, która cały czas się uśmiechała
-Mhm.- Przytaknęła Rachel- A, mogę ją zabrać na zakupy?
-Kiedy?- Odezwał się Albert, chyba nie lubił jak się o nim zapominało
-Teraz.- Odparła blondynka jakby to pytanie zadał Adam
-No ok. Tylko niedługo wróćcie.- Zgodził się chłopak, po czym obaj z Albertem wstali ze swoich miejsc, aby przepuścić wychodzące dziewczyny:
-Adam.- Zwróciła się do niego Lucy
-Tak?- Chłopcy już siedzieli na swoich dawnych miejscach
-Popilnujesz książki?- Zapytała błagalnym głosem
-Oczywiście, ale pod jednym warunkiem...- Nie dokończył, bo Lucy znała ten warunek. Lekko się pochyliła i pocałowała go w policzek- Dobrze, idź.- Uśmiechnął się do niej promiennie
-Adaam.- Zawyła błagalnie Rachel- A popilnujesz moich toreb?
-Ja mogę.- Zaoferował Albert; popatrzyła na niego z pogardą, lecz kiwnęła głową na zgodę, po czym odwróciła się na szpilce i razem z Lucy poszły obejść galerię, która była zbliżona rozmiarem do największego stadionu piłkarskiego na świecie.
Rachel szła po prawej stronie Lucy przewyższając ją na swoich szpilkach o parę ładnych centymetrów i trajkotała o różnych stylizacjach jakie czasami tworzy na tablecie w wolnych chwilach. Po chwili gwałtownie się zatrzymałam i zaproponowała wejście do bardzo drogiego sklepu z biżuterią:
-Chodź!- Zawołała radosnym głosem
-Ale Rachel, tam jest strasznie drogo!- Zaprotestowała Lucy
-Oj, no daj spokój. Dla mnie to normalka.- Chwyciła ją za rękę i wepchnęła do środka.
W sklepie panował złoty blask, który potrafił oślepić równie dobrze jak śnieżnobiały pokój Lucy. Wszędzie stały gabloty z pięknie wyeksponowaną biżuterią. Pod jedną ze ścian znajdowały się same naszyjniki, pod drugą bransoletki, pod trzecią pierścionki, a na środku sklepu mini gablotki z kolczykami:
-Zobacz jakie te kolczyki są piękne!- Rachel pociągnęła Lucy za rękę pokazując jej parę kolczyków w kształcie serduszek
-Nooo, są nawet ładne.- Zgodziła się z nią Lucy
-Muszę je kupić.- Oznajmiła blondynka i poprosiła ekspedientkę o zapakowanie kolczyków
-No dobrze, jak chcesz.- Westchnęła dziewczyna.
Po zakupieniu kolczyków ruszyły na dalsze zakupy. Weszły do kilkunastu sklepów z ubraniami, butami i kosmetykami. Było tam kilka ciekawych rzeczy, które Lucy przymierzyła lub testowała , lecz nic nie pasowało do niej. W końcu znalazła wełnianą lekko wyblakłą jasno szarą bluzę, którą postanowiła zakupić:
-Nie!- Sprzeciwiła się Rachel, a Lucy zrobiła zdziwioną minę
-Ale dlaczego?
-Ja ci ją kupię.- Oznajmiła dziewczyna- Przecież obiecałam, że ci coś kupię więc...
-Aha, no dobrze, jak chcesz.- Dała za wygraną; czuła, że Rachel jak chce potrafi być uparta.
I tak oto bluza okazała się pierwszym prezentem od jej nowej przyjaciółki.
-Chciałam ci ją kupić dlatego, że będzie ci o mnie przypominać.- Posłała jej radosny uśmiech blondynka, a Lucy ten uśmiech odwzajemniła i wróciły do chłopaków:
-I jak tam? Kupiłaś jakieś nowe książki?- Zażartował Adam obejmując czule swoją żonę, która pokręciła przecząco głową
-Kupiłam jej sweter.- Pochwaliła się Rachel
-Sweter? Przecież jest jeszcze lato!- Oburzył się Albert, który oberwał łokciem w brzuch
-Będzie miała na zimę.- Odfuknęła blondynka
-Mhm.- Pokiwała głową Lucy
-Chyba będziemy się zbierać.- Oznajmił Adam patrząc na srebrny zegarek na swojej ręce
-Co? Dlaczego?!- Oburzyła sie Rachel
-Niedługo będzie u nas obiad, a później będziemy mieli gości.- Wyjaśnił jej spokojnie blondyn; jakich gości?, przeszło Lucy przez głowę
-No dobrze, to idźcie.- Zezwolił im Albert, a Rachel rzuciła mu zabójcze spojrzenie
-To do jutra.- Pożegnała się Lucy ze swoją przyjaciółką, która jej pomachała
-Cześć.- Adam również się pożegnał i trzymając Lucy za rękę ruszyli do wyjścia.
-Dobrze.- Odpowiedziały obie jednocześnie i zachichotały jak małe dziewczynki
-Widzę, że się chyba polubiłyście, co mnie...- Przerwał, bo Albert kopnął go pod stołem i popatrzył na niego znacząco-... Nas, bardzo cieszy.- Dokończył dyskretnie masując bolący piszczel
-Twoja żona jest taka rozmowna i wesoła.- Oznajmiła zadowolona Rachel
-Doprawdy?- Adam popatrzył badawczym, a zarazem radosnym wzrokiem na Lucy, która cały czas się uśmiechała
-Mhm.- Przytaknęła Rachel- A, mogę ją zabrać na zakupy?
-Kiedy?- Odezwał się Albert, chyba nie lubił jak się o nim zapominało
-Teraz.- Odparła blondynka jakby to pytanie zadał Adam
-No ok. Tylko niedługo wróćcie.- Zgodził się chłopak, po czym obaj z Albertem wstali ze swoich miejsc, aby przepuścić wychodzące dziewczyny:
-Adam.- Zwróciła się do niego Lucy
-Tak?- Chłopcy już siedzieli na swoich dawnych miejscach
-Popilnujesz książki?- Zapytała błagalnym głosem
-Oczywiście, ale pod jednym warunkiem...- Nie dokończył, bo Lucy znała ten warunek. Lekko się pochyliła i pocałowała go w policzek- Dobrze, idź.- Uśmiechnął się do niej promiennie
-Adaam.- Zawyła błagalnie Rachel- A popilnujesz moich toreb?
-Ja mogę.- Zaoferował Albert; popatrzyła na niego z pogardą, lecz kiwnęła głową na zgodę, po czym odwróciła się na szpilce i razem z Lucy poszły obejść galerię, która była zbliżona rozmiarem do największego stadionu piłkarskiego na świecie.
Rachel szła po prawej stronie Lucy przewyższając ją na swoich szpilkach o parę ładnych centymetrów i trajkotała o różnych stylizacjach jakie czasami tworzy na tablecie w wolnych chwilach. Po chwili gwałtownie się zatrzymałam i zaproponowała wejście do bardzo drogiego sklepu z biżuterią:
-Chodź!- Zawołała radosnym głosem
-Ale Rachel, tam jest strasznie drogo!- Zaprotestowała Lucy
-Oj, no daj spokój. Dla mnie to normalka.- Chwyciła ją za rękę i wepchnęła do środka.
W sklepie panował złoty blask, który potrafił oślepić równie dobrze jak śnieżnobiały pokój Lucy. Wszędzie stały gabloty z pięknie wyeksponowaną biżuterią. Pod jedną ze ścian znajdowały się same naszyjniki, pod drugą bransoletki, pod trzecią pierścionki, a na środku sklepu mini gablotki z kolczykami:
-Zobacz jakie te kolczyki są piękne!- Rachel pociągnęła Lucy za rękę pokazując jej parę kolczyków w kształcie serduszek
-Nooo, są nawet ładne.- Zgodziła się z nią Lucy
-Muszę je kupić.- Oznajmiła blondynka i poprosiła ekspedientkę o zapakowanie kolczyków
-No dobrze, jak chcesz.- Westchnęła dziewczyna.
Po zakupieniu kolczyków ruszyły na dalsze zakupy. Weszły do kilkunastu sklepów z ubraniami, butami i kosmetykami. Było tam kilka ciekawych rzeczy, które Lucy przymierzyła lub testowała , lecz nic nie pasowało do niej. W końcu znalazła wełnianą lekko wyblakłą jasno szarą bluzę, którą postanowiła zakupić:
-Nie!- Sprzeciwiła się Rachel, a Lucy zrobiła zdziwioną minę
-Ale dlaczego?
-Ja ci ją kupię.- Oznajmiła dziewczyna- Przecież obiecałam, że ci coś kupię więc...
-Aha, no dobrze, jak chcesz.- Dała za wygraną; czuła, że Rachel jak chce potrafi być uparta.
I tak oto bluza okazała się pierwszym prezentem od jej nowej przyjaciółki.
-Chciałam ci ją kupić dlatego, że będzie ci o mnie przypominać.- Posłała jej radosny uśmiech blondynka, a Lucy ten uśmiech odwzajemniła i wróciły do chłopaków:
-I jak tam? Kupiłaś jakieś nowe książki?- Zażartował Adam obejmując czule swoją żonę, która pokręciła przecząco głową
-Kupiłam jej sweter.- Pochwaliła się Rachel
-Sweter? Przecież jest jeszcze lato!- Oburzył się Albert, który oberwał łokciem w brzuch
-Będzie miała na zimę.- Odfuknęła blondynka
-Mhm.- Pokiwała głową Lucy
-Chyba będziemy się zbierać.- Oznajmił Adam patrząc na srebrny zegarek na swojej ręce
-Co? Dlaczego?!- Oburzyła sie Rachel
-Niedługo będzie u nas obiad, a później będziemy mieli gości.- Wyjaśnił jej spokojnie blondyn; jakich gości?, przeszło Lucy przez głowę
-No dobrze, to idźcie.- Zezwolił im Albert, a Rachel rzuciła mu zabójcze spojrzenie
-To do jutra.- Pożegnała się Lucy ze swoją przyjaciółką, która jej pomachała
-Cześć.- Adam również się pożegnał i trzymając Lucy za rękę ruszyli do wyjścia.
sobota, 17 września 2016
Rozdział 21 Nowa przyjaciółka?
Adam trzymał w rękach jej torby z zakupami, lecz gdy teraz znalazł się przy stoliku postawił je na podłodze obok ich właścicielki i usiadł obok Lucy:
-Więc Rachel, to jest Lucy. Moja żona.- Przedstawił ją swojej byłej narzeczonej
-Och, faktycznie. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na tą sukienkę.- Wyglądała dosyć miło i pogodnie- Cześć, jestem Rachel. Miło mi cię poznać.- Podała jej rękę przez stół, a Lucy uścisnęła ją delikatnie
-Lucy.- Tylko tyle powiedziała, bez żadnego ,,miło cię poznać" lub ,,jak się masz?"
-Cześć Rachel.- Przywitał sie z nią Albert, obok którego siedziała
-Witaj.- Odparła chłodnym tonem nie patrząc na niego
-Ach, Albert. Wybacz, że wcześniej tego nie zrobiliśmy, to może teraz pójdziemy po tą grę?- Zaproponował Adam- A Lucy zostanie z Rachel i trochę się poznają.
-Czemu nie.- Odparł jego przyjaciel wstając od stołu
-W takim razie zaraz wrócimy.- Poinformował je blondyn i razem z Albertem poszli do sklepu z grami. Przez chwilę między dziewczętami panowała irytująca cisza, nie licząc odgłosu przypalanych bułek i ciamkań jedzących ludzi:
-Więc, czytasz książki?- Zainteresowała się Rachel spoglądając na ,,Miasto Kości"
-Co? Ach, tak.- Lucy delikatnie pogładziła okładkę- Też lubisz książki?
-Mhm.- Pokiwała energicznie głową.- Jeszcze nie czytałam ,,Darów Anioła", ale słyszałam, że są po prostu boskie.
-Ja dzisiaj zaczęłam. Całkiem ciekawie się zapowiada, ale szczerze mówiąc, wolę ,,Diabelskie Maszyny".- Odparła Lucy
-,,Diabelskie Maszyny"?- Zainteresowała się Rachel
-Yhym. To tak jakby prolog do ,,Darów Anioła".- Wyjaśniła krótko- Strasznie wciąga. I bohaterowie są wręcz powalający.- Zaśmiała się lekko przypominając sobie poszczególne fragmenty książki
-Muszę koniecznie przeczytać. Tylko nie bardzo mam skąd wziąć. Strasznie ciężko jest znaleźć tak stare książki.- Pożaliła się Rachel
-Jeśli chcesz, mogę ci pożyczyć.- Zaoferowała Lucy
-Na prawdę?- Ucieszyła się- Jesteś cudowna.- Była strasznie ładna, gdy się uśmiechała, w ogóle gdy była szczęśliwa- Może chciałabyś pójść ze mną na zakupy? Dostałam od tatka troche kasy, którą spokojnie mogę wydać na co chcę. Kupię ci coś.- Oznajmiła nie czekając na zgodę Lucy- A tak ogólnie to mało o sobie wiemy, może najpierw ty mi się przedstawisz? No fakt, Adam trochę mówił mi o tobie, że masz dwie siostry, byłaś Arystokratką, i że ciężko o ciebie walczył, ale to jak dla mnie to za mało informacji.- Lucy zdziwiła się na słowa, że Adam walczył o nią... Ale w jakim sensie walczył?
-No to... Cóż. Moje panieńskie nazwisko to Friday...
-Jak piątek?- Zdziwiła się Rachel
-Mhm, jak piątek.- Przytknęła Lucy
-Wow! Czyli twój tata jest szefem tej firmy od papierosów?- Rachel chciała się upewnić
-Tak.
-Mój tata kupuje te papierosy! Podobno są najlepsze w całym regionie. Ech, przepraszam, że ci przerwałam. To mój taki zły nawyk.
-Nic się nie stało. Mi też się to często zdarza.- Uspokoiła ją Lucy i kontynuowała- Adam ma rację, że mam dwie siostry. Obie są ode mnie młodsze...- I znowu przerwała jej Rachel
-Och! To na pewno fajne uczucie mieć siostrę.- Rozmarzyła się- A co dopiero dwie! Mogłybyśmy chodzić razem na zakupy, doradzać co włożyć, pożyczać sobie książki...
-Nie, stanowczo to nie jest fajne.- Od razu uprzedziła ją Lucy- Młodsze siostry są okropnie irytujące. Biorą twoje rzeczy bez twojej zgody, ubierają się w twoje ubrania, buszują po twoim pokoju. Zupełny brak prywatności. Trzeba posiadać umiejętności dobrego chowania ważnych rzeczy, aby się do nich nie dobrały...
-A ile mają lat?
-Jedna trzynaście, a druga dziesięć. Kali, ta starsza, na szczęście ma własny styl i charakter bardziej buntowniczki. Wszystko robi wszystkim na przekór, Gdy tata prosi, żebyśmy się ubierały jak na damy przystało, ona ubiera się jak na dyskotekę. Strasznie się spóźnia. Wiecznie jest niewyspana. Ale czasami jest całkiem miła. Da się z nią porozmawiać i w ogóle, ale to tylko wieczorem, kiedy jej limit irytowania innych spada do zera.
-A co z drugą siostrą?- Zainteresowała się blondynka
-Jennifer zachowuje się troche jak mój klon. Ubiera się podobnie, a raczej stara się. Podobnie się czesze, próbuje czytać moje książki, ale ją zazwyczaj wyganiam z pokoju. Też gra na jakimś instrumencie. W ogóle we wszystkim mnie naśladuje, co jest strasznie irytujące.- Skończyła i zauważyła, że Rachel patrzy się na nią jakoś inaczej
-Umiesz na czymś grać? To rzadkość wśród dzieci Arystokratów.- Pochwaliła ją
-Taak. Tata strasznie naciskał na staromodne tradycje i wychowanie. Dlatego Adam ciągle mi mówi, że jestem sztywna.- Zaśmiała się lekko- A tak poza tym to gram na fortepianie.
-Hah. Jak na razie nic nie słyszałam od niego, żeby się żalił na to, że jesteś sztywna. Jak dla mnie jesteś strasznie wesołą i ciekawą osobą.- Wyznała jej Rachel
-Dzięki. To może teraz ty opowiesz mi o sobie?
-Jasne! Moje panieńskie i obecne nazwisko to Eagle. Jak orzeł.- Zaśmiała się- No i cóż, nie mam rodzeństwa, ani na niczym nie gram, ale potrafię być kreatywna i ładnie rysować. Rodzice nie bardzo mają czasu dla mnie, więc muszę sobie jakoś sama radzić. Czytam książki, rysuję, trochę siedzę na tablecie. Nigdzie nie wychodzę. Po prostu nie mam takiej osoby, z którą mogłabym spędzać czas na okrągło. Tak jak Adam i Albert.- Westchnęła
-Jeśli chcesz, możesz go ze mną spędzać.- Zaoferowała Lucy- Teraz mieszkam u Adama, a moje rodzinne miasto jest oddalone o jakieś sto czterdzieści kilometrów. Więc też nie mam za wielu znajomych.
-No to świetnie! Zostaniemy przyjaciółkami!- Oznajmiła Rachel szeroko się uśmiechając; trzeba przyznać, że jej radość była zaraźliwa. Lucy również wreszcie uśmiechnęła się pewnie. Cieszyła się, że znalazł się ktoś, z kim mogłaby rozmawiać całymi nocami o książkach i innych babskich sprawach- Chcesz może wpaść do mnie jutro? Na takie babskie popołudnie.- Zapytała
-Ale ja nie wiem, gdzie mieszkasz.- odparła zakłopotanym głosem brunetka
-Spokojnie, Adam wie. Może cie podwieźć, a później przyjechać po ciebie.- Uspokoiła ją- To jak?
-No dobrze.- Zgodziła się Lucy
-To świetnie! W takim razie wpadniesz do mnie na trzynastą. A i jeszcze jedno: jesteś na coś uczulona? Pytam o potrawy.
-Raczej nie, a bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-Cudnie! No to jesteśmy umówione.- I tak oto trajkotały dopóki Adam i Albert nie wrócili z nowymi grami...
-Więc Rachel, to jest Lucy. Moja żona.- Przedstawił ją swojej byłej narzeczonej
-Och, faktycznie. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na tą sukienkę.- Wyglądała dosyć miło i pogodnie- Cześć, jestem Rachel. Miło mi cię poznać.- Podała jej rękę przez stół, a Lucy uścisnęła ją delikatnie
-Lucy.- Tylko tyle powiedziała, bez żadnego ,,miło cię poznać" lub ,,jak się masz?"
-Cześć Rachel.- Przywitał sie z nią Albert, obok którego siedziała
-Witaj.- Odparła chłodnym tonem nie patrząc na niego
-Ach, Albert. Wybacz, że wcześniej tego nie zrobiliśmy, to może teraz pójdziemy po tą grę?- Zaproponował Adam- A Lucy zostanie z Rachel i trochę się poznają.
-Czemu nie.- Odparł jego przyjaciel wstając od stołu
-W takim razie zaraz wrócimy.- Poinformował je blondyn i razem z Albertem poszli do sklepu z grami. Przez chwilę między dziewczętami panowała irytująca cisza, nie licząc odgłosu przypalanych bułek i ciamkań jedzących ludzi:
-Więc, czytasz książki?- Zainteresowała się Rachel spoglądając na ,,Miasto Kości"
-Co? Ach, tak.- Lucy delikatnie pogładziła okładkę- Też lubisz książki?
-Mhm.- Pokiwała energicznie głową.- Jeszcze nie czytałam ,,Darów Anioła", ale słyszałam, że są po prostu boskie.
-Ja dzisiaj zaczęłam. Całkiem ciekawie się zapowiada, ale szczerze mówiąc, wolę ,,Diabelskie Maszyny".- Odparła Lucy
-,,Diabelskie Maszyny"?- Zainteresowała się Rachel
-Yhym. To tak jakby prolog do ,,Darów Anioła".- Wyjaśniła krótko- Strasznie wciąga. I bohaterowie są wręcz powalający.- Zaśmiała się lekko przypominając sobie poszczególne fragmenty książki
-Muszę koniecznie przeczytać. Tylko nie bardzo mam skąd wziąć. Strasznie ciężko jest znaleźć tak stare książki.- Pożaliła się Rachel
-Jeśli chcesz, mogę ci pożyczyć.- Zaoferowała Lucy
-Na prawdę?- Ucieszyła się- Jesteś cudowna.- Była strasznie ładna, gdy się uśmiechała, w ogóle gdy była szczęśliwa- Może chciałabyś pójść ze mną na zakupy? Dostałam od tatka troche kasy, którą spokojnie mogę wydać na co chcę. Kupię ci coś.- Oznajmiła nie czekając na zgodę Lucy- A tak ogólnie to mało o sobie wiemy, może najpierw ty mi się przedstawisz? No fakt, Adam trochę mówił mi o tobie, że masz dwie siostry, byłaś Arystokratką, i że ciężko o ciebie walczył, ale to jak dla mnie to za mało informacji.- Lucy zdziwiła się na słowa, że Adam walczył o nią... Ale w jakim sensie walczył?
-No to... Cóż. Moje panieńskie nazwisko to Friday...
-Jak piątek?- Zdziwiła się Rachel
-Mhm, jak piątek.- Przytknęła Lucy
-Wow! Czyli twój tata jest szefem tej firmy od papierosów?- Rachel chciała się upewnić
-Tak.
-Mój tata kupuje te papierosy! Podobno są najlepsze w całym regionie. Ech, przepraszam, że ci przerwałam. To mój taki zły nawyk.
-Nic się nie stało. Mi też się to często zdarza.- Uspokoiła ją Lucy i kontynuowała- Adam ma rację, że mam dwie siostry. Obie są ode mnie młodsze...- I znowu przerwała jej Rachel
-Och! To na pewno fajne uczucie mieć siostrę.- Rozmarzyła się- A co dopiero dwie! Mogłybyśmy chodzić razem na zakupy, doradzać co włożyć, pożyczać sobie książki...
-Nie, stanowczo to nie jest fajne.- Od razu uprzedziła ją Lucy- Młodsze siostry są okropnie irytujące. Biorą twoje rzeczy bez twojej zgody, ubierają się w twoje ubrania, buszują po twoim pokoju. Zupełny brak prywatności. Trzeba posiadać umiejętności dobrego chowania ważnych rzeczy, aby się do nich nie dobrały...
-A ile mają lat?
-Jedna trzynaście, a druga dziesięć. Kali, ta starsza, na szczęście ma własny styl i charakter bardziej buntowniczki. Wszystko robi wszystkim na przekór, Gdy tata prosi, żebyśmy się ubierały jak na damy przystało, ona ubiera się jak na dyskotekę. Strasznie się spóźnia. Wiecznie jest niewyspana. Ale czasami jest całkiem miła. Da się z nią porozmawiać i w ogóle, ale to tylko wieczorem, kiedy jej limit irytowania innych spada do zera.
-A co z drugą siostrą?- Zainteresowała się blondynka
-Jennifer zachowuje się troche jak mój klon. Ubiera się podobnie, a raczej stara się. Podobnie się czesze, próbuje czytać moje książki, ale ją zazwyczaj wyganiam z pokoju. Też gra na jakimś instrumencie. W ogóle we wszystkim mnie naśladuje, co jest strasznie irytujące.- Skończyła i zauważyła, że Rachel patrzy się na nią jakoś inaczej
-Umiesz na czymś grać? To rzadkość wśród dzieci Arystokratów.- Pochwaliła ją
-Taak. Tata strasznie naciskał na staromodne tradycje i wychowanie. Dlatego Adam ciągle mi mówi, że jestem sztywna.- Zaśmiała się lekko- A tak poza tym to gram na fortepianie.
-Hah. Jak na razie nic nie słyszałam od niego, żeby się żalił na to, że jesteś sztywna. Jak dla mnie jesteś strasznie wesołą i ciekawą osobą.- Wyznała jej Rachel
-Dzięki. To może teraz ty opowiesz mi o sobie?
-Jasne! Moje panieńskie i obecne nazwisko to Eagle. Jak orzeł.- Zaśmiała się- No i cóż, nie mam rodzeństwa, ani na niczym nie gram, ale potrafię być kreatywna i ładnie rysować. Rodzice nie bardzo mają czasu dla mnie, więc muszę sobie jakoś sama radzić. Czytam książki, rysuję, trochę siedzę na tablecie. Nigdzie nie wychodzę. Po prostu nie mam takiej osoby, z którą mogłabym spędzać czas na okrągło. Tak jak Adam i Albert.- Westchnęła
-Jeśli chcesz, możesz go ze mną spędzać.- Zaoferowała Lucy- Teraz mieszkam u Adama, a moje rodzinne miasto jest oddalone o jakieś sto czterdzieści kilometrów. Więc też nie mam za wielu znajomych.
-No to świetnie! Zostaniemy przyjaciółkami!- Oznajmiła Rachel szeroko się uśmiechając; trzeba przyznać, że jej radość była zaraźliwa. Lucy również wreszcie uśmiechnęła się pewnie. Cieszyła się, że znalazł się ktoś, z kim mogłaby rozmawiać całymi nocami o książkach i innych babskich sprawach- Chcesz może wpaść do mnie jutro? Na takie babskie popołudnie.- Zapytała
-Ale ja nie wiem, gdzie mieszkasz.- odparła zakłopotanym głosem brunetka
-Spokojnie, Adam wie. Może cie podwieźć, a później przyjechać po ciebie.- Uspokoiła ją- To jak?
-No dobrze.- Zgodziła się Lucy
-To świetnie! W takim razie wpadniesz do mnie na trzynastą. A i jeszcze jedno: jesteś na coś uczulona? Pytam o potrawy.
-Raczej nie, a bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-Cudnie! No to jesteśmy umówione.- I tak oto trajkotały dopóki Adam i Albert nie wrócili z nowymi grami...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)















