sobota, 2 lipca 2016

Rozdział 1 Brzdęk klawiszy i zbawczy plan.

Sobotni poranek wydawał się dla Lucy zbyt cichy. Może dlatego, że obudziła się o szóstej nad ranem i już drugą godzinę leżała w ciepłym łóżku nasłuchując przeróżnych odgłosów. Słyszała jak kucharki krzątają się po kuchni w celu przygotowania śniadania, śpiew ptaków za oknem, a nawet chrapanie taty oddalonego od niej o dwa pokoje.
Gdy dochodziła już ósma postanowiła wstać. Powoli wyprostowała się do pozycji siedzącej ziewając, po czym szybkim ruchem przeniosła nogi na skraj swego łóżka i wsadziła stopy w puchate szare kapcie. Wstała z łóżka i leniwym krokiem poczłapała do łazienki skąpanej w bieli i złocie, gdyż takie właśnie kolory uwielbiał jej ojciec. Odkręciła złotym kurkiem ciepłą wodę, którą następnie przemyła sobie twarz, aby się odświeżyć. Szybko sięgnęła po śnieżnobiały ręcznik i wytarła twarz. Spojrzała na swe odbicie w lustrze. Jej brązowe włosy wyglądały jak po ataku nietoperzy, a szare oczy spoglądały na nią monotonnym wzrokiem z odbicia. Wzięła swój złoty grzebień do ręki i zaczęła rozczesywać kołtuny, co trwało nie więcej jak trzy minuty. Następnie splotła je w warkocz. Po stwierdzeniu, że nie wygląda aż tak tragicznie, wysmarowała twarz drogim krem nawilżającym, po czym opuściła łazienkę i stanęła przed ogromną szafą. Otworzyła jej wrota i jak to każda nastolatka zaczęła przeżywać dylemat co powinna dzisiaj założyć. Chciała jak zwykle wyglądać schludnie, aczkolwiek czuć się komfortowo i swobodnie. Wybór padł na zwiewną czarną sukienkę bez rękawów w małe białe kropki z krótszym przodem i odrobinę dłuższym tyłem. Stwierdziła, że jej szare kapcie nie pasują do jej dzisiejszej stylizacji, więc włożyła czarne baleriny i ruszyła do jadalni. Nie ścieliła łóżka, ani nie składała piżamy, gdyż wiedziała, że pokojówki w czasie trwania ich rodzinnego śniadania będą chodziły po pokojach i je ogarniały.
Szła ogromnym korytarzem, którego ściany zdobiły liczne obrazy jej potomków ze strony ojca oraz najróżniejsze pejzaże. Najbardziej podobał jej się jeden, który był ostatnim obrazem przed jadalnią. Przedstawiał on kilka żaglówek przy brzegu, których odbicie pięknie rozmywa się w wodzie. Autorem obrazu jest Claude Monet, a jego dzieło nosi tytuł ,,Regaty w Argenteuil".
Gdy go minęła z gracją weszła do pomieszczenia, na którego środku znajdował się średnich rozmiarów prostokątny stół, a nad nim swobodnie wisiał kryształowy żyrandol. Oczywiście stół był już przygotowany, lecz ona nie po to tu przyszła. Jadalnia była jej drugim ulubionym pomieszczeniem w tym domu, zaraz po jej pokoju. Dlaczego? Gdyż właśnie w tym pomieszczeniu znajdował się czarny niczym smoła fortepian, na którym grała odkąd skończyła cztery latka. Usiadła z gracją na specjalnym stołku, po czym jej palce samowolnie zaczęły przesuwać się po klawiszach i grać ,,Let her go", a ona po cichu podśpiewywała tekst, aby się nie zgubić w tej plątaninie dźwięków. Oczywiście jak zwykle wokół niej zebrało się kilka pokojówek, które wręcz kochały, gdy Lucy zasiadała rano do fortepianu i grała coś. Często podczas jej koncertów przynosiły dla niej szklankę wody lub też ciasteczka albo świeżo upieczone rogaliki z czekoladą.
Gdy już skończyła grać, zrobiła sobie krótką przerwę na ciasteczka z mlekiem i znów zaczęła delikatnie muskać palcami klawiaturę fortepianu. Teraz spod jej palców wychodziło ,,Wake me up", które stało się oficjalną pobudką dla reszty śpiących domowników. Pokojówki zawsze, gdy słyszały pierwsze dźwięki owej piosenki rozchodziły się i otwierały drzwi do pokoi, aby każdy usłyszał przepiękną muzykę, jaką grała i śpiewała młoda piętnastolatka.
Gdy była już w połowie piosenki, do pokoju wbiegła niepoczesana i w piżamie jej najmłodsza siostra Jennifer. Szybkim ruchem chwyciła swoje skrzypce i dołączyła się do starszej siostry również śpiewając. Obie śpiewały i grały, każda na swoim instrumencie. Kiedy piosenka się skończyła, uścisnęły się na powitanie i Lucy zadecydowała, iż teraz zagrają ,,Impossible". Dziesięciolatka chętnie się zgodziła, a jej starsza siostra zaczęła pierwsza grać i śpiewać. Po odliczeniu dwudziestu sekund dołączyła się Jennifer ze swoimi skrzypcami oraz głosem i powstała najpiękniejsza wersja tej piosenki, jaka kiedykolwiek mogła zaistnieć. Wkrótce do pokoju weszła Kali ubrana w biały top, czarne spodenki i jaskraworóżowe trampki do kostek. Jej głowę zdobił niechlujny, robiony naprędce kok. Ospale przecierała oczy siadając do stołu. Zaraz po niej do jadalni wkroczyła mama dziewczynek, która z pogodnym uśmiechem wpatrywała się w grające i śpiewające córki. Gdy te już skończyły grać, każda z nich przytuliła się do matki, po czym przedstawicielki płci pięknej zasiadły do stołu. Wszystkie czekały na Markusa, który po wczorajszej nocy miał porażającego kaca i świadomość, że stało się coś złego. Do stołu dotarł dopiero piętnaście minut od zakończenia porannego koncertu córek. Powoli usiadł na swoim miejscu i jak najlepiej mógł udawał przed rodziną, że czuje się wyśmienicie oraz, że wczoraj nie tknął ani jednego kieliszka wódki, chociaż wypił ich ponad dziesięć. Śniadanie przeważnie odbywało się w ciszy przerywanej brzdękaniem sztućców o talerz oraz dźwiękiem nalewanych do szklanek napoi. Markus był tak skacowany, że nawet nie miał siły skarcić najmłodszej córki, za brak stosownego ubioru oraz Kali za jej jak zwykle wyzywające ubrania i niechlujnie zrobiony kok. Po prostu jak maszyna wsadzał do ust kawałki naleśnika popijając je świeżo zrobioną kawą. Zastanawiał się co tak dokładnie zaszło wczorajszego wieczoru. Pamiętał, że był na imprezie u swego starego przyjaciela- hazardzisty i zorganizowali tam grę w pokera najpierw na ilość wypitej wódki, a następnie na majątki i oczywiście Markus przegrał wszystko. Gdy ta myśl wreszcie do niego dotarła, po plechach poraził go prąd elektryczny i poderwał się na równe nogi:
-Coś się stało, Kochanie?- Zapytała troskliwie żona
-Wszystko w porządku, jedzcie dalej, nie przejmujcie się mną.- Opuścił szybko jadalnię z żołądkiem podchodzącym mu do gardła. Co on najlepszego zrobił?! Musiał się upewnić, więc w tym celu zadzwonił do kolegi, który z nim był podczas trwania rozgrywki. Znajomy oznajmił, że Markus ma rację oraz tydzień na wyprowadzkę ze swojej posesji, chyba, że zapłaci sporą sumę pieniędzy, której nie zdążył zapamiętać, gdyż zrobiło mu się ciemno przed oczami i mało nie upuścił telefonu. Podziękował koledze za informacje, po czym się rozłączył i usiadł pod ścianą chowając twarz w dłoniach. Co robić, co robić?! Myślał gorączkowo mało nie wyrywając sobie włosów. Siedział i myślał, aż w końcu wpadł na świetny pomysł, który pozwoliłby mu uratować swój dom, dwie fabryki papierosów oraz nawet trochę zarobić. Uśmiechnął się chytrze pod nosem, po czym wstał i skierował swe kroki na taras, gdzie wyjął z kieszeni marynarki papierosa i go zapalił. Był zadowolony, że wymyślił tak świetny plan. Teraz wystarczy wprowadzić go w życie...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz