sobota, 8 października 2016

Rozdział 24 Zmartwienia

Razem z Adamem i teściami Lucy pożegnała swoją rodzinę, po czym wszyscy ruszyli na przedwczesną kolację:
-Masz bardzo miłą mamę.- Zwróciła się do Lucy Yvette- Jest taka rozmowna i ma wiele pomysłów.
-Dziękuję.- Podziękowała nieśmiałym głosem
-Żałuj, że nie słyszałaś jak wszystkie trzy grają i śpiewają.- Włączył się Adam
-Grały i śpiewały?- Zapytała z niedowierzaniem Yvette- Szkoda, że tego nie widziałam. To musiał być przyjemny widok...
-Ale mamo... Muzyka. Pięknie zagrały. A w szczególności Lucy. Jest z nich najbardziej utalentowana, chociaż wszystkie mają talent.- Pochwalił ją Adam
-Ależ ja to wiedziałam, że ona jest dla ciebie przeznaczona.- Zaszczebiotała Yvette; Lucy zażenowana całą sytuacją w geście ratunku spojrzała na pana Arthura, który wyglądał jakby nad czymś głęboko rozmyślał i nie słuchał otoczenia. Postanowiła wstać od stołu:
-Lucy, coś się stało?- Zapytał zatroskanym głosem Adam
-Już się najadłam. Dziękuję wszystkim za wspólny posiłek.- Dygnęła lekko i opuściła jadalnię.
Przez chwilę szła sama korytarzem, lecz szybko dogonił ją Adam:
-Wszystko w porządku?
-Tak.- Odparła krótko idąc dalej
-Jeżeli w jakiś sposób cię uraziłem to przepraszam...
-Nie, nie uraziłeś mnie.- Powiedziała szybko- Po prostu nie lubię jak się mówi o mojej rodzinie.- Wytłumaczyła- I mnie wychwala...- Dodała cicho
-To pierwsze rozumiem, a to drugie?- Był lekko zbity z tropu
-W moim domu nigdy mnie nie chwalono i po prostu czuję się nieswojo...- Westchnęła i zderzyła się z klatką piersiową chłopaka, który nie wiadomo skąd pojawił się przed nią i teraz ją przytulał. Lucy niepewnie odwzajemniła jego uścisk. Adam obejmował ją i nie bardzo wiedział co jej powiedzieć. Myśli pędziły jak szalone w zastraszającym tempie. Zaczęło mu się robić jej szkoda, więc delikatnie odsunął ją od siebie, lekko przykucnął i pocałował ją w usta. O dziwo nie protestowała, a nawet odwzajemniła pocałunek! Postanowił go pogłębić i w tym momencie usłyszał pospieszne kroki pokojówek. Szybko wziął Lucy na ręce nie przestając jej całować i ruszył z nią do swojego pokoju.
Gdy już znaleźli się w pomieszczeniu, do którego pokojówki nie mogły zbytnio wejść bez wezwania posadził ją na swoim łóżku i wpatrywał się w nią. Widział w niej osobę,  którą kochał ponad własne życie. Mógł dla niej zrobić wszystko, bez względu na cenę. Już raz stracił swoją miłość, drugi raz do tego nie dopuści...:
-Coś się stało?- Z rozmyśleń wyrwał go łagodny głos Lucy z nutą zmartwienia
-Nie, wszystko w porządku.- Usiadł obok niej i nakrył swoją dużą dłonią jej drobną dłoń- Jestem tylko trochę zmęczony.- Z pozycji siedzącej walną się na łóżko i przymknął oczy
-Adam...
-Hm?
-To do ciebie niepodobne.- Powiedziała- Myślę, że martwisz się czymś...
-Niby czym miałbym się martwić?- Wysilił się na lekki i w miarę radosny ton
-Nie wiem.- Westchnęła i położyła się obok niego, a on delikatnie wsunął swoje ramie pod jej głowę
-Martwisz się tym, że ja się czymś martwię?- Zadał pytanie retoryczne z nutą rozbawienia w głosie
-Tak.
-To się nie martw.- Objął ją czule i ukrył w swych ramionach- Nic mi nie jest. Tylko czasami się zamyślam nad pewnymi sprawami.- Wytłumaczył jej- Bo ludzie, którzy z natury są najbardziej wesołymi ukrywają w sobie najwięcej bólu.- Dodał cicho
-Chodzi o Rachel?- Delikatnie uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy
-Nie do końca.- Skłamał- Nieważne.- Uciął; nie lubił z nikim rozmawiać na jej temat; uważał to za pewien rodzaj tabu- rany, której nie należy rozdrapywać.
-Adam. Mi możesz wszytko powiedzieć, ale jak nie chcesz to nie musisz.- Znów położyła głowę na jego rękę; wiem, odparł w myślach, ale nie chcę się z nikim dzielić swoim bólem, sam sobie jakoś poradzę... Jak zawsze.
I zasnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz