środa, 20 lipca 2016

Rozdział 6 Przeprowadzka

Lucy stała na środku jadalni i czuła, że traci grunt pod stopami. Nie sądziła, że tak szybko znajdzie narzeczonego. Jeszcze nie zdążyła się oswoić z myślą o przyszłym mężu, a tu bach. Stoi przed nią wysoki blondyn i uśmiecha się do niej delikatnie, zadowolony, że pojmie ją za żonę. A co z nią? Co z jej uczuciami, opinią? Przecież nawet się nie znają, a on już za nich zadecydował... Na myśl o tym aż się gotowała.
Elisabeth kiedy to usłyszała zasłoniła dłońmi usta, aby stłumić odgłos jęku, a Markus aż zacierał ręce z radości. Teraz wystarczy tylko zaaranżować ślub i kilka dni później poprosić o małą przysługę, myślał planując niedaleką przyszłość.
Yvette nie zdziwiła się, gdyż bacznym wzrokiem przyglądała się Markusowi, jakby z łapczywością. Delikatnie przegryzała dolną wargę i owijała swoje włosy na palec. Gdy ten wreszcie na nią spojrzał puściła mu oczko eksponując swój dekolt, a ojcu jej przyszłej synowej aż ślinka pociekła.
Po tej pełnej sprzecznych emocji ciszy zagrzmiał łagodny głos Arthura:
-W takim razie, witamy cię w rodzinie, Lucy.- Wstał z krzesła i podszedł do niej podając jej swoją równie dużą dłoń jak jego syna. Dziewczyna niepewnie ją uścisnęła i zdziwiło ją jej przyjemne ciepło. Od mężczyzny czuć było zapach drogich perfum oraz polnych kwiatów, co od razu polubiła.
Gdy już uścisnęła rękę Arthurowi przyszła kolej na Yvette, którą Lucy mało obchodziła. Po prostu uścisnęła ją i ucałowała w oba policzki, po czym zastygła w objęciach Markusa szepcząc mu coś do ucha. W tym samym czasie Arthur delikatnie całował wierzch dłoni Elisabeth, która poczerwieniała na twarzy aż po korzonki włosów. Na koniec podszedł do Lucy jej przyszły mąż. Wysoki, przystojny, ale ona była niezadowolona. Nie podobało jej się, że ktoś potraktował ją jak zwyczajny przedmiot, który nie ma emocji ani uczuć. Miała ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, po czym wyjść i trzasnąć drzwiami, lecz oparła się pokusie i posłusznie stała w miejscu czekając na to co zrobi chłopak.
W przeciwieństwie do Lucy Adam triumfował. Wreszcie znalazł dziewczynę idealną dla niego. Razem z rodzicami był w kilku innych rezydencjach, z których dostał informację o wolnych pannach. Jedna była dla niego za stara, druga za młoda, trzecia zbyt rozgadana, czwarta zbyt niezdarna, piąta zbyt tępa, szósta za wysoka, a ta była w sam raz, noo może trochę była za niska, ale lepsza za niska niż za wysoka. Sprawiała wrażenie oczytanej, mądrej i niezbyt rozmownej, co mu odpowiadało.
Gdy wreszcie rodzice przywitali ją w rodzinie, podszedł do niej i ukląkł na jedno kolano, po czym wyciągnął z kieszeni małe czarne pudełeczko z pierścionkiem zaręczynowym, które woził na każdą wizytę z nadzieją, że w końcu natrafi na tą jedyną. I natrafił, za siódmym razem. Cieszył się bardzo z tego powodu, bo już nie musiał więcej jeździć, co mu się powoli nudziło i go męczyło.
W każdym razie wyciągną do niej wolną rękę, a ona podała mu swoją lewą dłoń. Delikatnie i ostrożnie wsunął na jej serdeczny palec obrączkę, która idealnie pasowała, po czym pocałował wierzch jej dłoni i spojrzał Lucy w oczy. Widział w nich zdziwienie, złość, smutek i spokój. Zaskoczyło go to. Jako jedynak nie musiał przejmować się innymi. Zawsze liczył się on sam i jego emocje, a teraz klękał i widział, że robi tej biednej dziewczynie coś złego. Coś, czego ona sobie nie życzyła. Chciał jeszcze to odkręcić, lecz usłyszał głos ojca, który zwracał się do jego narzeczonej:
-Idź się spakować. Ja z Yvette poczekamy w samochodzie, a Adam zaczeka tutaj.- Oznajmił, po czym chwycił dłoń swojej żony i pociągną ją za sobą w stronę wyjścia, a ona spoglądała utęsknionym wzrokiem na Markusa, który odwzajemnił jej wzrok.
Adam wstał z klęczek i oparł się o stół, a Lucy niemal wybiegła z jadalni. Szła szybko korytarzem, próbując wyładować swoją frustrację szybkim chodem. Chciała jak najszybciej znaleźć w swoim pokoju, rzucić się na łóżko i udawać, że to wszystko to był tylko zły sen. Lecz to nie był zły sen, z którego zawsze można się obudzić, tylko gorzka rzeczywistość, którą musiała żyć. Gdy znalazła się w swym pokoju otworzyła swoją ogromną szafę i wyjęła spod łóżka trzy ogromne walizki. Do dwóch wsadziła wszystkie swoje ubrania, a do trzeciej tylko buty. Uznała, że nie ma w co spakować swoich osobistych rzeczy. Westchnęła głośno. Wiedziała, że jeszcze jedna walizka znajduje się na najwyższej półce szafy, która była dla niej niedostępna. Wspięła się jak najwyżej na palcach i ręką próbowała ją dosięgnąć. Za którymś razem z rzędu musnęła delikatnie bok walizki i zadowolona próbowała dalej nie interesując się niczym innym. Gdy jeszcze raz dotknęła walizki zauważyła nad sobą cień oraz rękę, która bez problemu dosięgnęła walizki i zgrabnym ruchem ją ściągnęła. Zaciskając usta powoli odwróciła się:
-Dziękuję.- Podziękowała Adamowi uprzejmym, aczkolwiek chłodnym tonem, po czym otworzyła swoją walizkę i zaczęła pakować do niej książki oraz przybory higieny osobistej.
-Może pomóc ci?- Zapytał troskliwie oglądając zawartość walizki
-Nie.- Ucięła ostro zamykając przed nim walizkę- Podobno miałeś czekać w jadalni...
-Czekałem, ale długo nie schodziłaś, więc przyszedłem sprawdzić czy przypadkiem nie uciekłaś przez okno.- Posłała jej ciepły uśmiech, który spotkał się z jej chłodnym wzrokiem
-Nie zrobiłabym tego, bo i tak byś mnie znalazł.- Odparła suchym tonem sprawdzając czy wszystko zabrała
-Posłuchaj, wiem, że mnie teraz nie lubisz, ale uwierz, ze mną da się żyć...- Próbował przekonać ją do siebie Adam
-W to nie wątpię. A teraz, czy mógłbyś wyjść? Chciałabym się przebrać.- Zapytała odwracając głowę
-Em, no jasne.- Odparł z zakłopotaniem i opuścił jej pokój.
W końcu Lucy została sama. Cieszyła się kilkoma samotnymi chwilami. Zdjęła swoją sukienkę, po czym spakowała ją do walizki z ubraniami. Powoli zawlokła się do łazienki i przemyła twarz chłodną wodą. Przez chwile się odprężyła i usiadła na rogu wanny. Patrzyła otępiale na wiszący przed nią biały ręcznik ze złotymi naszywkami i po cichu wyszeptała: ,,Mam narzeczonego. Co będzie dalej?". Jej chwila samotności nie potrwała zbyt długo, gdyż zniecierpliwiony Adam zapukał do jej drzwi:
-Uciekłaś czy masz problem z oknem?- Zapytał łagodny i uprzejmy głos dochodzący zza drzwi
-Jeszcze nie.- Odpowiedziała mu zakładając kremowy wełniany sweter. Później założyła jeansy i beżowe trampki. Jak na środek sierpnia noce bywały mroźne- Możesz wejść.- Zawołała, a on wszedł do środka
-Daj mi najcięższe walizki.- Nakazał, a ona posłusznie spełniła jego polecenie i pokazała mu walizki z książkami i butami. Adam z lekkością pociągnął je za sobą nie oglądając się na Lucy. Przez chwilę myślała, że ją zostawił, zapomniał o niej. Już miała triumfować, gdy zajrzał do pokoju:
-Idziesz w końcu czy nie?- Zapytał i znowu zniknął, a Lucy głośno westchnęła, po czym chwyciła swoje dwie walizki z ubraniami i ruszyła do wyjścia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz