środa, 6 lipca 2016

Rozdział 2 Latające pióra

Po wypaleniu papierosa Markus postanowił wrócić do jadalni i poinformować rodzinę o swoich zamiarach. Oczywiście, zanim przekroczył próg jadalni spryskał się swoimi perfumami, aby zamaskować zapach papierosów, gdyż wiedział, że żona go nie lubi. To była jedyna rzecz jaką robił dla Elisabeth. Mógł romansować z innymi kobietami, pić wódkę strumieniami, ale zapach papierosów był dla jego żony wręcz nie do zniesienia, więc postanowił, że będzie go sprytnie maskował. Gdy wreszcie pojawił się w jadalni zapadła cisza. Nikt nie ważył się przełknąć swojego posiłku, aby nie przeszkodzić ojcu w mówieniu:
-Moje drogie panie.- Zaczął Markus pochylając się z szelmowskim uśmiechem- Właśnie doszedłem do wniosku, iż nasza najstarsza córka jest już gotowa na małżeństwo.-Oznajmił. Lucy gwałtownie pobladła, a jej serce zaczęło walić młotem. Elisabeth wydała z siebie odgłos zdziwienia i przerażenia, który stłumiła zasłaniając usta rękami. Jennifer i Kali popatrzyły tylko na siebie z ekscytacją, a później swoje spojrzenia skierowały na najstarszą siostrę. Lucy przełknęła głośno ślinę i powoli kiwnęła głową na znak, iż słowa ojca dotarły do niej, to samo z pustym wzrokiem uczyniła matka, która była bliska załamania. Markus widocznie dumny z siebie nakazał młodszym córkom opuścić jadalnie, po czym zasiadł na swym miejscu, aby omówić swój pomysł:
-Posłuchaj Lucy.- Zaczął- Małżeństwo w twoim wieku jest zupełnie normalne.- Wyjaśniał swojej córce widząc, jak jest chorobliwie blada- Spójrz na swoją matkę. Ona wzięła ślub w wieku czternastu lat. To nic złego. Jesteś wręcz w idealnym wieku.- Argumentował- Jeszcze dziś wyślę propozycję zaślubin do kilku rodzin. Elisabeth, ty mi w tym pomożesz.- Zwrócił się do żony i oboje wyszli z jadalni zostawiając Lucy samą z jej myślami. Nastolatka powoli wstała od stołu i ruszyła w kierunku swego pokoju, w którym się po chwili zamknęła. Siedziała na łóżku i rozmyślała o najrozmaitszych rzeczach. Kto będzie chciał ją poślubić? Czy polubi swojego narzeczonego, a co dopiero go pokocha?! Jaki będzie miał głos, jak będzie wyglądał...? Czy będzie taki jak tata, czy jeszcze gorszy? Te wszystkie myśli dręczyły dziewczynę, dopóki do pokoju nie weszła Kali:
-Hej, jak tam?- Zapytała pogodnie- Pewnie się cieszysz. Też bym się cieszyła.- Położyła się na jej łóżku marząc kiedy przyjdzie jej kolej na ślub.
-Wiesz, jakoś nie uśmiecha mi się jeszcze małżeństwo.- Odpowiedziała jej po kilku chwilach ciszy starsza siostra
-Niby dlaczego?- Podniosła się gwałtownie do pozycji siedzącej- Przecież cudownie byłoby mieć chłopaka w tym wieku, a co dopiero męża! To jest sto procent gwarancji, że nie zostaniesz starą panną do końca życia...- Pod pewnymi względami przypominała ojca
-Starą panną zaraz ty zostaniesz jeżeli nie zmienisz swojego podejścia.- Powiedziała ostro Lucy
-Ej! Mama mówi, że każdy ma prawo do własnych poglądów!- Zaprotestowała
-Ale nie do wyrażania ich na głos, gdyż można kogoś urazić albo się komuś narazić.- Dokończyła piętnastolatka, a jej młodsza siostra pokazała jej język- Damie to nie przystoi.- Upomniała ją
-Spadaj. Nikt nie będzie cie chciał!- Prawie krzyknęła- Zachowujesz się jak sztywna stara baba!
-Zmień ton albo stąd wyjdziesz.- Ostrzegła ją Lucy
-Hmph.- Parsknęła Kali krzyżując ręce na piersi- W każdym razie, ja bym była wdzięczna.
-Ty. A ja nie jestem tobą.- Rzuciła oschle siostra i w tym momencie do pokoju wskoczyła Jennifer
-Lucy!- Rzuciła się najstarszej siostrze na szyję- Będziesz śliczną panną młodą!- Stwierdziła patrząc na nią
-Ale okropną żoną.- Wypaliła Kali chichrając się i oberwała poduszką w głowę- Ej!
-Bitwa na poduszki!- Krzyknęła Jennifer łapiąc za jedną z poduszek i atakując nią po kolei swoje starsze siostry. Lucy siedziała sztywno nadal rozmyślając nad swoją bliską przyszłością, podczas gdy jej siostry waliły w siebie i w nią poduszkami. W jednej chwili posypał się pierz, a Lucy wróciła myślami do swojego pokoju, gdzie panował chaos i latające gęsie pióra:
-Proszę, wyjdźcie z mojego pokoju.- Nakazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a siostry widząc jej złowrogo błyszczące oczy rzuciły trzymane w rękach poduszki na ziemię i rozbiegły się do swoich pokoi. Lucy z westchnięciem wstała z łóżka i chwyciła telefon. Powoli znalazła numer telefonu pokojówek, po czym napisała wiadomość, której nie wysłała. Stała po środku białej od piór podłogi i z pustym wzrokiem wpatrywała się w nienadające się już do użycia poduszki. Powoli uklękła i zaczęła podnosić z ziemi pióra, jedno po drugim. Robiła to w ciszy, sam na sam ze swoimi myślami.

W międzyczasie Markus razem ze swoją żoną siedzieli w jego prywatnym gabinecie, który przypominał biuro myśliwego. Ściany oraz podłogę zdobiły liczne skóry oraz wypchane zwierzęta z tępo patrzącymi sztucznymi oczami. Całe biuro było skąpane w kolorze brązowym oraz beżowym. Wszystkie meble były pokryte ciemno brązową farbą i połyskiwały w porannym słońcu.
Razem z pomocą żony pisał maile do kawalerów stanu magnackiego:
-Myślisz, że Hodgeville będzie wystarczająco dobrym kandydatem na męża?- Zapytał Elisabeth, która zajmowała się pisaniem i wysyłaniem wiadomości; tak naprawdę nie musiał jej się pytać, bo i tak postawiłby na swoim, ale zrobił to ze zwykłego przyzwyczajenia
-Wydaje mi się, że pan Hodgeville jest, jakby to powiedzieć, dosyć dojrzałym mężczyzną jak dla piętnastolatki.- Odezwała się spokojnie jego żona
-E tam. Przynajmniej ma doświadczenie.- Odrzekł Markus i nakazał wysłać do niego maila.
-Do kogoś jeszcze?- Zapytała Elisabeth, która wolała usłyszeć odpowiedź przeczącą
-Hmmm. A do kogo już wysłaliśmy?
-Do Sir McJullien'a, Donuccio, Clockwork'ów, Argentess'ów i teraz do Hodgevill'a.- Podczas, gdy wymieniała nazwiska, Markus liczył ich ilość na swoich smukłych palcach
-Do pięciu.-Oznajmił- Chyba powinno wystarczyć. A dopisałaś, aby odpowiedź dać do jutra?
-Mhm.- Przytaknęła posłusznie żona wstając z fotela
-Dobrze, możesz iść.- Odprawił ją mąż, a gdy już opuściła jego pokój wyją z kieszeni papierosa i go zapalił, czekając z chytrym uśmieszkiem na pierwszego zainteresowanego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz