wtorek, 26 lipca 2016

Rozdział 9 Przeprosiny

Lucy otumaniona gniewem szła szybko przez korytarz i weszła do pierwszego lepszego pokoju. Zatrzasnęła drzwi za sobą po czym osunęła się na ziemię i zakryła twarz dłońmi. Nie wiedziała do jakiego pokoju weszła, lecz niebawem się dowiedziała:
-Lucy, co się stało?- Zapytał troskliwie znajomy głęboki głos; dziewczyna szybko wytarła oczy i spojrzała do góry; przed nią za biurkiem siedział Arthur. Czyli znajdowała się w jego gabinecie, pomyślała i starając się, by głos jej nie drżał odpowiedziała:
-To nic, proszę pana. Już wychodzę i przepraszam, za najście.- Wstała i już miała wychodzić, gdy mężczyzna znalazł się obok niej i delikatnie położył swoją dużą dłoń na jej prawym ramieniu
-Mi możesz wszystko powiedzieć, w przeciwieństwie do mojej żony.- Zapewniał ją łagodnym głosem- Więc, w czym rzecz? Hm? Adam jest dla ciebie niemiły?- Zapytał prowadząc ją na kanapę po prawej stronie pokoju
-Nie.- Odpowiedziała chicho- Jest... Za miły.
-Zbyt miły? Ech, wiedziałem, że Yvette go za bardzo rozpuściła. Zostań tu, a ja pójdę z nim porozmawiać. Gdzie on jest?- Podobało jej się to, że Arthur była dla niej niczym ojciec,  nie taki jak Markus, tylko taki, na którego może liczyć.
-Teraz był w pokoju z fortepianem.- Powiedziała panując już nad swoim głosem
-Dobrze.- Rzekł i wyszedł z pokoju zostawiając ją samą. Czuła się trochę nie fair wobec Adama. Miała teraz wyrzuty sumienia, że ,,naskarżyła" na niego. Przecież on niczego złego nie zrobił, wręcz przeciwnie, chciał tylko ich do siebie zbliżyć. Och, jaka ona jest głupia i egoistyczna. Cały czas myśli tylko o sobie i jak to jest jej źle, tymczasem on próbuje ją do siebie przekonać najlepiej jak umie, a ona zachowuje się jak jakaś kretynka... Muszę się ogarnąć, pomyślała i wstała z kanapy kierując się do drzwi. Nagle zamarła w bezruchu, gdyż usłyszała dochodzące zza nich głosy:
-...Masz ją w tej chwili przeprosić!- Nakazywał stanowczy głos Arthura- I zachowywać się jak na człowieka przystało, a nie jak jakiś kobieciarz.
-Dobrze.- Powiedział skruszonym głosem Adam- Ja na prawdę nie chciałem jej skrzywdzić... Myślałem, że może tak przekonam ją do siebie...
-To nie myśl, bo to ci najgorzej wychodzi.- Przerwał mu ojciec- No, wchodź.- Klamka poruszyła się, a Lucy z powrotem usiadła na kanapie; wpatrywała się z osłupieniem w smutną twarz Adama, który był niższy od ojca o kilka centymetrów. Podszedł powoli do niej, ukląkł na jedno kolano i pocałował w wierzch jej prawej dłoni:
-Przepraszam.- Powiedział poważnym i bezbarwnym tonem, po czym wstał i wyszedł z pokoju; nie tego chciała Lucy... Wstała z kanapy i ruszyła za nim zatrzymując się na chwilę przy Arthurze
-Dziękuję, proszę pana.- Podziękowała uprzejmym tonem i pobiegła za Adamem.
Szedł dosyć szybko. Biegnąc boleśnie ocierała swoje bose stopy o szorstki czerwony dywan:
-Adam, czekaj!- W końcu krzyknęła, a on zatrzymał się jak wryty i obrócił w jej stronę. Nastąpiła kolizja. Chłopak tak nagle się zatrzymał, że Lucy nie zdążyła wyhamować i wpadła wprost na niego. Nie chcąc upaść szybko go objęła. Cóż... To, że Adam był zdziwiony to za mało powiedziane. Był po prostu w szoku... Nigdy nie rozumiał, nie rozumie i nie zrozumie kobiet. Kilka minut temu wnerwia się, że ją pocałował, a teraz sama się do niego tuli. Kobieca logika jest powalona, myślał, lecz i tak odwzajemnił uścisk. Stali tak przytuleni do siebie dopóki Lucy nie zaczęła wyszarpywać się z uścisku:
-Wybacz.- W końcu wysapała rumieniąc się i odwracając głowę w bok
-Nic nie szkodzi.- Chłopak podrapał się po głowie oglądając swoje stopy
-Nie, wybacz za to wcześniej.- Sprecyzowała
-Hm? A, nie, to wszystko moja wina. Trochę mnie poniosło.- Zaśmiał się bez krztyny wesołości w głosie
-Nie, ty po prostu... No, chciałeś nas do siebie zbliżyć. To chyba nic złego.- Próbowała mu to jakoś wytłumaczyć
-Tak szczerze, to chciałem cię po prostu objąć.- Odparł i tym razem na jego ustach zagościł słaby uśmiech
-I pocałować.- Dokończyła Lucy
-Tak, to też, ale planowałem to zrobić trochę później, tak dzień przed ślubem, ale teraz wszystko diabli wzięli.- Zaśmiał się, a razem z nim jego przyszła żona
-Wszystko jeszcze możliwe.- Posłała mu promienny uśmiech, a on popatrzył na nią z rozmarzeniem; niech cię tylko nie ponoszą emocje, upominał się w myślach.
-Może pokażę ci dom?- Zaproponował, a Lucy pokiwała głową- No to zapraszam.- Wyciągnął do niej dłoń, a ona nieśmiało ją chwyciła i ruszyli...

niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział 8 Pocałunek z piekła rodem

Pierwsza jak zwykle obudziła się Lucy. To ona była porannym ptaszkiem w swojej rodzinie. Powodem jej pobudki było coś ciepłego na jej lewej dłoni. Kiedy powoli otworzyła oczy mało nie spadła z łóżka. Na jej ręce leżała dłoń Adama i w dodatku ich palce były splecione w nierozerwalnym uścisku. Kolejnym faktem było to, że jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko niej i dzięki Bogu, że ich splecione dłonie były jedyną przeszkodą... Powoli i delikatnie odsunęła się od niego i starała się tak wyswobodzić dłoń, aby go nie zbudzić. Powoli, powolutku rozluźniała palce i wysuwała swoją dłoń spod jego. Tak! Udało się! Nadal śpi, a ja jestem wolna. Pomyślała z radością i tryumfem, po czym cichaczem opuściła pokój swojego przyszłego męża. Szła długim i szerokim korytarzem uścielonym czerwonym dywanem. Jej bose stopy troche gryzł materiał dywanu, ale co mogła na to poradzić? Nie dostała kapci, a w butach nie wypadało chodzić po domu...
W końcu doszła do pierwszych drzwi. Wiedziała, że to nie ładnie samemu włóczyć się po czyimś domu i patrzeć co kto ma w danym pokoju, lecz ciekawość zwyciężyła, a poza tym to już był jej dom. A może chciała znaleźć łazienkę albo kuchnię? W razie czego mam wymówkę, pomyślała i pchnęła wysokie białe drzwi z kryształową klamką.
W środku była kolejna sypialnia. Cała była skąpana w bieli, aż bolały oczy. Podłoga była z polerowanego jasnego drewna pokryta gdzie nie gdzie białymi dywanami. Ściany również były białe, a ich jedynymi ozdobami były przeróżne obrazy Moneta. I nawet był tam ulubiony obraz Lucy, ten z żaglówkami, który był ostatnim obrazem przed jadalnią w jej starym domu. Po jej prawej stronie przy ścianie stało duże podwójne łóżko z białą pościelą i toną poduszek również białych. Przy równoległej ścianie stała ogromna szafa, która byłaby zdolna pomieścić zawartość jej walizek a nawet same walizki i jeszcze byłoby sporo wolnego miejsca. Obok szafy, po jej lewej stronie stała toaletka z lustrem. W rogu, przy toaletce znajdowała się niewielka kanapa ze stoliczkiem do kawy. Przytulnie, no nie powiem, pomyślała Lucy i opuściła pokój, gdyż biel już strasznie gryzła ją w oczy. Zamknęła z powrotem drzwi i otworzyła kolejne, za sobą. Tym razem dotarła tam gdzie chciała:
-Pokój muzyczny.- Wyszeptała wchodząc do pomieszczenia z fortepianem na środku pokoju i innymi instrumentami pod ścianą. Fortepian był taki sam jak u niej w domu: czarny jak smoła. Pasował do ścian pokoju skąpanych w kolorze czekolady. W przeciwieństwie do pokoju, w którym przed chwilą była, w tym panowały ciemne kolory. Usiadła na specjalnym stołeczku i palcem zagrała trzy melodie, aby sprawdzić czy fortepian jest nastrojony. Spod jej palców wyszły idealne dźwięki. Świetnie, pomyślała i zaczęła grać ,,Awake and Alive" zespołu Skillet podśpiewując sobie. Miała dosyć suche gardło, więc ciężko jej było śpiewać czysto, więc śpiewała bardzo cichym głosem.
Nie zauważyła, kiedy w progu pojawili się służący rodziny. Dopiero się skapnęła, kiedy podeszła do niej dziewczyna z długimi bordowymi włosami i azjatycką urodą. Wtedy przerwała swój koncert:
-To ty tak pięknie grałaś?- Zapytała Azjatka badawczo przyglądając się jej, a Lucy nieśmiało pokiwała głową
-Bardzo ładnie.- Usłyszała gruby, aczkolwiek miły głos oraz klaskanie. Odwróciła się i zauważyła bardzo, ale to bardzo wysokiego mężczyznę w garniturze o ostrych rysach twarzy, który z łagodnym i ciepłym uśmiechem bił jej brawo, a razem z nim reszta pokojówek, które wyglądały przy nim jak gimnazjalistki, pomimo iż były dorosłe.
-No co ty, Chris. Miałeś na myśli pięknie, a nie tylko bardzo ładnie.- Skarciła go Azjatka, a Lucy powoli odsunęła się od fortepianu
-Tak, Yuki. Pięknie zagrała.- Poprawił się- I czy mogłabyś coś jeszcze zagrać? W tym domu nikt nie gra na fortepianie, więc dla nas jest to nowość.- Wytłumaczył powoli, a Lucy kiwnęła głową z radością i przystąpiła do zagrania ,,Impossible". Razem do niej w śpiewaniu przyłączyła się dziewczyna z azjatycką urodą, która najwyraźniej znała tą piosenkę. Miała piękny głos. Nagle nie wiedząc czemu dziewczyna umilkła i szybkim krokiem pospieszyła do pustych już drzwi. Lucy przerwała swoją grę i wpatrywała się w wychodzącą dziewczynę, gdy na korytarzu rozległ się znajomy głos:
-Co tam robiłaś Yuki?- Zapytał uprzejmie Adam ubrany tylko w spodnie i śnieżnobiałe skarpetki
-Ja.. No bo, wie panicz...- Jąkała się; pierwszy raz widziała go w takim stanie oraz miała okazję podziwiać jego wyrzeźbiony tors i mięśnie ramion
-Ktoś tam jest?- Zapytał zaglądając- Oo, tutaj jesteś. A ja cię wszędzie szukałem.- Wszedł do pomieszczenia z rozczochraną czupryną i w wygniecionych spodniach- Już od rana grasz? Mogłem się tego spodziewać.- Powiedział z uśmiechem i usiadł koło niej- No, a teraz zgodnie z obietnicą zagraj mi coś.- Nakazał, a Lucy już miała uderzyć w klawisze, gdy zdała sobie sprawę z tego, że nie wie co ma zagrać
-Ale...- Zaczęła
-Hm? Coś nie tak? Yuki, wyjdź!- Nakazał, a dziewczyna pospiesznie zniknęła z progu
-Nie! Ona może zostać.- Powiedziała łagodnie Lucy- Chodzi o to, że nie wiem co zagrać...
-W porządku. To zagraj mi ,,Highway to Hell".- Zaproponował- I możesz wejść Yuki...- Dodał po chwili, a dziewczyna wróciła i tym razem podeszła bliżej
-Ale ja nie znam tego...- Sprzeciwiła się nieśmiało Lucy; znała tylko refren piosenki
-Nie znasz ,,Highway to Hell"?!- Zapytał nie dowierzając
-Znam, ale potrafię zagrać inną piosenkę z piekłem tytule.- Szybko zaproponowała
-No to zagraj.- Nalegał z entuzjazmem, a ona zaczęła delikatnie muskać opuszkami palców klawisze fortepianu, wygrywając melodię ,,It snows in hell" zespołu Lordi. Cicho podśpiewywała tekst piosenki, a Adam patrzył na nią z osłupieniem, jakby nie wierzył, że ona potrafi grać. Po chwili jej cichy śpiew stał się głośniejszy, a dźwięki pod jej palcami stawały się wyraźniejsze i bardziej pewne. Jej narzeczony wpatrywał się w nią z podziwem i szerokim uśmiechem. Jest świetna w tym co robi, pomyślał przelotnie i objął ją troskliwie, przez co Lucy drgnęła wciskając zły klawisz i odrobinę psując utwór, lecz szybko to naprawiła. Czuła się strasznie niezręcznie, pomimo iż to był jej przyszły mąż. Nie lubiła, gdy ktoś kogo nie znała dłużej niż co najmniej miesiąc przytulał się do niej, ani ją obejmował, nawet jeżeli był to jej narzeczony...
Przerwała grę w geście protestu. Wyprostowała się i odwróciła swoją twarz w kierunku jego twarzy, aby powiedzieć mu, by jej nie obejmował, lecz w tym momencie poczuła na swych ustach smak jego ust. Pocałunek był niezwykle delikatny, trwał zaledwie pięć sekund. Adam powoli odsunął się od niej i popatrzył jej w oczy. W tych niebieskich oczach czaiły się łzy, a na twarzy malowało zaskoczenie i wykwitał prawie bordowy rumieniec. Chłopak poczuł jakby ktoś wbił mu szpilkę w serce:
-Ja... Ja nie chciałem...- Nie dokończył, bo Lucy zacisnęła dłonie w pięści i szybko opuściła pokój- Lucy, proszę, zaczekaj!- Zawołał za nią, lecz nie chciała go słuchać; miała gdzieś kary i inne rzeczy, czegoś takiego nie będzie znosiła!

piątek, 22 lipca 2016

Rozdział 7 Droga do nowego domu

Kiedy wreszcie Lucy żegnała się ze swoją rodziną, szofer wkładał do bagażnika bagaże piętnastolatki. Elisabeth była żywą fontanną łez. Cały czas ściskała swoją najstarszą córkę mocząc jej całą bluzkę. Ojciec tylko klepał ją przyjaźnie po ramieniu i zapewniał, że tam będzie jej dobrze oraz, że będą ją odwiedzać co tydzień albo oni ich. Kali z szelmowskim uśmiechem wpatrywała się w Adama, a gdy ten na nią spoglądał odwracała się z chichotem do młodszej siostry cała czerwona.
Gdy w końcu siedziała w samochodzie obok Adama czuła się strasznie niezręcznie. Jeszcze nigdy nie siedziała tak blisko chłopaka, a w szczególności narzeczonego, którego znała zaledwie godzinę...:
-Jeśli jesteś śpiąca możesz się położyć.- Zaproponował troskliwym głosem
-Ale tutaj jest chyba za mało miejsca.- Zauważyła Lucy odsuwając się od niego najdalej jak mogła
-Możesz położyć swoją głowę na moim kolanie.
-Eemm... Nie, nie jestem śpiąca.- Odpowiedziała szybko cała czerwona. Jak on tak mógł?! Nawet nie wie jaki ona ma kolor oczu, a on proponuje jej, żeby położyła się na jego kolanach! Zboczeniec jeden...
-To może opowiedz mi coś o sobie?- Adam chciał za wszelką cenę wiedzieć jak najwięcej o swojej przyszłej żonie
-Mam na imię Lucy Fr...- Nie dokończyła, bo jej przerwał
-Clockwork. I to już akurat wiem. Wiem też ile masz lat... Co lubisz robić?
-Lubię...- Zaczęła; przypomniała jej się rozmowa z wcześniejszym kandydatem, kiedy to nie potrafiła mu odpowiedzieć na pytanie jakie książki czyta.-... Lubię grać na fortepianie.- Dokończyła
-Czyli umiesz grać na nim?- Zapytał głupio
-Mhm.- Przytaknęła- A ty na czymś grasz?- Zainteresowała się
-Jeśli nerwy mojej matki się liczą to tak.- Zaśmiał się, a na ustach Lucy wreszcie zagościł lekki uśmiech- Ogólnie to na niczym nie gram.- Odpowiedział już normalnie- A coś poza graniem?
-Śpiewanie.- Odparła bez namysłu
-I jeszcze śpiewasz?- Zapytał ze zdziwieniem- No to nieźle. A potrafisz grać i śpiewać jednocześnie?- Zainteresował się
-Mhm- Przytaknęła- Znam na pamięć ,,Wake me up", ,,Impossible" i kilka innych piosenek.- Pochwaliła się skromnym głosem
-Zagrasz mi jutro? I zaśpiewasz?- Zapytał z entuzjazmem
-Jasne.- Powiedziała niepewnie- A masz fortepian?
-Oczywiście!- Odrzekł z dumą w głosie- Mamy pokój muzyczny, więc może ci się spodobać.- Uśmiechnął się promiennie, że nie w sposób było się oprzeć i też się uśmiechnęła, tylko bardziej pewnie niż poprzednim razem. Dalej jechali, a Adam opowiadał jej swoje anegdoty z dzieciństwa. Jak się okazało był bardzo zabawny, co spodobało się Lucy i bardziej ją przekonało do niego. A z kolei Adam podziwiał swoją narzeczoną, za to że potrafi ona na czymś grać. Jemu zawsze myliły się klawisze, a zapisy nutowe były zbyt skomplikowane.
Nawet nie zauważył, kiedy Lucy zasnęła, a gdy już się skapnął to jej głowa opierała się na jego ramieniu. Uśmiechnął się delikatnie i pogłaskał ją troskliwie po głowie. Napawał się tą myślą, że akurat ona będzie jego żoną. Była wręcz idealna. Lekko musnął swymi wargami jej czoło i sam zasnął opierając swoją głowę na jej głowie.
W tym samym czasie po drugiej stronie limuzyny odgrodzonej ścianką od drugiej części Arthur i Yvette rozmawiali:
-Co o niej sądzisz?- Zadał jej pytanie mąż
-O tej małej? Jest trochę sztywna, ale powinna zadowolić Adamka.- Odpowiedziała mu piłując pilnikiem swoje paznokcie
-Osobiście uważam, że będzie dla niego odpowiednia. Za bardzo go rozpuściłaś. Ona go sprowadzi do pionu.- Powiedział poważnie Arthur
-To to na pewno.- Zachichotała Yvette- Powinniśmy kupić jej staniki z push-up'em.- Rozmyślała
-Ach, ty jak zwykle o jednym.- Mruknął zdegustowany i wpatrywał się w nocny krajobraz, z którego mało co widział. Mrok był tak gęsty, że ledwo zauważał pobliskie łąki i lasy. Zapukał w okienko do kierowcy:
-Widzi pan coś na tej drodze?
-Tak, Sir.- Odpowiedział mu mężczyzna mniej więcej w takim samym wieku co on- Noc jest ciemna, lecz drogę widzę doskonale.
-To dobrze. Jedź dalej.- Zakończył tą krótką konwersację i zorientował się, że jego żona śpi mu na kolanach- Ech, znowu to samo.- Westchną, po czym zdjął swoją marynarkę i okrył nią śpiącą Yvette.
Do ich rezydencji dojechali dopiero koło szóstej nad ranem. Wszyscy pasażerowie spali, więc kierowca obudził Arthura, który z kolei lekko potrząsając żonę obudził ją. Powoli wyprowadził ją z auta i zaprowadził na schody przed ich pałacykiem, bo tak mniej więcej wyglądał ich dom. Niczym piękny pałac był wspaniałą atrakcją turystyczną, więc dlatego przed ich domem zbierały się grupy ludzi z aparatami.
Podszedł do tylnych drzwi i je otworzył. W środku zastał widok, który wywołał w nim ogromne zdziwienie. Śpiący Adam trzymał Lucy w objęciach na swoich kolanach, a nieświadoma niczego dziewczyna spała twardo opierając swoją głowę na jego obojczyku. Na ustach czterdziestolatka zakwitł lekki uśmiech i potrząsnął za ramię syna:
-Adam, wstawaj.- Mówił cicho, aby nie zbudzić Lucy
-Co jest?- Zapytał zaspanym głosem leniwie otwierając oczy
-Jesteśmy na miejscu.
-A, ok.- Chciał wstać, lecz coś, a raczej ktoś mu to uniemożliwiał; Arthur cicho zachichotał-Co do...?- Zapytał Adam patrząc na swoją narzeczoną na swych kolanach- Czemu ja ją obejmuję?- Zapytał ojca, lecz ten mu nic nie odpowiedział, tylko pomógł Yvette wejść po schodach i trafić do ich sypialni zostawiając Adama z jego problemem samego.
-Świetnie.- Mruknął poirytowany i niewyspany. Delikatnie wsunął jedną rękę pod jej kolana i wysiadł z samochodu trzymając śpiącą piętnastolatkę w ramionach. Nie ważyła zbyt wiele, co było jej kolejnym plusem. Wchodził powoli po schodach, aby z nich nie spaść razem ze swoją przyszłą żoną. Myślałem, że przynajmniej jak weźmiemy już ślub będę cię przenosić przez próg, a tu taka niespodzianka, pomyślał z rozbawieniem pokonawszy schody i przechodząc przez szerokie drzwi, które się za nim zamknęły. Dalej ruszył oświetlonym porannymi promieniami słońca korytarzem prosto do swojego pokoju, a gdy już się tam znalazł położył śpiącą dziewczynę na łóżku i zdjął jej buty. Nie miał zamiaru jej rozbierać, gdyż nie chciał naruszać jej prywatności, a poza tym wydawało mu się to nieodpowiednie. Jednak sam się rozebrał od pasa w górę i również zdjął buty. Walną się na plecy obok niej na łóżku i przez chwilę wpatrywał się w sufit nasłuchując jej równego oddech. Przekręcił głowę w bok i wpatrywał się w jej łagodną twarz. Miała całkiem jasną karnację i piękne długie ciemno brązowe włosy, które mógłby pieścić godzinami. Wpatrywał się w nią tak długo, aż sam zasnął. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak jego twarz jest blisko jej twarzy...

środa, 20 lipca 2016

Rozdział 6 Przeprowadzka

Lucy stała na środku jadalni i czuła, że traci grunt pod stopami. Nie sądziła, że tak szybko znajdzie narzeczonego. Jeszcze nie zdążyła się oswoić z myślą o przyszłym mężu, a tu bach. Stoi przed nią wysoki blondyn i uśmiecha się do niej delikatnie, zadowolony, że pojmie ją za żonę. A co z nią? Co z jej uczuciami, opinią? Przecież nawet się nie znają, a on już za nich zadecydował... Na myśl o tym aż się gotowała.
Elisabeth kiedy to usłyszała zasłoniła dłońmi usta, aby stłumić odgłos jęku, a Markus aż zacierał ręce z radości. Teraz wystarczy tylko zaaranżować ślub i kilka dni później poprosić o małą przysługę, myślał planując niedaleką przyszłość.
Yvette nie zdziwiła się, gdyż bacznym wzrokiem przyglądała się Markusowi, jakby z łapczywością. Delikatnie przegryzała dolną wargę i owijała swoje włosy na palec. Gdy ten wreszcie na nią spojrzał puściła mu oczko eksponując swój dekolt, a ojcu jej przyszłej synowej aż ślinka pociekła.
Po tej pełnej sprzecznych emocji ciszy zagrzmiał łagodny głos Arthura:
-W takim razie, witamy cię w rodzinie, Lucy.- Wstał z krzesła i podszedł do niej podając jej swoją równie dużą dłoń jak jego syna. Dziewczyna niepewnie ją uścisnęła i zdziwiło ją jej przyjemne ciepło. Od mężczyzny czuć było zapach drogich perfum oraz polnych kwiatów, co od razu polubiła.
Gdy już uścisnęła rękę Arthurowi przyszła kolej na Yvette, którą Lucy mało obchodziła. Po prostu uścisnęła ją i ucałowała w oba policzki, po czym zastygła w objęciach Markusa szepcząc mu coś do ucha. W tym samym czasie Arthur delikatnie całował wierzch dłoni Elisabeth, która poczerwieniała na twarzy aż po korzonki włosów. Na koniec podszedł do Lucy jej przyszły mąż. Wysoki, przystojny, ale ona była niezadowolona. Nie podobało jej się, że ktoś potraktował ją jak zwyczajny przedmiot, który nie ma emocji ani uczuć. Miała ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, po czym wyjść i trzasnąć drzwiami, lecz oparła się pokusie i posłusznie stała w miejscu czekając na to co zrobi chłopak.
W przeciwieństwie do Lucy Adam triumfował. Wreszcie znalazł dziewczynę idealną dla niego. Razem z rodzicami był w kilku innych rezydencjach, z których dostał informację o wolnych pannach. Jedna była dla niego za stara, druga za młoda, trzecia zbyt rozgadana, czwarta zbyt niezdarna, piąta zbyt tępa, szósta za wysoka, a ta była w sam raz, noo może trochę była za niska, ale lepsza za niska niż za wysoka. Sprawiała wrażenie oczytanej, mądrej i niezbyt rozmownej, co mu odpowiadało.
Gdy wreszcie rodzice przywitali ją w rodzinie, podszedł do niej i ukląkł na jedno kolano, po czym wyciągnął z kieszeni małe czarne pudełeczko z pierścionkiem zaręczynowym, które woził na każdą wizytę z nadzieją, że w końcu natrafi na tą jedyną. I natrafił, za siódmym razem. Cieszył się bardzo z tego powodu, bo już nie musiał więcej jeździć, co mu się powoli nudziło i go męczyło.
W każdym razie wyciągną do niej wolną rękę, a ona podała mu swoją lewą dłoń. Delikatnie i ostrożnie wsunął na jej serdeczny palec obrączkę, która idealnie pasowała, po czym pocałował wierzch jej dłoni i spojrzał Lucy w oczy. Widział w nich zdziwienie, złość, smutek i spokój. Zaskoczyło go to. Jako jedynak nie musiał przejmować się innymi. Zawsze liczył się on sam i jego emocje, a teraz klękał i widział, że robi tej biednej dziewczynie coś złego. Coś, czego ona sobie nie życzyła. Chciał jeszcze to odkręcić, lecz usłyszał głos ojca, który zwracał się do jego narzeczonej:
-Idź się spakować. Ja z Yvette poczekamy w samochodzie, a Adam zaczeka tutaj.- Oznajmił, po czym chwycił dłoń swojej żony i pociągną ją za sobą w stronę wyjścia, a ona spoglądała utęsknionym wzrokiem na Markusa, który odwzajemnił jej wzrok.
Adam wstał z klęczek i oparł się o stół, a Lucy niemal wybiegła z jadalni. Szła szybko korytarzem, próbując wyładować swoją frustrację szybkim chodem. Chciała jak najszybciej znaleźć w swoim pokoju, rzucić się na łóżko i udawać, że to wszystko to był tylko zły sen. Lecz to nie był zły sen, z którego zawsze można się obudzić, tylko gorzka rzeczywistość, którą musiała żyć. Gdy znalazła się w swym pokoju otworzyła swoją ogromną szafę i wyjęła spod łóżka trzy ogromne walizki. Do dwóch wsadziła wszystkie swoje ubrania, a do trzeciej tylko buty. Uznała, że nie ma w co spakować swoich osobistych rzeczy. Westchnęła głośno. Wiedziała, że jeszcze jedna walizka znajduje się na najwyższej półce szafy, która była dla niej niedostępna. Wspięła się jak najwyżej na palcach i ręką próbowała ją dosięgnąć. Za którymś razem z rzędu musnęła delikatnie bok walizki i zadowolona próbowała dalej nie interesując się niczym innym. Gdy jeszcze raz dotknęła walizki zauważyła nad sobą cień oraz rękę, która bez problemu dosięgnęła walizki i zgrabnym ruchem ją ściągnęła. Zaciskając usta powoli odwróciła się:
-Dziękuję.- Podziękowała Adamowi uprzejmym, aczkolwiek chłodnym tonem, po czym otworzyła swoją walizkę i zaczęła pakować do niej książki oraz przybory higieny osobistej.
-Może pomóc ci?- Zapytał troskliwie oglądając zawartość walizki
-Nie.- Ucięła ostro zamykając przed nim walizkę- Podobno miałeś czekać w jadalni...
-Czekałem, ale długo nie schodziłaś, więc przyszedłem sprawdzić czy przypadkiem nie uciekłaś przez okno.- Posłała jej ciepły uśmiech, który spotkał się z jej chłodnym wzrokiem
-Nie zrobiłabym tego, bo i tak byś mnie znalazł.- Odparła suchym tonem sprawdzając czy wszystko zabrała
-Posłuchaj, wiem, że mnie teraz nie lubisz, ale uwierz, ze mną da się żyć...- Próbował przekonać ją do siebie Adam
-W to nie wątpię. A teraz, czy mógłbyś wyjść? Chciałabym się przebrać.- Zapytała odwracając głowę
-Em, no jasne.- Odparł z zakłopotaniem i opuścił jej pokój.
W końcu Lucy została sama. Cieszyła się kilkoma samotnymi chwilami. Zdjęła swoją sukienkę, po czym spakowała ją do walizki z ubraniami. Powoli zawlokła się do łazienki i przemyła twarz chłodną wodą. Przez chwile się odprężyła i usiadła na rogu wanny. Patrzyła otępiale na wiszący przed nią biały ręcznik ze złotymi naszywkami i po cichu wyszeptała: ,,Mam narzeczonego. Co będzie dalej?". Jej chwila samotności nie potrwała zbyt długo, gdyż zniecierpliwiony Adam zapukał do jej drzwi:
-Uciekłaś czy masz problem z oknem?- Zapytał łagodny i uprzejmy głos dochodzący zza drzwi
-Jeszcze nie.- Odpowiedziała mu zakładając kremowy wełniany sweter. Później założyła jeansy i beżowe trampki. Jak na środek sierpnia noce bywały mroźne- Możesz wejść.- Zawołała, a on wszedł do środka
-Daj mi najcięższe walizki.- Nakazał, a ona posłusznie spełniła jego polecenie i pokazała mu walizki z książkami i butami. Adam z lekkością pociągnął je za sobą nie oglądając się na Lucy. Przez chwilę myślała, że ją zostawił, zapomniał o niej. Już miała triumfować, gdy zajrzał do pokoju:
-Idziesz w końcu czy nie?- Zapytał i znowu zniknął, a Lucy głośno westchnęła, po czym chwyciła swoje dwie walizki z ubraniami i ruszyła do wyjścia...

sobota, 16 lipca 2016

Rozdział 5 Adam Clockwork

Gdy Elisabeth wreszcie przyprowadziła Lucy do jadalni goście zasiedli przy stole i czekali na dziewczynę. Pierwszą osobą jaką rzuciła się w oczy piętnastolatce był młody chłopak o jasnej cerze z bardzo jasnymi blond włosami, o spokojnych szarych oczach i bardzo atrakcyjnych rysach twarzy. Ubrany był w czarną bluzę z kapturem, ciemne jeansy oraz szare conversy do kostek. Po jego lewej stronie siedział starszy od niego mężczyzna o podobnej urodzie. Prawie te same włosy, tylko o jeden odcień ciemniejsze, tygodniowy zarost, szare oczy o melancholijnym spojrzeniu, łagodne rysy twarzy. Na sobie miał granatowy garnitur oraz czarne oksfordy. Obok niego siedziała kobieta, na oko trzydziestoletnia. Jej karnacja była lekko opalona. Posiadała długie brązowe włosy, piwne oczy oraz bardzo wydatne usta. Była skąpo ubrana w małą czarną z głębokim dekoltem, co najwyraźniej spodobało się Markusowi, który wpatrywał się w nią jak w obrazek.
Kiedy tylko Lucy ukłoniła się przed zebranymi zauważyła, że młody chłopak wpatruje się w nią jakby ją oceniał. Po chwili starszy mężczyzna wstał z krzesła i delikatnie się ukłonił. Przeraził ją jego wzrost:
-Dobry wieczór. Przepraszamy, że przerywamy twój sen, lecz dotarcie tutaj zajęło nam cały dzień.- Wytłumaczył łagodnym głosem - Nazywam się Arthur Clockwork, a to moja rodzina: Adam- mój syn.- Powiedział spoglądając w stronę młodego chłopaka, który pospiesznie podniósł się z siedzenia; on również był przerażająco wysoki, ale nie tak jak jego ojciec- A to moja żona, Yvette.- Podał jej rękę, aby wstała, po czym delikatnie dygnęła na wysokich czarnych obcasach...:
-Bardzo miło nam poznać.- Podszedł do niej Markus i pocałował jej dłoń- Proszę, usiądźcie. Na pewno jesteście bardzo zmęczeni po podróży.
-Dziękujemy.- Odparła szelmowskim głosem Yvette i usiadła z powrotem na swoje miejsce; to samo uczynił jej mąż; tylko Adam stał i wpatrywał się w Lucy. Zaraz jednak powoli podszedł do niej i lekko się ukłonił:
-Mogę prosić do tańca?- Zapytał głębokim jak na jego wygląd głosem
-Eem... Tak, oczywiście.- Przez chwilę była zdumiona jego zachowaniem, lecz jak trzeba to trzeba...
Nie wiadomo skąd któraś z pokojówek zaczęła grać na fortepianie ,,Wiosennego Walca" Chopina. Adam delikatnie położył swoją dużą dłoń na jej biodrze, a drugą ujął jej rękę, natomiast Lucy położyła swoją dłoń na jego ramieniu. Niestety jej partner okazał się tak wysoki, że musiała stać na palcach. Blondyn wziął głęboki wdech i zaczął ją prowadzić cicho szepcząc ,,raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy". Tak udzielił jej się szept, że również zaczęła z nim liczyć kroki. Jak się okazało Adam świetnie tańczył i był idealnym partnerem. Przyjemnie im się razem tańczyło.
Po zatańczeniu jeszcze dwóch utworów w końcu odsunął się od Lucy i podszedł do swego ojca. Szepnął mu coś na ucho, po czym się odezwał:
-Mogłabyś zapisać na kartce swoje imię i nazwisko?- Zapytał blondyn, a piętnastolatka pokiwała głową biorąc do ręki kartkę i długopis od jednej ze służących. Napisała pięknym pochyłym pismem ,,Lucy Friday" i podała karteczkę Adamowi, który skreślił jej nazwisko i obok dopisał swoje, co razem tworzyło ,,Lucy Friday Clockwork":
-Od teraz nazywasz się Lucy Clockwork. I jesteś moją żoną.- Oznajmił z dumą i radością w głosie, a Lucy zaparło dech w piersiach.

środa, 13 lipca 2016

Rozdział 4 Północna wizyta

Tego samego dnia Markus otrzymał dwa maile z negatywną odpowiedzią i popadł w jeszcze większy gniew. Chodził jak nakręcony mechaniczny żołnierzyk i recytował pod nosem wiązanki przekleństw. Jak oni mogli pogardzić jego piękną córką?! Pff. Nie znają się. Banda zarozumiałych bogaczy! Te dranie nie wiedzą, jaka okazja przeleciała im koło nosa! Jeszcze im kiedyś pokaże! Odgrażał się w myślach, gdy równo o dwudziestej pierwszej zabrzmiał dźwięk fortepianu i skrzypiec, który oznaczał kolację. Gdy wszedł do jadalni Lucy i Jennifer były już w połowie ,,Chandelier" australijskiej piosenkarki Sii. Kali jak zawsze siedziała na swoim miejscu przy stole i stamtąd nasłuchiwała przyjemnych dźwięków płynących spod palców jej zdolnych sióstr. Markus rozejrzał się po jadalni i stwierdził, że nie ma w niej żony. Troche zbyt mocno chwycił jedną ze służących za ramię i nakazał sprowadzić Elisabeth do jadalni w trybie natychmiastowym. Wystraszona pokojówka szybko pokiwała głową i czym prędzej opuściła pomieszczenie delikatnie masując obolałe miejsce, na którym spoczęła ręka Arystokraty i pana domu.
Elisabeth jak zwykle siedziała w bibliotece i czytała ,,Wichrowe wzgórza". Kochała tą książkę i nie przeszkadzało jej to, że czyta ją już czwarty raz z rzędu. Gdy usłyszała pukanie do drzwi podskoczyła w miejscu i przerwała czytanie, a do środka zawitała pokojówka.
W tym samym czasie dziewczynki skończyły grać ,,Chandelier". Zauważywszy, że nie ma jeszcze matki postanowiły zagrać poranne ,,Wake me up" Avicii'ego. Markus głodny i poirytowany usiadł na swoim stałym miejscu i zabójczym wzrokiem wpatrywał się w wejście do jadalni. A niech tylko Elisabeth wejdzie, a zrobi jej taka awanturę, że do końca życia nie spóźni się na kolację. Gdzie ta cholerna kobieta się włóczy. On tu próbuje ratować swoją posiadłość, nie ma prawie czasu na jedzenie, palenie, nawet picie, a ona bezczelnie się spóźnia! Jeżeli za chwilę się tu nie pojawi, to zaraz sam osobiście po nią pójdzie. Już go irytowała ta piosenka, więc ostrym tonem nakazał córkom zostawić te piekielne instrumenty i usiąść do stołu. Prawie na równi z dziewczynkami Elisabeth wkroczyła do jadalni w pośpiechu i już chciała usiąść, gdy Markus jej przeszkodził:
-Podejdź tu, Elisabeth!- Nakazał ostrym jak nóż tonem
-T-tak?- Zapytała podchodząc; wiedziała, że jej mąż nie jest w najlepszym humorze
-Która jest do cholery godzina?!- Wydarł się na nią, a ona spuściła nisko głowę- Gdzie ty w ogóle kobieto byłaś?! I co robiłaś?!- Darł się na nią, a ona stała przed nim jak pies z podkulonym ogonem; Kali była już gotowa do obrony matki, lecz Lucy ją powstrzymała- Ech, nie ważne. Siadaj, bo zdechne z głodu!- Warknął, a ona usiadła na swoim miejscu.
Kolacja odbywała się w zupełnej ciszy. Żaden brzdęk sztućców o talerz, ani odgłos nalewanych napoi jej nie przerwał.
Po ostatnim wspólnie spędzonym tego dnia posiłku Markus czmychnął i zamknął się w swym biurze sam na sam ze swoim najlepszym przyjacielem Jack'iem Daniels'em, Elisabeth nie chcąc się narazić mężowi poszła od razu do sypialni, a dziewczynki, wszystkie trzy, poszły do pokoju Lucy. Zawsze dam chodziły, gdy ich ojciec znęcał się nad matką. Tam mogły spokojnie dyskutować i narzekać na swego rodzica:
-Nie cierpie, gdy on to robi!- Oburzyła się Kali
-Ja też!- Obstawała murem za siostrą Jennifer
-Macie rację, mi też się to nie podoba, ale nie możemy nic z tym zrobić. Dobrze wiecie jakie jest prawo.- Zgadzała sie z nimi Lucy; pomimo ,,sztywnych" manier posiadała własne zdanie, którym niechętnie się dzieliła z innymi
-Prawo jest do dupy!- Odparowała Kali robiąc warkocz młodszej siostrze
-Ej, pilnuj języka.- Upomniała ją starsza siostra
-Daj spokój Lucy. Czemu ty cały czas tak bardzo trzymasz się zasad i etykiety?-Zapytała poirytowana lekko szarpiąc za włosy Jennifer
-Zostałam tak nauczona i wychowana. A poza tym, nie chcę się nikomu narażać...- Mruknęła posępnie; przypomniało jej się jak kiedyś broniła Kali przed ich ojcem, gdy dwulatka dorwała jego drogie cygara. Markus, który był pod wpływem alkoholu miał ochotę rozszarpać swoją córkę, lecz wtedy czteroletnia Lucy zaczęła bronić swojej młodszej siostry. Pamiętała kiedy Markus podniósł na nią rękę. Miała podbite oko, złamaną rękę i kilka siniaków. Już nigdy więcej nie dyskutowała z ojcem, ani nikogo nie broniła, bo wiedziała, że w każdej chwili może stać się ofiarą wyładowania negatywnych emocji.
Gdy Jennifer miała całą głowę w warkoczykach przyszła kolej na Lucy:
-Mogłabyś zrobić jeden duży?- Zapytała bezbarwnym tonem
-Jasne!- Odpowiedziała młodsza siostra pełna energii
-Kali...- Zaczęła Lucy, lecz w tym momencie Jennifer dorwała ,,Mechanicznego Anioła"-Ej, zostaw to!
-Co to jest?- Zapytała najmłodsza z sióstr z zaciekawieniem oglądając okładkę
-Książka.- Warknęła Lucy stojąc obok niej i wyrywając z jej rąk książkę
-Przecież wiem, że to książka!- Odparła Jennifer
-Nikt ci nie mówił, że nie bierze się czyichś rzeczy bez pytania?- Zaatakowała wnerwiona Lucy; nie cierpiała, gdy ktoś dotykał jej własności, a w szczególności książek
-Dobra, luz. Chciała ją tylko obejrzeć.- Próbowała załagodzić atmosferę Kali- Siadaj na łóżko, musze dokończyć tego twojego warkocza.
Po zrobieniu warkocza dla starszej siostry Kali poczuła się senna, więc razem z Jennifer koło dwudziestej drugiej opuściły pokój Lucy.
Piętnastolatka niechętnie rozwaliła warkocz autorstwa młodszej siostry i poszła się wykąpać. Leżała w wodzie przez co najmniej piętnaście minut. Czuła jak piana pieszczotliwie otacza jej stopy oraz okala twarz, kiedy leży. W końcu, gdy woda zaczęła robić się zimna, a piana znikać postanowiła spłukać jej resztki z głowy, po czym wyszła z wanny i opatuliła długim aż do ziemi białym ręcznikiem ze złotymi wzorami. Gdy już była w piżamie zaczęła suszyć włosy suszarką i je rozczesywać. Następnie nałożyła na twarz szybką maseczkę, którą po dziesięciu minutach zmyła i na jej miejscu wtarła krem nawilżający. Na koniec umyła zęby i tak oto nastała dwudziesta trzecia.
Z ociąganiem położyła się na swym łóżku i przemknęła oczy. Nie czuła się senna. Wręcz przeciwnie. Postanowiła, że przeczyta tylko dwa rozdziały ,,Mechanicznego Anioła" i dopiero wtedy pójdzie spać. Tak też zrobiła. Czytanie jednego rozdziału statystycznie zabierało jej około piętnastu minut, więc spać położyła się dopiero w pół do dwunastej. Kiedy już zasypiała rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Poderwała się z łóżka i pobiegła do drzwi, które prowadziły na korytarz, lecz w połowie drogi zatrzymała się. Lepiej zostać w łóżku. Gdyby chcieli mojego towarzystwa to by kogoś po mnie przysłali. Myślała wracając do wygrzanego łóżka. Nie minęło pięć minut, a do jej pokoju w pośpiechu wleciała matka:
-Lucy, wstawaj!- Wyszeptała ponaglającym tonem wyciągając z szafy najładniejszą sukienkę jaką Lucy posiadała.
-Co się stało?- Zapytała piętnastolatka zakładając beżową sukienkę z czarnymi zakładkami oraz kołnierzem  i czarne baleriny. W tym samym czasie Elisabeth w pośpiechu rozczesywała jej brązowe włosy.
- Przyjechali Clockwork'owie.- Oznajmiła z napięciem w głosie- Chcą się z tobą zobaczyć...

sobota, 9 lipca 2016

Rozdział 3 Pierwszy kandydat

Gdy Lucy kończyła już zbierać biały puch z podłogi rozległo się pukanie do jej drzwi:
-Proszę.- Powiedziała spokojnym głosem nie przerywając czynności
-Lucy, co tutaj się stało?- To była jej matka, która na widok podłogi usłanej pierzem mało nie zemdlała
-Nic, to nieistotne.- Zbyła ją córka
-Aż tak się denerwujesz?- Zapytała Elisabeth po cichu podchodząc do niej- Nie martw się kochanie. Wszystko będzie dobrze.- Usiadła obok niej, obejmując ją matczynym ramieniem- Kiedy ja brałam ślub twojego ojca znałam zaledwie kilka godzin. Moi rodzice bardzo potrzebowali pieniędzy, gdyż nastały ciężkie czasy i akurat znalazł się pewien dwudziestoletni Arystokrata, który chciał pojąć za żonę czternastolatkę z Gołoty.- Uśmiechnęła się pod nosem na samo wspomnienie- Twój tata przyjechał pod mój dom czarnym mercedesem z kwiatami i obrączką. Zaledwie zdążyłam otworzyć drzwi, a on ukląkł przede mną i zapytał czy zostanę jego żoną. Cała poczerwieniałam i nie wiedziałam co zrobić, on natomiast wstał, wręczył mi kwiaty, założył pierścionek na palec i wtedy poczułam od niego zapach alkoholu. Lekko go odepchnęłam, ale on tylko mnie do siebie przyciągnął i pocałował w usta. Miałam ochotę zwymiotować, ale to tak nie wypadało, w dodatku przy narzeczonym. Gdy moi rodzice dowiedzieli się, że moim mężem będzie Markus Friday mało nie zerwali zaręczyn. Uważali, że to nie jest odpowiedni mężczyzna dla mnie, że jest nałogowcem, kobieciarzem oraz, że jest za stary, lecz Markus był uparty. Nawet następnego dnia, gdy przyjechał do mnie i był trzeźwy oznajmił, że weźmie mnie za żonę choćby nie wiem co oraz, że chyba pierwszy raz w życiu ma szczęście. Wtedy chyba była na prawde we mnie zakochany, ale ja byłam tylko małą dziewczynką, której chłopcy nie zaprzątali głowę, tylko książki.- Rozmarzyła się i nawet nie zauważyła, kiedy Lucy zebrała cały puch w podłogi i teraz próbował go upchnąć z powrotem do poduszek
-Nie zazdroszczę ci.- Odezwała się jej córka po dłuższej ciszy , która oznaczała koniec historii- Wiem, co czułaś.
-A ja wiem, co ty czujesz teraz i mam zamiar przez ten cały czas wspierać cię.- Posłała jej pogodny uśmiech, na który Lucy odpowiedziała jej tym samym; cieszyła się, że nie będzie w tym wszystkim sama...

Późnym popołudniem w rezydencji pojawił się pierwszy kandydat na narzeczonego Lucy. Okazał się nim pan Hodgeville. Jest to czterdziestoletni mężczyzna o twarzy wąskiej i wyłupiastych oczach. Marnej budowie ciała, czarnych jak sadza wąsach oraz rzadkich włosach. Na ogół przypominał Gomeza z ,,Rodziny Adamsów", prócz ubrania. Ubrany był w garnitur koloru limonki oraz pomarańczowe buty. W prawej ręce dzierżył ozdobną laskę, którą się podpierał, gdyż uszkodził sobie prawe kolano. Na każdym palcu posiadał co najmniej jeden pierścionek, a szyję zdobiły liczne złote łańcuchy.
Lucy w tym samym czasie, gdy przybył gość siedziała w ogrodzie na jednej z ławek i czytała ,,Mechanicznego Anioła" Cassandry Clare. Uwielbiała zapach natury połączony z zapachem starych stronic książek. Jej błogie chwile z lekturą przerwała jedna z pokojówek, która miał przyprowadzić dziewczynę do jadalni. W środku zastała opisanego wcześniej mężczyznę oraz swoich rodziców: ojca z wyrazem triumfu na twarzy oraz matkę z zupełnie inną miną, która sugerowała niepokój:
-No, Lucy, przywitaj się z panem Hodgeville'em.- Nakazał chłodnym tonem Markus, który tylko czekał, aż mężczyzna powie, iż chce ją poślubić
-Dzień dobry.- Lucy delikatnie uniosła skraje sukienki i dygnęła przed siedzącą przed nią modową katastrofą
-Witaj moje dziecko.- Odpowiedział na powitanie Hodgeville przeczesując swoje czarne włosy, z których niewiele co zostało- Proszę, usiądź i porozmawiajmy.- Zaproponował, a dziewczyna posłusznie z kamienną twarzą wykonała polecenie- Powiedz mi...- Nie mógł przypomnieć jej imienia
-Lucy.- Podpowiedział Markus
-Tak, dziękuję. Powiedz mi Lucy, co lubisz robić, jak spędzasz swój wolny czas?- Zapytał powolnym głosem
-Lubię czytać książki, Sir.- Odpowiedziała zgodnie z prawdą starając się wytrzymać jego wzrok na sobie
-Książki powiadasz?- Zainteresował się mężczyzna- A co konkretnie?- Po zadaniu tego pytania zapadła chwila ciszy, którą przerwała jej matka
-Bardzo lubi czytać literaturę z epoki romantyzmu.- Odpowiedziała za córkę Elisabeth nerwowo zaciskając palce na materiale swojej beżowej spódnicy
-Nikt cię o nic nie pytał.- Zbeształ ją mąż ostrym tonem
-Mhm.- Hodgeville przegryzł dolną wargę, po czym podpierając się laską wstał od stołu- Podejdź do mnie moja droga.- Przywołał do siebie Lucy, a gdy się znalazła obok niego wolną ręką chwycił delikatnie jej ramię i poprowadził do lustra, aby zobaczyć, jak taka młoda dziewczyna prezentowałaby się przy nim. Cóż... Wyglądali jak ojciec, który ma kryzys wieku średniego oraz jego córka w żałobie z kredowo bladą twarzą- Hmm, interesujące.- Mruknął po nosem, po czym podszedł do Markusa i coś do niego szepnął. Obaj mężczyźni opuścili jadalnię i w tym samym momencie Elisabeth podbiegła do swojej córki i ją uścisnęła mając łzy w oczach.
Po godzinnej rozmowie Hodgeville w końcu opuścił rezydencję Markusa z przekonaniem iż ta mała panna jest zbyt młoda dla niego i to zaszkodziłoby jego reputacji.
Biedna Elisabeth musiała znosić popsuty humor męża, pocieszając go, że zostali jeszcze czterej kandydaci...

środa, 6 lipca 2016

Rozdział 2 Latające pióra

Po wypaleniu papierosa Markus postanowił wrócić do jadalni i poinformować rodzinę o swoich zamiarach. Oczywiście, zanim przekroczył próg jadalni spryskał się swoimi perfumami, aby zamaskować zapach papierosów, gdyż wiedział, że żona go nie lubi. To była jedyna rzecz jaką robił dla Elisabeth. Mógł romansować z innymi kobietami, pić wódkę strumieniami, ale zapach papierosów był dla jego żony wręcz nie do zniesienia, więc postanowił, że będzie go sprytnie maskował. Gdy wreszcie pojawił się w jadalni zapadła cisza. Nikt nie ważył się przełknąć swojego posiłku, aby nie przeszkodzić ojcu w mówieniu:
-Moje drogie panie.- Zaczął Markus pochylając się z szelmowskim uśmiechem- Właśnie doszedłem do wniosku, iż nasza najstarsza córka jest już gotowa na małżeństwo.-Oznajmił. Lucy gwałtownie pobladła, a jej serce zaczęło walić młotem. Elisabeth wydała z siebie odgłos zdziwienia i przerażenia, który stłumiła zasłaniając usta rękami. Jennifer i Kali popatrzyły tylko na siebie z ekscytacją, a później swoje spojrzenia skierowały na najstarszą siostrę. Lucy przełknęła głośno ślinę i powoli kiwnęła głową na znak, iż słowa ojca dotarły do niej, to samo z pustym wzrokiem uczyniła matka, która była bliska załamania. Markus widocznie dumny z siebie nakazał młodszym córkom opuścić jadalnie, po czym zasiadł na swym miejscu, aby omówić swój pomysł:
-Posłuchaj Lucy.- Zaczął- Małżeństwo w twoim wieku jest zupełnie normalne.- Wyjaśniał swojej córce widząc, jak jest chorobliwie blada- Spójrz na swoją matkę. Ona wzięła ślub w wieku czternastu lat. To nic złego. Jesteś wręcz w idealnym wieku.- Argumentował- Jeszcze dziś wyślę propozycję zaślubin do kilku rodzin. Elisabeth, ty mi w tym pomożesz.- Zwrócił się do żony i oboje wyszli z jadalni zostawiając Lucy samą z jej myślami. Nastolatka powoli wstała od stołu i ruszyła w kierunku swego pokoju, w którym się po chwili zamknęła. Siedziała na łóżku i rozmyślała o najrozmaitszych rzeczach. Kto będzie chciał ją poślubić? Czy polubi swojego narzeczonego, a co dopiero go pokocha?! Jaki będzie miał głos, jak będzie wyglądał...? Czy będzie taki jak tata, czy jeszcze gorszy? Te wszystkie myśli dręczyły dziewczynę, dopóki do pokoju nie weszła Kali:
-Hej, jak tam?- Zapytała pogodnie- Pewnie się cieszysz. Też bym się cieszyła.- Położyła się na jej łóżku marząc kiedy przyjdzie jej kolej na ślub.
-Wiesz, jakoś nie uśmiecha mi się jeszcze małżeństwo.- Odpowiedziała jej po kilku chwilach ciszy starsza siostra
-Niby dlaczego?- Podniosła się gwałtownie do pozycji siedzącej- Przecież cudownie byłoby mieć chłopaka w tym wieku, a co dopiero męża! To jest sto procent gwarancji, że nie zostaniesz starą panną do końca życia...- Pod pewnymi względami przypominała ojca
-Starą panną zaraz ty zostaniesz jeżeli nie zmienisz swojego podejścia.- Powiedziała ostro Lucy
-Ej! Mama mówi, że każdy ma prawo do własnych poglądów!- Zaprotestowała
-Ale nie do wyrażania ich na głos, gdyż można kogoś urazić albo się komuś narazić.- Dokończyła piętnastolatka, a jej młodsza siostra pokazała jej język- Damie to nie przystoi.- Upomniała ją
-Spadaj. Nikt nie będzie cie chciał!- Prawie krzyknęła- Zachowujesz się jak sztywna stara baba!
-Zmień ton albo stąd wyjdziesz.- Ostrzegła ją Lucy
-Hmph.- Parsknęła Kali krzyżując ręce na piersi- W każdym razie, ja bym była wdzięczna.
-Ty. A ja nie jestem tobą.- Rzuciła oschle siostra i w tym momencie do pokoju wskoczyła Jennifer
-Lucy!- Rzuciła się najstarszej siostrze na szyję- Będziesz śliczną panną młodą!- Stwierdziła patrząc na nią
-Ale okropną żoną.- Wypaliła Kali chichrając się i oberwała poduszką w głowę- Ej!
-Bitwa na poduszki!- Krzyknęła Jennifer łapiąc za jedną z poduszek i atakując nią po kolei swoje starsze siostry. Lucy siedziała sztywno nadal rozmyślając nad swoją bliską przyszłością, podczas gdy jej siostry waliły w siebie i w nią poduszkami. W jednej chwili posypał się pierz, a Lucy wróciła myślami do swojego pokoju, gdzie panował chaos i latające gęsie pióra:
-Proszę, wyjdźcie z mojego pokoju.- Nakazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a siostry widząc jej złowrogo błyszczące oczy rzuciły trzymane w rękach poduszki na ziemię i rozbiegły się do swoich pokoi. Lucy z westchnięciem wstała z łóżka i chwyciła telefon. Powoli znalazła numer telefonu pokojówek, po czym napisała wiadomość, której nie wysłała. Stała po środku białej od piór podłogi i z pustym wzrokiem wpatrywała się w nienadające się już do użycia poduszki. Powoli uklękła i zaczęła podnosić z ziemi pióra, jedno po drugim. Robiła to w ciszy, sam na sam ze swoimi myślami.

W międzyczasie Markus razem ze swoją żoną siedzieli w jego prywatnym gabinecie, który przypominał biuro myśliwego. Ściany oraz podłogę zdobiły liczne skóry oraz wypchane zwierzęta z tępo patrzącymi sztucznymi oczami. Całe biuro było skąpane w kolorze brązowym oraz beżowym. Wszystkie meble były pokryte ciemno brązową farbą i połyskiwały w porannym słońcu.
Razem z pomocą żony pisał maile do kawalerów stanu magnackiego:
-Myślisz, że Hodgeville będzie wystarczająco dobrym kandydatem na męża?- Zapytał Elisabeth, która zajmowała się pisaniem i wysyłaniem wiadomości; tak naprawdę nie musiał jej się pytać, bo i tak postawiłby na swoim, ale zrobił to ze zwykłego przyzwyczajenia
-Wydaje mi się, że pan Hodgeville jest, jakby to powiedzieć, dosyć dojrzałym mężczyzną jak dla piętnastolatki.- Odezwała się spokojnie jego żona
-E tam. Przynajmniej ma doświadczenie.- Odrzekł Markus i nakazał wysłać do niego maila.
-Do kogoś jeszcze?- Zapytała Elisabeth, która wolała usłyszeć odpowiedź przeczącą
-Hmmm. A do kogo już wysłaliśmy?
-Do Sir McJullien'a, Donuccio, Clockwork'ów, Argentess'ów i teraz do Hodgevill'a.- Podczas, gdy wymieniała nazwiska, Markus liczył ich ilość na swoich smukłych palcach
-Do pięciu.-Oznajmił- Chyba powinno wystarczyć. A dopisałaś, aby odpowiedź dać do jutra?
-Mhm.- Przytaknęła posłusznie żona wstając z fotela
-Dobrze, możesz iść.- Odprawił ją mąż, a gdy już opuściła jego pokój wyją z kieszeni papierosa i go zapalił, czekając z chytrym uśmieszkiem na pierwszego zainteresowanego...

sobota, 2 lipca 2016

Rozdział 1 Brzdęk klawiszy i zbawczy plan.

Sobotni poranek wydawał się dla Lucy zbyt cichy. Może dlatego, że obudziła się o szóstej nad ranem i już drugą godzinę leżała w ciepłym łóżku nasłuchując przeróżnych odgłosów. Słyszała jak kucharki krzątają się po kuchni w celu przygotowania śniadania, śpiew ptaków za oknem, a nawet chrapanie taty oddalonego od niej o dwa pokoje.
Gdy dochodziła już ósma postanowiła wstać. Powoli wyprostowała się do pozycji siedzącej ziewając, po czym szybkim ruchem przeniosła nogi na skraj swego łóżka i wsadziła stopy w puchate szare kapcie. Wstała z łóżka i leniwym krokiem poczłapała do łazienki skąpanej w bieli i złocie, gdyż takie właśnie kolory uwielbiał jej ojciec. Odkręciła złotym kurkiem ciepłą wodę, którą następnie przemyła sobie twarz, aby się odświeżyć. Szybko sięgnęła po śnieżnobiały ręcznik i wytarła twarz. Spojrzała na swe odbicie w lustrze. Jej brązowe włosy wyglądały jak po ataku nietoperzy, a szare oczy spoglądały na nią monotonnym wzrokiem z odbicia. Wzięła swój złoty grzebień do ręki i zaczęła rozczesywać kołtuny, co trwało nie więcej jak trzy minuty. Następnie splotła je w warkocz. Po stwierdzeniu, że nie wygląda aż tak tragicznie, wysmarowała twarz drogim krem nawilżającym, po czym opuściła łazienkę i stanęła przed ogromną szafą. Otworzyła jej wrota i jak to każda nastolatka zaczęła przeżywać dylemat co powinna dzisiaj założyć. Chciała jak zwykle wyglądać schludnie, aczkolwiek czuć się komfortowo i swobodnie. Wybór padł na zwiewną czarną sukienkę bez rękawów w małe białe kropki z krótszym przodem i odrobinę dłuższym tyłem. Stwierdziła, że jej szare kapcie nie pasują do jej dzisiejszej stylizacji, więc włożyła czarne baleriny i ruszyła do jadalni. Nie ścieliła łóżka, ani nie składała piżamy, gdyż wiedziała, że pokojówki w czasie trwania ich rodzinnego śniadania będą chodziły po pokojach i je ogarniały.
Szła ogromnym korytarzem, którego ściany zdobiły liczne obrazy jej potomków ze strony ojca oraz najróżniejsze pejzaże. Najbardziej podobał jej się jeden, który był ostatnim obrazem przed jadalnią. Przedstawiał on kilka żaglówek przy brzegu, których odbicie pięknie rozmywa się w wodzie. Autorem obrazu jest Claude Monet, a jego dzieło nosi tytuł ,,Regaty w Argenteuil".
Gdy go minęła z gracją weszła do pomieszczenia, na którego środku znajdował się średnich rozmiarów prostokątny stół, a nad nim swobodnie wisiał kryształowy żyrandol. Oczywiście stół był już przygotowany, lecz ona nie po to tu przyszła. Jadalnia była jej drugim ulubionym pomieszczeniem w tym domu, zaraz po jej pokoju. Dlaczego? Gdyż właśnie w tym pomieszczeniu znajdował się czarny niczym smoła fortepian, na którym grała odkąd skończyła cztery latka. Usiadła z gracją na specjalnym stołku, po czym jej palce samowolnie zaczęły przesuwać się po klawiszach i grać ,,Let her go", a ona po cichu podśpiewywała tekst, aby się nie zgubić w tej plątaninie dźwięków. Oczywiście jak zwykle wokół niej zebrało się kilka pokojówek, które wręcz kochały, gdy Lucy zasiadała rano do fortepianu i grała coś. Często podczas jej koncertów przynosiły dla niej szklankę wody lub też ciasteczka albo świeżo upieczone rogaliki z czekoladą.
Gdy już skończyła grać, zrobiła sobie krótką przerwę na ciasteczka z mlekiem i znów zaczęła delikatnie muskać palcami klawiaturę fortepianu. Teraz spod jej palców wychodziło ,,Wake me up", które stało się oficjalną pobudką dla reszty śpiących domowników. Pokojówki zawsze, gdy słyszały pierwsze dźwięki owej piosenki rozchodziły się i otwierały drzwi do pokoi, aby każdy usłyszał przepiękną muzykę, jaką grała i śpiewała młoda piętnastolatka.
Gdy była już w połowie piosenki, do pokoju wbiegła niepoczesana i w piżamie jej najmłodsza siostra Jennifer. Szybkim ruchem chwyciła swoje skrzypce i dołączyła się do starszej siostry również śpiewając. Obie śpiewały i grały, każda na swoim instrumencie. Kiedy piosenka się skończyła, uścisnęły się na powitanie i Lucy zadecydowała, iż teraz zagrają ,,Impossible". Dziesięciolatka chętnie się zgodziła, a jej starsza siostra zaczęła pierwsza grać i śpiewać. Po odliczeniu dwudziestu sekund dołączyła się Jennifer ze swoimi skrzypcami oraz głosem i powstała najpiękniejsza wersja tej piosenki, jaka kiedykolwiek mogła zaistnieć. Wkrótce do pokoju weszła Kali ubrana w biały top, czarne spodenki i jaskraworóżowe trampki do kostek. Jej głowę zdobił niechlujny, robiony naprędce kok. Ospale przecierała oczy siadając do stołu. Zaraz po niej do jadalni wkroczyła mama dziewczynek, która z pogodnym uśmiechem wpatrywała się w grające i śpiewające córki. Gdy te już skończyły grać, każda z nich przytuliła się do matki, po czym przedstawicielki płci pięknej zasiadły do stołu. Wszystkie czekały na Markusa, który po wczorajszej nocy miał porażającego kaca i świadomość, że stało się coś złego. Do stołu dotarł dopiero piętnaście minut od zakończenia porannego koncertu córek. Powoli usiadł na swoim miejscu i jak najlepiej mógł udawał przed rodziną, że czuje się wyśmienicie oraz, że wczoraj nie tknął ani jednego kieliszka wódki, chociaż wypił ich ponad dziesięć. Śniadanie przeważnie odbywało się w ciszy przerywanej brzdękaniem sztućców o talerz oraz dźwiękiem nalewanych do szklanek napoi. Markus był tak skacowany, że nawet nie miał siły skarcić najmłodszej córki, za brak stosownego ubioru oraz Kali za jej jak zwykle wyzywające ubrania i niechlujnie zrobiony kok. Po prostu jak maszyna wsadzał do ust kawałki naleśnika popijając je świeżo zrobioną kawą. Zastanawiał się co tak dokładnie zaszło wczorajszego wieczoru. Pamiętał, że był na imprezie u swego starego przyjaciela- hazardzisty i zorganizowali tam grę w pokera najpierw na ilość wypitej wódki, a następnie na majątki i oczywiście Markus przegrał wszystko. Gdy ta myśl wreszcie do niego dotarła, po plechach poraził go prąd elektryczny i poderwał się na równe nogi:
-Coś się stało, Kochanie?- Zapytała troskliwie żona
-Wszystko w porządku, jedzcie dalej, nie przejmujcie się mną.- Opuścił szybko jadalnię z żołądkiem podchodzącym mu do gardła. Co on najlepszego zrobił?! Musiał się upewnić, więc w tym celu zadzwonił do kolegi, który z nim był podczas trwania rozgrywki. Znajomy oznajmił, że Markus ma rację oraz tydzień na wyprowadzkę ze swojej posesji, chyba, że zapłaci sporą sumę pieniędzy, której nie zdążył zapamiętać, gdyż zrobiło mu się ciemno przed oczami i mało nie upuścił telefonu. Podziękował koledze za informacje, po czym się rozłączył i usiadł pod ścianą chowając twarz w dłoniach. Co robić, co robić?! Myślał gorączkowo mało nie wyrywając sobie włosów. Siedział i myślał, aż w końcu wpadł na świetny pomysł, który pozwoliłby mu uratować swój dom, dwie fabryki papierosów oraz nawet trochę zarobić. Uśmiechnął się chytrze pod nosem, po czym wstał i skierował swe kroki na taras, gdzie wyjął z kieszeni marynarki papierosa i go zapalił. Był zadowolony, że wymyślił tak świetny plan. Teraz wystarczy wprowadzić go w życie...