Jak się okazało stanik z push-up'em, do którego uczepiła się matka Adama były świetnym rozwiązaniem, więc nie było potrzeby przerabiania sukienki. Po założeniu sukni przyszedł czas na fryzury i makijaż. Fryzjerka najpierw wykonała francuski warkocz, a później zrobiła z niego bajeczny kok. ,,Kiedy się rozwali będziesz miała piękne fale" powiedziała jej zanim opuściła rezydencję Clockwork'ów. Następnie zajęła się nią makijażystka. Lucy i tak była piękna bez żadnych zabiegów kosmetycznych, lecz jak Yvette się uprze to nie ma zmiłuj. Kosmetyczka pomalowała jej rzęsy, lekko przypudrowała policzki, nałożyła lekkie cienie i podkład, odrobinę poprawiła brwi, wysmarowała na delikatny róż usta oraz pomalowała jej paznokcie na biało. Ogółem nawet w tak lekkim makijażu dziewczyna wyglądała jak porcelanowa laleczka. Żadnych niedoskonałości. Jednym słowem idealna panna młoda.
Później miała dosłownie kilka sekund na ponowne zobaczenie się z rodziną, lecz Yvette znowu ją gdzieś zabrała. Tym razem do ogrodu na małą sesję zdjęciową. Mówiła, że Adam miał już taką wcześniej i żeby się nie stresowała. W sumie to ostatnie powtarzała co kilka minut: ,,Nie stresuj się kochanie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. To będzie najpiękniejszy dzień twojego życia". W końcu po sesji wróciła do swojego pokoju razem ze swoją rodziną oraz znajomymi z kręgu jej ojca. Wszyscy stali w jej dużej, białej sypialni i czekali aż drzwi się otworzą i zabrzmi muzyka weselna. Poczekali tak jeszcze kilka minut, gdy dosłyszeli na korytarzu pierwsze dźwięki muzyki. Po chwili do pokoju wkroczył elegancko ubrany Adam. Wyglądał jak kopia swojego ojca: czarny garnitur, tego samo koloru oksfordy oraz czarny krawat. Jedynym jasnym elementem jego ubioru była koszula pod marynarką oraz jego jasno blond włosy. Uśmiechnął się promiennie kiedy do niej podchodził, lecz Kali i Jennifer szczelnie zagrodziły mu drogę. Niektórzy goście parsknęli śmiechem, a na ustach innych zagościły uśmiechy. Flesze błyskały jak szalone, a Adam odwrócił się i wziął od ojca białą torebkę na prezenty, w której były cukierki, po czym wręczył ją dla swoich szwagierek. Dziewczynki zachichotały i rozstąpiły się, aby zrobić mu przejście. Chłopak podszedł do Lucy i ukłonił się głęboko.
Dalej cała uroczystość szybko zleciała. Nie było problemów w kościele, wszystko szło według ustalonych wcześniej planów. Podczas mszy czuła na sobie setki zaciekawionych spojrzeń, które dręczyły ją jak natrętna mucha. Nie lubiła być w centrum zainteresowania. Jednak w gruncie nie było aż tak źle...
W przeciwieństwie do kościoła, wesele było istną torturą. Cały czas albo jadła albo tańczyła albo była oślepiana fleszami aparatów. Czasami się zdarzało, że podchodzili do nich goście i indywidualnie im gratulowali zaślubin. Nieustannie od początku dnia czuła się bacznie obserwowana i to powodowało jeszcze większy stres. Jej wystarczyłoby skromne wesele w gronie rodziny i bliskich znajomych, a nie prawie całego rodzinnego miasta pana młodego. Cóż, trzeba to było jakoś przeboleć. W sumie na początku nie było aż tak tragicznie, lecz później gdy zaczęto przynosić ciężkie potrawy taniec nie wchodził w grę. Jednak ostatecznie tańczyła całą noc. A przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż już później urwał jej się film.
***
-Adam, zabierz rękę.- Przeraziła się na dźwięk swojego głosu, który brzmiał niczym jęk konającego w męczarniach człowieka
-Co?- Jego głos brzmiał podobnie
-Zabierz rękę.- Powtórzyła znów próbując się podnieść
-Daj mi jeszcze chwile.- Zawył błagalnie w poduszkę- Jeszcze nigdy nie miałem takiego kaca.
-Twój kac obchodzi mnie tyle co podarte buty Jennifer, zabieraj rękę.
-Nieee.- Mruknął przeciągle przewracając się na bok i obejmując Lucy obiema rękami oraz zamykając ją w uścisku niczym w kokonie
-Spadaj. Głowa mnie boli.- Jej sflaczały głos stłumiła klatka piersiowa chłopaka, do której została przytknięta jej twarz; zdziwiło ją bijące od niej zimno i słabe bicia serca- Adam, dobrze sie czujesz?
-Już mówiłem, że mam cholernie potężnego kaca.- Mruknął
-Kac morderca nie ma serca.- Zaśmiała się Lucy bez krztyny wesołości- Puszczaj mnie, muszę do łazienki.- Co prawda nie było to kłamstwo, gdyż w jej domu to akurat w łazienkach trzymano jakiekolwiek leki...
-Dobra, ale szybko wracaj.- Wypuścił ją, a ona siadając na łóżku mało z powrotem nie wróciła do pozycji leżącej; strasznie kręciło jej się w głowie, jakby przed chwilą zeszła z karuzeli
-Jednak nie ide, odechciało mi się.- Padła na swoje miejsce modląc się, aby to kręcenie się w kółko nareszcie ustało. W końcu przestało jej się kręcić w głowie- Adaaaam.- Zawyła błagalnie
-Cooo?- Odpowiedział jej tym samym
-Wiesz może, co pomaga na ból głowy?
-Chyba tak, tabletka?
-Pójdziesz po nią?
-Ooo nie, od tego się właśnie zaczyna. Od niewinnej tabletki, a później skończy się na ,,przynieś mi śniadanie do łóżka". Nie.- Wyjaśnił krótko
-Adaaam. Ja nie moge, bo mi się w głowie kręci jak wstaje.- Usprawiedliwiła się Lucy
-No dobra, ale tylko po tabletkę.- Wstał i zauważyła, że chłopak spał bez koszuli w wymiętych spodniach od garnituru. Kiedy szedł do łazienki mogła podziwiać jego plecy oraz cienką, lecz wystarczająco widoczną bliznę, która przez nie przebiegała od lewego ramienia aż do prawego biodra. Ciekawe od czego ją ma, pomyślała i o mały włos nie wypowiedziała tych słów na głos. Chłopak zniknął w łazience tak szybko jak się obok niej pojawił z tabletką i szklanką wody:
-Masz.- Powiedział podając jej lek i szklankę
-Dzięki.- Łyknęła tabletkę popijając ją wodą i spróbowała wytrzymać te zawroty głowy
-Już ci lepiej?
-Nawet nie minęło pięć sekund.
-Aha, A teraz? Lepiej się czujesz?
-Adam idź spać.- Nakazała mu, lecz napotkała opór- No to chociaż usiądź obok mnie albo połóż się.- Brak protestu; walną się na łóżko ,,na szczupaka" i się już nie podniósł. Leżał tak jak wcześniej- na brzuchu. Teraz Lucy miała lepszy widok na bliznę. Starając się nie zwracać na siebie uwagi co jakiś czas zerkała to na jego bliznę to na drzwi prowadzące na korytarz. Nie mogła odgadnąć co mogło ją zostawić. Na pewno nie katana albo miecz. Blizna była z gatunku tych szarpanych. Nie, poddała się. Jest zbyt wcześnie na myślenie, a ja jakimś cudem mam kaca, uświadomiła to sobie w myślach i powoli się podniosła. Chciała już wyjść, lecz jeszcze raz rzuciła okiem w stronę śpiącego męża. Mąż... Jakie to dziwne zarówno słowo jak i stworzenie, przeszło jej przez głowę i przypomniało się, gdy dotknęła jego lodowatej skóry, która normalnie powinna wręcz parzyć. Zauważyła, że kołdra chyba stała się inną formą życia, gdyż ,,sama" zawędrowała aż na drugi koniec pokoju. Westchnęła głośno i podniosła ją z ziemi, po czym podeszła do łóżka i nakryła nią Adama:
-Śpij.- Wyszeptała tarmosząc jego blond włosy i wyszła z pokoju...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz