-Dużo macie tych pokoi.- Zauważyła Lucy
-Noo trochę tego jest.- Przyznał jej rację- Ale przydają się. Jak wiesz mój ojciec jest właścicielem firmy z drogimi zegarkami, więc czasami urządza u nas w domu bankiety i niektórzy goście są zbyt zmęczeni na daleką podróż, więc zostają u nas do rana.- Wytłumaczył pogodnie blondyn
-Mhm. Rozumiem.- Odparła jego narzeczona
-A w twoim domu były jakieś bankiety czy coś?- Zainteresował się
-Chyba tylko raz.- Lucy zagłębiła się w zakamarki swojej pamięci
-Czyli wiesz jak wygląda taki bankiet?- Upewniał się
-Tak. Są stoły z jedzeniem, muzyka, taniec, rozmowy i tym podobne.- Odpowiedziała
-No to dobrze, że wiesz.- Ucieszył się- Chciałbym cię po naszym ślubie zabrać na taki jeden bardzo ważny bankiet.- Oznajmił, Lucy na wypowiedziane ,,po naszym ślubie" aż włosy zjeżyły się na karku. Całkowicie zapomniała, że jeszcze muszą wziąć ślub...
-Co do ślubu...- Zaczęła nieśmiało odwracając głowę
-Tak?
-Kiedy on będzie?- Zapytała drżącym głosem
-Ojciec mówił, że prawdopodobnie za trzy dni. Trzeba jeszcze zamówić mszę u księdza, jedzenie, zaprosić gości...- Opowiadał, a jego narzeczona pobladła- Ogólnie trzeba zrobić to co zazwyczaj robi się kilka miesięcy przed ślubem, tylko w naszym przypadku musimy to zrobić pięć razy szybciej.- Odparł z pogodnym uśmiechem i wreszcie zauważył jak bardzo blada jest Lucy- Wszystko w porządku?- Przystanął puszczając jej rękę i stając przed nią z troskliwym błyskiem w oczach
-Nie, wszystko ok. Tylko...- Szukała odpowiednich słów, aby nie urazić narzeczonego; nie chciała ukrywać, że jest zdegustowana i niechętna do ślubu w trakcie tej tak krótkiej znajomości, ale gdy tylko na niego patrzyła, nie chciała mu robić przykrości
-Tylko?- Ponaglał ją
-Tylko nie wydaje ci się, że chyba jest za wcześnie na ślub? Dopiero się poznaliśmy. Prawie w ogóle się nie znamy...- Zaczynała argumentować, lecz przerwał jej uniesieniem ręki
-Posłuchaj. Myślałem, że wczoraj się troche bliżej poznaliśmy.- Powiedział lekko poirytowany- Rozumiem, że możesz za mną nie przepadać i w ogóle, po mimo iż staram się być miły i zabawny, ale sam tego ślubu nie biorę, nie uważasz? Rozumiem twoją niechęć do mnie, do wszystkich facetów na ziemi. Ale mam do ciebie jedną prośbę...- Opuścił wzrok, a jego ton stał się dziwnie poważny-...Postaraj się mnie polubić chociaż do dnia ślubu. Później już możesz mnie unikać, robić co chcesz, a nawet wrócić do swojego dawnego domu...
-Adam.- Wyszeptała oniemiała- Ty... Ty na prawdę tego chcesz?- Zapytała wstrząśnięta
-Nie.- Odparł i delikatnie ujął jej dłonie w swoje, które przyjemnie ją ogrzewały- Ale ty tego chcesz.- Popatrzył jej głęboko w oczy i lekko się uśmiechnął- Zrobię to wszystko dla ciebie, ale teraz chodźmy na śniadanie, bo już czuć zapach placków.- Rozchmurzył się, a poważny ton i wygląd zniknęły bezpowrotnie, a na ich miejsce wrócił stary i pogodny Adam. Czy ja też tak cały czas wyglądam? Zainteresowała się Lucy przypominając słowa siostry, która uważała, że Lucy jest sztywna i nudna.
Kiedy zeszli na dół do jadalni, na stole stały ogromne talerze z przeróżnymi wypiekami kucharek:
-I wy we trójkę to wszystko zjadacie?- Zapytała wstrząśnięta siadając do stołu, a Adam zasuwając jej krzesło odparł
-Nie wszystko, ale większość.- Posłał jej szeroki uśmiech, na który również odpowiedziała uśmiechem, lecz mniej pewnym; teraz próbowała sie trochę rozluźnić, nie chciała bowiem przez całe życie być ,,sztywna"...
-Witaj moja cudowna rodzinko.- Wkroczyła do jadalni wyspana Yvette przeciągając się w krótkiej piżamie, która składała się tylko z koszuli nocnej w dodatku prawie przezroczystej, lecz na szczęście miała pod nią czarną bieliznę...
-Mamo.- Powitał ją syn wstając z krzesła i ściskając ją
-Yvette!- Zabrzmiał przy drzwiach głęboki głos Arthura z nutą nagany- W co ty się ubrałaś? To jest nieodpowiednie ubranie zważając na to, że od dziś będziemy mieli kolejnego członka rodziny.- Posłał łagodne spojrzenie Lucy, która obdarzyła go swoim nowo nabytym lekkim uśmiechem
-Oj tam, przesadzasz Archie.- Przeczesała dłonią swoje ciemno brązowe włosy i przykleiła się do swego męża, na którego twarzy malowała się dezaprobata
-Ile razy mam ci powtarzać, byś tak do mnie nie mówiła.- Upomniał ją- Mam na imię Arthur, a nie Archie...
-Ale dla mnie brzmią tak samo.- Pożaliła się irytująco słodkim głosikiem- A poza tym Archie bardziej do ciebie pasuje.- Oznajmiła odklejając się do niego i zasiadając do stołu. Cóż, ja jestem zbyt sztywna, a ona jest moim zupełnym przeciwieństwem, pomyślała Lucy nakładając sobie na talerz rogaliki nadziewane czekoladą.
-Ech, aż brak mi na ciebie słów, Yvette.- Westchnął i również zasiadł do stołu elegancko ubrany- A ty, Adamie.- Zwrócił się do syna- Mógłbyś wreszcie przestać brać przykład z matki i byś założył jakąś koszulę.- Upomniał go ojciec, a Adam dopiero teraz zdał sobie sprawę, że prócz spodni i skarpet niczego nie ma na sobie
-Przepraszam, ojcze, drogie panie.- Przeprosił wszystkich i pospiesznie wyszedł z jadalni
-Przynieś dla swojej matki szlafrok.- Krzyknął za nim Arthur nakładając na swój talerz naleśniki z bitą śmietaną i truskawkami- Smacznego moje panie.- Zwrócił się do swojej żony i przyszłej synowej, po czym zaczął jeść ze smakiem swoje śniadanie
-Smacznego.- Powiedziała z ożywieniem Yvette zagłuszając ciche i nieśmiałe ,,Smacznego" Lucy.
Posiłek odbywał się przy dźwiękach muzyki staromodnej, żadnej klasyki. W jadalni pobrzmiewały piosenki takie jak ,,If i were sorry" Frans'a lub ,,Fire in the rain" Mans'a Zalmerlow, które idealnie pasowały do wspólnego śniadania. Zauważyła, że co jakiś czas Adam patrzy na nią ukradkiem i się przyjaźnie uśmiecha, co dodawało jej otuchy i poprawiało humor.
Po śniadaniu Yvette zamknęła się w swojej sypialni, a Arthur zniknął za drzwiami swojego gabinetu. W jadalni zostali tylko Lucy i Adam. Popatrzyli na siebie, po czym wstali od stołu i również opuścili pomieszczenie:
-To co chcesz teraz robić?- Zapytał pełen energii chłopak
-Nie wiem, chciałabym pograć na fortepianie albo poczytać.- Wyznała mu Lucy
-No to chodźmy do pokoju muzycznego.- Zaproponował blondyn i nie czekając na jej odpowiedź pociągnął ją za sobą do pomieszczenia z instrumentami. Lucy miała lekkie opory, aby tam wracać, gdyż ciągle przed oczami miała moment, kiedy ich usta się zetknęły w delikatnym pocałunku. Otrząsnęła się z tych wspomnień i przyspieszyła kroku, aby się z nim zrównać, po czym razem niczym wicher mknęli przez korytarz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz