Gdy doszli do wielkiego holu i końca czerwonego dywanu zauważyli na środku wysokiego rozczochranego szatyna w okularach, ubranego w czerwoną koszulkę z napisem ,,Keep calm and carry on" i stare wytarte jeansy. Na nogach oczywiście czarne Converse All Star do kostek z rozwiązanymi sznurówkami:
-Cześć Adam.- Przywitał się, gdy tylko ich zobaczył- I witaj Loren.
-Lucy.-Poprawił go Adam z lekką irytacją w głosie.- Ma na imię Lucy. I cześć.- Podał mu dłoń na przywitanie
-Dzień dobry.- Przywitała się pokornie dziewczyna nie wiedząc co ma robić, lecz Albert po uściśnięciu dłoni Adama podszedł do Lucy i pocałował ją w wierzch dłoni, aż się zarumieniła. Spojrzała na Adama i zdążyła wyłapać błysk zazdrości w jego oczach, który szybko zniknął.
-Jak się masz? Myślałem, że będziesz zaliczał zgona.- Zaśmiał się blondyn obejmując Lucy, jakby chcąc pokazać, że ona należy tylko i wyłącznie do niego i nikt nie ma prawa jej obejmować poza nim
-Też tak myślałem. Ale jakoś udało mi się wstać i dojść tutaj.- Również się zaśmiał. Teraz już wiem dlaczego jest taki rozczochrany, przeleciało Lucy przez głowę
-Może chcesz się napić wody czy coś?- Zaproponował Adam- Pamiętasz, że mój dom twoim domem?
-Oczywiście, że pamiętam.- Rzekł z dumą w głosie szatyn- I na razie podziękuję, jak będę przysypiał możecie oblać mnie wodą.
-Dobra, masz to jak w banku.-Uśmiechnął się pogodnie Adam; Lucy stała przytulona do swego męża i słuchała o czym rozmawiają. W końcu chłopak się domyślił, że jego żona czuje się troche nieswojo, więc zaproponował jej coś- Hej, Lucy. Może zagrasz coś dla Alberta?
-O-oczywiście.- Zgodziła się z lekkim zdziwieniem, po czym wszyscy troje przeszli do pokoju muzycznego. Lucy usadowiła się na stołeczku i zaczęła zastanawiać się co mogłaby zagrać. Na pomoc ruszył jej Adam, który wyszeptał: ,,Every time we touch". Znała tylko jedną wersję tej piosenki- tą szybszą i tylko tą potrafiła zagrać i zaśpiewać. Tak więc zabrała się za granie i śpiewanie. Dawno nie grała tej piosenki, lecz to nie był problem, aby nie mieć radości z jej wykonywania. Lubiła tą piosenkę za wspaniały tekst oraz piękne brzmienie. Była tak pochłonięta i skupiona graniem, że nie zauważyła kiedy usiadł obok niej Adam i wpatrywał się w jej palce, które sunęły po klawiszach nie myląc ani jednej nutki. Podziwiał ją za to, zawsze. W ogóle podziwiał osoby, które na czymś potrafiły grać. Podobne zdanie chyba miał też Albert, który wpatrywał sie i wsłuchiwał w Lucy z aprobatą i szacunkiem. Kiedy w końcu skończyła usłyszała gromkie brawa, nie tylko od chłopców, ale od służących, którzy okupowali drzwi:
-To było niesamowite!- Powiedział z zachwytem Albert poprawiając swoje okulary, które z wrażenia aż zsunęły mu się z nosa
-Dziękuję.- Lucy lekko dygnęła i uśmiechnęła się do przyjaciela swojego męża
-Pięknie zagrałaś.- Pochwalił ją mąż całując w głowę i obejmując; jedno musiała przyznać: dzisiaj Adam strasznie się do niej kleił, ale w sumie zbyt specjalnie jej to nie przeszkadzało.- To co? Może coś obejrzymy?- Zaproponował blondyn, na co wszyscy się zgodzili.
Przeszli do pokoju, w którym znajdował się ogromny na całą ścianę telewizor, kilka długich i miękkich czarnych kanap oraz wysokie kolumny głośników. Za kanapami pod ścianą równoległą do telewizora stał niewielkich rozmiarów stolik i mały przenośny laptop:
-Siadajcie, zaraz sprawdzę co tym razem przysłali mojemu ojcu.- Odezwał się Adam uruchamiając laptop.
-Jutro do kin ma wejść jakiś film romantyczy.- Poinformował go Albert
-Chcesz go obejrzeć już dziś?- Zaproponował blondyn uśmiechając się i włączając film, o którym rozmawiali- Miłego seansu.- Rzekł, po czym dosiadł się do Lucy.
Dziewczyna siedziała wyraźnie spięta. Po swojej prawej miała Alberta, który siedział na drugiej kanapie, lecz dostatecznie blisko niej, a po lewej siedział Adam na tej samej kanapie co ona:
-Adam...- Szepnęła do niego Lucy
-Hm?
-Skąd masz przedpremierowe filmy?- Zapytała tak cicho, że aż ledwo sama siebie usłyszała, lecz on cudem dosłyszał to co ona powiedziała
-Mój ojciec ma znajomego w branży kinowej, więc wysyła mu przedpremierowo filmy.- Pomimo iż były ciemno poczuła, że Adam się do niej uśmiecha.
Na początku filmu było widać ładnie zadbaną kuchnię oraz gotującą dziewczynę stojącą tyłem w jeansach i jaskrawo różowym topie. Nuciła pod nosem pewną piosenkę, której Lucy nigdy wcześniej nie słyszała. Teraz zbliżenie na jej smukłe palce gniotące ciasto. Widać było, że dziewczyna jest z Robotników. Włosy w nieładzie, brudne jeansy, porwane i schodzone trampki. Aż przykro było na nią patrzeć. Zbliżenie na jej twarz. Wyglądała na mniej więcej osiemnaście lat. Miała podbite oko i przeciętą wargę. Ślady pobicia były charakterystyczną cechą Robotników. Oni bili się na okrągło. U nich nie obowiązywała żadna etykieta i dobre maniery, a przynajmniej tak wmawiano Lucy. Nagle słychać trzaśnięcie drzwi i do pomieszczenia wchodzi młody mężczyzna cały umorusany na czarno. Jedynie okolice oczu są w miarę jasne. Zapewne jest czyścicielem kominów. Zmęczony pada na pobliskie krzesło i pyta co na obiad...
Ogółem film nie był zbyt interesujący dla Lucy. Zwykła opowieść o dziewczynie, która był ofiarą przemocy domowej oraz, która uciekła z domu, bo miała dość swojego męża tyrana. Błądziła przez kilka dni po lesie, aż znalazł ją Magnat imieniem Henry, który przygarnął ją do siebie najpierw jako służącą, a później się w niej zakochał i się ożenili. Koniec filmu. Jak dla niej fabuła zbyt łatwa do przewidzenia. Praktycznie nie było w tym filmie nic co mogłoby ją zaskoczyć.
Po chwili Adam uruchomił drugi film. Ten był o wiele ciekawszy. Opowiadał historię ludzi, którzy musieli ukrywać się w podziemiach, i byli podzieleni na strefy względem umiejętności. Na powierzchni grasowały liczne stwory oraz dzicy ludzie, którzy byli poważnym zagrożeniem dla ludzi żyjących pod ziemną. Fabuła głównie toczyła się wokół dziewczyny imieniem Aria. Cała historia zaczyna się od dnia wyboru, gdzie podziemni ludzi dobierają się w Pary, aby przeżyć. Jak się okazuje jej Partnerem zostaje syn Wielkiego Wodza- Dexter, który skradł serce Lucy. Głównie cała akcja polega na znalezieniu Wszechmocnego Kryształu, który jest legendą i jedyną nadzieję na uratowanie rodu Monliprose... (Link do tej historii ;))
Tak. Ten film był zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Fabuła była o wiele lepsza, bohaterowie bardziej barwni, akcja żywsza. Gdyby mogła obejrzałaby ten film jeszcze raz.
Po tych dwóch seansach wyszli z sali kinowej i ruszyli do jadalni na posiłek. Obejrzenie tych dwóch filmów zajęło im około trzy godziny jak nie więcej. Kiedy za siedli do stołu przyniesiono posiłek, który przyprawił Lucy o ciarki na plecach...
środa, 31 sierpnia 2016
sobota, 27 sierpnia 2016
Rozdział 17 Mąż idealny
Gdy weszła do wnętrza pokoju Adam dalej spał rozwalony na łóżku. Leżał w pozycji ,,na gwiazdę" przez co zajmował całe łóżko. Lucy delikatnie usiadła na brzegu i pieszczotliwie przejechała opuszkami palców po jego ramieniu. Blondyn podniósł powoli głowę i patrząc na nią przymrużonymi oczami zapytał:
-To ty Lucy czy umarłem?
-To ja i żyjesz.- Odparła ze zdziwieniem patrząc na niego
-Żyję? Uf, już myślałem, że jestem w niebie, i że widzę anioły nade mną.- Przetarł oczy dłonią i podniósł się do pozycji siedzącej- I nic dziwnego, bo wyglądasz jak anioł.- Uśmiechnął się lekko i delikatnie pocałował ją w czoło.
-Jak się czujesz?
-Może być. Dzisiaj przyjdzie do nas Albert.- Powiedział. Aha, czyli tak ma na imię jego przyjaciel, pomyślała w tej samej chwili Lucy
-Albert to twój przyjaciel?- Zapytała w celu upewnienia się
-Tak, ten, który chciał się o ciebie bić.- Zaśmiał się na to wspomnienie Adam
-Szkoda, że tego nie pamiętam.- Westchnęła dziewczyna, chociaż z drugiej strony to się nawet cieszyła
-Ja pamiętam tylko urywki, ale równie niewiele co ty.- Pocieszył ją i objął ramieniem- Która godzina?- Zapytał, a ona spojrzała na najbliższy zegar
-Jest za pięć dziesiąta.
-Tak późno?- Zerwał się z łóżka i popędził do łazienki. Po chwili wypadł z niej uczesany z żywym wyrazem twarzy i otworzył drzwi szafy. Przez chwilę stał i wpatrywał się w jej wnętrze zastanawiając się co założy. Nagle poczuł, jak czyjeś ciepłe ręce oplatają go od tyłu. Czuł jej bijące serce oraz ciepły oddech na swoich nagich plecach. Z wdzięcznością się uśmiechnął i zapytał:
-Doradzisz mi w co mam się ubrać?
-Mhm.- Puściła go i stanęła obok niego. Tak, stanowczo był za wysoki. Ona ledwo 165 cm, a on niecałe 190 cm... Przewyższał ją o dwie głowy. Spojrzała we wnętrze jego szafy, w której panował istny chaos. Musiała wytężyć wzrok, aby odróżnić spodnie od bluzy. W końcu pokazała mu białą bluzkę i czarne jeansy. Aż dziwiła się ile par ich miał. Na pewno więcej niż ona książek...
W każdym razie posłusznie założył to co mu wyznaczyła i był gotowy do wyjścia:
-A buty?- Zapytała Lucy, a on sięgną ręką pod łóżko i wyciągnął spod niego identyczne trampki jak jej, lecz o kilka rozmiarów większe.- Ok, nie było pytania.
-Chodźmy Lucy. Zjemy razem śniadanie.- Powiedział ujmując jej dłoń w swoją i splatając jej palce z jego. Posłał jej ciepły uśmiech, na co ona odpowiedziała tym samym i opuścili jego pokój.
Jedno musiała przyznać: Adam był na prawdę czarujący. Lubiła jego towarzystwo oraz to jak o nią dbał. Zawsze pogodny i radosny z optymistycznym nastawieniem do życia.
Gdy znaleźli się w jadalni kulturalnie zasunął za nią krzesło i sam usiadł na swoje miejsce, po czym życzył jej smacznego i zabrał się za jedzenie gofrów. Lucy popatrzyła badawczo to na gofra to na Adama. Odczekała chwilę i stwierdziła, że owe gofry nie są trujące. Wzięła pierwszy kęs, drugi. I tak raz za razem aż w końcu się najadła. Poczekała chwilę na Adama, po czym razem opuścili jadalnię:
-To co robimy?- Zapytał obejmując ją, a za razem idąc korytarzem
-Nie wiem, a co ty chciałbyś robić? Wiesz, że lubię muzykę i książki, ale ja nie wiem co ty lubisz.- Wytłumaczyła
-Co ja lubię?- Zadał pytanie retoryczne udając zamyślonego- Lubię spędzać z tobą czas, nieważne jak.- Uśmiechnął się pokazując białe i proste zęby
-A jak mnie nie było? Znaczy, zanim mnie poznałeś, co lubiłeś robić?
-Hmm. Cóż. Chodziłem po ogrodzie. Na zmianę spotykaliśmy się z Albertem. Raz u niego, raz u mnie. Czasami wychodziliśmy na miasto. Oglądałem filmy, grałem w gry, naprawiałem zegarki...
-Naprawiałeś zegarki?- Przerwała mu Lucy, co było dosyć nieeleganckie i dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę
-Mhm. Nadal je naprawiam.- Uśmiechnął się jeszcze szerzej jakby to zajęcie sprawiało mu przyjemność
-Em. Kontynuuj. Przepraszam, że ci wtedy przerwałam.- Spuściła głowę w geście, że jest jej przykro; Adam zatrzymał się i popatrzył na nią zmartwiony
-Coś się stało? Wszystko w porządku? Czemu jesteś smutna?- Pochylił się lekko nad nią i odgarnął jej włosy, które częściowo zakryły twarz- Lucy...
-Jest mi po prostu przykro, że ci wtedy przerwałam. Nie powinnam...- Zakrył jej swoją dłonią usta i delikatnie podniósł jej podbródek, aby spojrzała mu w oczy
-Pomimo dużych postępów nadal jesteś trochę sztywna.- Posłał jej lekki uśmiech- Nie martw się, u nas obowiązują inne zasady niż w twoim byłym domu. Widzę, że twój ojciec naciskał na szacunek do mężczyzn, nie? Nie martw się, nie gniewam się ani nie czuję się urażony dlatego, że mi przerwałaś.- Pogłaskał jej policzek wolną ręką- I nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy, pamiętaj. Możesz ze mną rozmawiać jak równym sobie, tak jak rozmawiałabyś z siostrą.- W tej chwili przypomniały jej się noce, kiedy wszystkie trzy spotykały się w jej pokoju i narzekały na wszystko. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić siebie i Adama jak narzekają na jej ojca. Ta myśl była nawet komiczna, więc lekko się uśmiechnęła. W końcu chłopak zdjął swoją dłoń z jej ust, lecz nie na długo, gdyż zaraz ją pocałował. Czuła na swych wargach smak gofrów, bitej śmietany i truskawek. Był to chyba najsłodszy i najodpowiedniejszy pocałunek jaki kiedykolwiek przeżyła. Nawet nie zauważyła kiedy ich usta rozłączyły się, a ciała przylgnęły do siebie w silnym uścisku niczym dwa magnesy. Czuła bijące od niego ciepło, zapach jego drogich perfum użytych z umiarem, nie z przesadą jak u jej ojca oraz spokojnie bijące serce. Wiedziała, że te serce jest przesiąknięte dobrocią i miłością. W tej chwili nie żałowała, że poślubiła akurat Adama. Uważała, że to cud, że trafił się jej tak przystojny oraz dobry mąż. Jedynie dręczyło ją poczucie winy jaka była dla niego chłodna, a nawet odrobinę niemiła. On od początku starał się z nią zaprzyjaźnić, sprawić, by go polubiła. Żartował, śmiał się, uśmiechał i to wszystko po to, by jej się przypodobać. Zacisnęła usta w wąską kreskę i mocniej się w niego wtuliła. Był cudowny, taki kochany. Chciała mu to powiedzieć, lecz w tym czasie usłyszeli dzwonek do drzwi:
-O, Albert przyszedł.- Powiedział z zadowoleniem w głosie-Chodźmy go powitać.- Rozłączyli się z uścisku, po czym trzymając się za ręce ruszyli do drzwi frontowych...
-To ty Lucy czy umarłem?
-To ja i żyjesz.- Odparła ze zdziwieniem patrząc na niego
-Żyję? Uf, już myślałem, że jestem w niebie, i że widzę anioły nade mną.- Przetarł oczy dłonią i podniósł się do pozycji siedzącej- I nic dziwnego, bo wyglądasz jak anioł.- Uśmiechnął się lekko i delikatnie pocałował ją w czoło.
-Jak się czujesz?
-Może być. Dzisiaj przyjdzie do nas Albert.- Powiedział. Aha, czyli tak ma na imię jego przyjaciel, pomyślała w tej samej chwili Lucy
-Albert to twój przyjaciel?- Zapytała w celu upewnienia się
-Tak, ten, który chciał się o ciebie bić.- Zaśmiał się na to wspomnienie Adam
-Szkoda, że tego nie pamiętam.- Westchnęła dziewczyna, chociaż z drugiej strony to się nawet cieszyła
-Ja pamiętam tylko urywki, ale równie niewiele co ty.- Pocieszył ją i objął ramieniem- Która godzina?- Zapytał, a ona spojrzała na najbliższy zegar
-Jest za pięć dziesiąta.
-Tak późno?- Zerwał się z łóżka i popędził do łazienki. Po chwili wypadł z niej uczesany z żywym wyrazem twarzy i otworzył drzwi szafy. Przez chwilę stał i wpatrywał się w jej wnętrze zastanawiając się co założy. Nagle poczuł, jak czyjeś ciepłe ręce oplatają go od tyłu. Czuł jej bijące serce oraz ciepły oddech na swoich nagich plecach. Z wdzięcznością się uśmiechnął i zapytał:
-Doradzisz mi w co mam się ubrać?
-Mhm.- Puściła go i stanęła obok niego. Tak, stanowczo był za wysoki. Ona ledwo 165 cm, a on niecałe 190 cm... Przewyższał ją o dwie głowy. Spojrzała we wnętrze jego szafy, w której panował istny chaos. Musiała wytężyć wzrok, aby odróżnić spodnie od bluzy. W końcu pokazała mu białą bluzkę i czarne jeansy. Aż dziwiła się ile par ich miał. Na pewno więcej niż ona książek...
W każdym razie posłusznie założył to co mu wyznaczyła i był gotowy do wyjścia:
-A buty?- Zapytała Lucy, a on sięgną ręką pod łóżko i wyciągnął spod niego identyczne trampki jak jej, lecz o kilka rozmiarów większe.- Ok, nie było pytania.
-Chodźmy Lucy. Zjemy razem śniadanie.- Powiedział ujmując jej dłoń w swoją i splatając jej palce z jego. Posłał jej ciepły uśmiech, na co ona odpowiedziała tym samym i opuścili jego pokój.
Jedno musiała przyznać: Adam był na prawdę czarujący. Lubiła jego towarzystwo oraz to jak o nią dbał. Zawsze pogodny i radosny z optymistycznym nastawieniem do życia.
Gdy znaleźli się w jadalni kulturalnie zasunął za nią krzesło i sam usiadł na swoje miejsce, po czym życzył jej smacznego i zabrał się za jedzenie gofrów. Lucy popatrzyła badawczo to na gofra to na Adama. Odczekała chwilę i stwierdziła, że owe gofry nie są trujące. Wzięła pierwszy kęs, drugi. I tak raz za razem aż w końcu się najadła. Poczekała chwilę na Adama, po czym razem opuścili jadalnię:
-To co robimy?- Zapytał obejmując ją, a za razem idąc korytarzem
-Nie wiem, a co ty chciałbyś robić? Wiesz, że lubię muzykę i książki, ale ja nie wiem co ty lubisz.- Wytłumaczyła
-Co ja lubię?- Zadał pytanie retoryczne udając zamyślonego- Lubię spędzać z tobą czas, nieważne jak.- Uśmiechnął się pokazując białe i proste zęby
-A jak mnie nie było? Znaczy, zanim mnie poznałeś, co lubiłeś robić?
-Hmm. Cóż. Chodziłem po ogrodzie. Na zmianę spotykaliśmy się z Albertem. Raz u niego, raz u mnie. Czasami wychodziliśmy na miasto. Oglądałem filmy, grałem w gry, naprawiałem zegarki...
-Naprawiałeś zegarki?- Przerwała mu Lucy, co było dosyć nieeleganckie i dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę
-Mhm. Nadal je naprawiam.- Uśmiechnął się jeszcze szerzej jakby to zajęcie sprawiało mu przyjemność
-Em. Kontynuuj. Przepraszam, że ci wtedy przerwałam.- Spuściła głowę w geście, że jest jej przykro; Adam zatrzymał się i popatrzył na nią zmartwiony
-Coś się stało? Wszystko w porządku? Czemu jesteś smutna?- Pochylił się lekko nad nią i odgarnął jej włosy, które częściowo zakryły twarz- Lucy...
-Jest mi po prostu przykro, że ci wtedy przerwałam. Nie powinnam...- Zakrył jej swoją dłonią usta i delikatnie podniósł jej podbródek, aby spojrzała mu w oczy
-Pomimo dużych postępów nadal jesteś trochę sztywna.- Posłał jej lekki uśmiech- Nie martw się, u nas obowiązują inne zasady niż w twoim byłym domu. Widzę, że twój ojciec naciskał na szacunek do mężczyzn, nie? Nie martw się, nie gniewam się ani nie czuję się urażony dlatego, że mi przerwałaś.- Pogłaskał jej policzek wolną ręką- I nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy, pamiętaj. Możesz ze mną rozmawiać jak równym sobie, tak jak rozmawiałabyś z siostrą.- W tej chwili przypomniały jej się noce, kiedy wszystkie trzy spotykały się w jej pokoju i narzekały na wszystko. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić siebie i Adama jak narzekają na jej ojca. Ta myśl była nawet komiczna, więc lekko się uśmiechnęła. W końcu chłopak zdjął swoją dłoń z jej ust, lecz nie na długo, gdyż zaraz ją pocałował. Czuła na swych wargach smak gofrów, bitej śmietany i truskawek. Był to chyba najsłodszy i najodpowiedniejszy pocałunek jaki kiedykolwiek przeżyła. Nawet nie zauważyła kiedy ich usta rozłączyły się, a ciała przylgnęły do siebie w silnym uścisku niczym dwa magnesy. Czuła bijące od niego ciepło, zapach jego drogich perfum użytych z umiarem, nie z przesadą jak u jej ojca oraz spokojnie bijące serce. Wiedziała, że te serce jest przesiąknięte dobrocią i miłością. W tej chwili nie żałowała, że poślubiła akurat Adama. Uważała, że to cud, że trafił się jej tak przystojny oraz dobry mąż. Jedynie dręczyło ją poczucie winy jaka była dla niego chłodna, a nawet odrobinę niemiła. On od początku starał się z nią zaprzyjaźnić, sprawić, by go polubiła. Żartował, śmiał się, uśmiechał i to wszystko po to, by jej się przypodobać. Zacisnęła usta w wąską kreskę i mocniej się w niego wtuliła. Był cudowny, taki kochany. Chciała mu to powiedzieć, lecz w tym czasie usłyszeli dzwonek do drzwi:
-O, Albert przyszedł.- Powiedział z zadowoleniem w głosie-Chodźmy go powitać.- Rozłączyli się z uścisku, po czym trzymając się za ręce ruszyli do drzwi frontowych...
środa, 24 sierpnia 2016
Rozdział 16 Wspomnienia wczorajszej nocy
Lucy szła korytarzem na bosaka, więc znów czerwony dywan gryzł ją w gołe stopy. W domu było podejrzanie cicho. Zazwyczaj wyłapywała jakieś poszczególne dźwięki takie jak ostrożne i lekkie kroki pokojówek lub tykanie zegara. Dziewczyna wiedziała, że jej teść jest właścicielem ogromnej i słynnej firmy z zegarkami, a były to zegarki przeróżne: naścienne, stojące lub też te, które można było nosić przy sobie. Firma świetnie się rozwijała, a Arthur zbił fortunę. W jego rezydencji było mnóstwo zegarków. Co najmniej dwa w każdym pomieszczeniu. Mężczyzna uwielbiał ich tykanie oraz ten skomplikowany mechanizm, który znał na pamięć. Potrafił naprawić każdy zegarek, niezależnie od modelu czy też wielkości...
Kiedy w końcu doszła do pokoju muzycznego siadła przy fortepianie, po czym zaczęła grać i śpiewać ,,I will survive" Glorii Gaynor. Lubiła tą piosenkę i delektowała sie nią podczas gry. Oczywiście jak zwykle w drzwiach pojawił się tłum służących domu, którzy uwielbiali nową lokatorkę. Kiedy w końcu skończyła podleciała do niej Yuki i szybko wyprowadziła delikatnie ciągnąc ją za rękę:
-Coś się stało?- Zapytała Lucy
-Jesteś nieubrana!- Zganiła ją pokojówka- Twoja sukienka jest cała wygnieciona i czuć od ciebie alkoholem. Trzeba szybko to zmienić.- Powiedziała twardo i wprowadziła ją do jej pokoju. Gestem nakazała, aby ściągnęła z siebie swoją suknię ślubną, po czym szybko podała dla niej białą koronkową sukienkę do kolan oraz białe Conversy- Dzisiaj powinny być poprawiny, lecz dosłownie nikt już nie ma sił, a poza tym zdecydowana większość gości ma kaca.- Wyjaśniła czesząc jej skołtunione włosy- I wiesz co? Jak tak patrzę na ciebie to ty chyba też nie najlepiej sie czujesz. Ale spokojnie, zaraz wszystkiemu zaradzimy.- Lucy dziwiła się jak bardzo Yuki jest zorganizowana i zaradna; wcześniej wydawało się, że dziewczyna jest lekko roztrzepana i pełna energii, lecz teraz to się zmieniło- No, chodź.- Ponagliła ją i zaciągnęła do kuchni, gdzie podała jej jakąś tabletkę, po której poczuła się o wiele lepiej:
-Co to?- Zapytała
-Może to zabrzmi dziwnie, ale lek na kaca.- Zaśmiał się Yuki- Jest to kombinacja pewnych ziół, o których bladego pojęcia nie mam. Ale na panią Yvette działa.- Szybko wyjaśniła
-To co teraz robimy?
-Wydaje mi się, że powinniśmy zajść do pana Arthura.
-No to prowadź.- Nakazała Lucy, a ona ją poprowadziła.
Kiedy w końcu doszła do pokoju muzycznego siadła przy fortepianie, po czym zaczęła grać i śpiewać ,,I will survive" Glorii Gaynor. Lubiła tą piosenkę i delektowała sie nią podczas gry. Oczywiście jak zwykle w drzwiach pojawił się tłum służących domu, którzy uwielbiali nową lokatorkę. Kiedy w końcu skończyła podleciała do niej Yuki i szybko wyprowadziła delikatnie ciągnąc ją za rękę:
-Coś się stało?- Zapytała Lucy
-Jesteś nieubrana!- Zganiła ją pokojówka- Twoja sukienka jest cała wygnieciona i czuć od ciebie alkoholem. Trzeba szybko to zmienić.- Powiedziała twardo i wprowadziła ją do jej pokoju. Gestem nakazała, aby ściągnęła z siebie swoją suknię ślubną, po czym szybko podała dla niej białą koronkową sukienkę do kolan oraz białe Conversy- Dzisiaj powinny być poprawiny, lecz dosłownie nikt już nie ma sił, a poza tym zdecydowana większość gości ma kaca.- Wyjaśniła czesząc jej skołtunione włosy- I wiesz co? Jak tak patrzę na ciebie to ty chyba też nie najlepiej sie czujesz. Ale spokojnie, zaraz wszystkiemu zaradzimy.- Lucy dziwiła się jak bardzo Yuki jest zorganizowana i zaradna; wcześniej wydawało się, że dziewczyna jest lekko roztrzepana i pełna energii, lecz teraz to się zmieniło- No, chodź.- Ponagliła ją i zaciągnęła do kuchni, gdzie podała jej jakąś tabletkę, po której poczuła się o wiele lepiej:
-Co to?- Zapytała
-Może to zabrzmi dziwnie, ale lek na kaca.- Zaśmiał się Yuki- Jest to kombinacja pewnych ziół, o których bladego pojęcia nie mam. Ale na panią Yvette działa.- Szybko wyjaśniła
-To co teraz robimy?
-Wydaje mi się, że powinniśmy zajść do pana Arthura.
-No to prowadź.- Nakazała Lucy, a ona ją poprowadziła.
Po dostaniu leku razem z Yuki pospacerowały po ogromnym ogrodzie i porozmawiały o wczorajszym wieczorze. Jak się okazało pokojówka przez całą imprezę była trzeźwa i trzymała się dosyć blisko swej pani. Opowiedziała jak to Yvette wylała na siebie zupę, jak najmłodsza siostra Lucy- Jennifer tańczyła przez większość nocy z kuzynem Adama, który był jej rówieśnikiem, jak Kali zalecała się do przystojnego młodzieńca, którego niestety Yuki nie znała, jak to pewne grono męskie zorganizowało mecz piłki nożnej oraz jak już pod koniec przyjęcia najlepszy przyjaciel Adama kłócił się z nim kto bardziej pasuje do Lucy. Co prawda Lucy nie pamiętała tego wydarzenia, lecz kojarzyła znajomego Adama. Wysoki, jak jej mąż, szatyn z heterochromią, okularami na nosie i z przyjaznym oraz ciepłym uśmiechem, lecz nie tak urzekającym jak uśmiech Adama. Chyba miał na imię Robert? Albo może Gilbert? Nie pamiętała dokładnie, w każdym razie wiedziała, o którego chłopaka chodziło:
-Przyjaciel panicza często się u nas pojawia.- Poinformowała ją pokojówka
-A po co on tu przychodzi?- Lucy pamiętała swój dom, gdzie nie mieli żadnych gości
-Często chwali się paniczowi swoimi nowymi wynalazkami i pomysłami. Słyszałam nawet, że pisze powieści.-Dodała
-Pisze powieści?- Powtórzyła po niej Lucy
-Mhm. Czasami słyszałam ich urywki. Jest czarującym pisarzem.- Zachwycała się Yuki, a jej pani zapragnęła poznać bliżej Roberta/Gilberta lub jak zwał tak zwał się ten młody dżentelmen.
-Wiesz co, może sprawdzę co u Adama.- Odezwała się wreszcie Lucy po chwili ciszy
-Leć, leć do swojego męża.- Zachichotała pokojówka, lecz ona to zignorowała i poszła w stronę pokoju, w którym rano spała.
-Wiesz co, może sprawdzę co u Adama.- Odezwała się wreszcie Lucy po chwili ciszy
-Leć, leć do swojego męża.- Zachichotała pokojówka, lecz ona to zignorowała i poszła w stronę pokoju, w którym rano spała.
sobota, 20 sierpnia 2016
Rozdział 15 Ślub i kac morderca
Następny dzień był strasznie stresujący dla wszystkich. Wszystko trzeba było robić w jak najszybszym tempie. Lucy cieszyła się, że podczas tego zgiełku udało jej się porozmawiać z mamą na osobności, lecz później, gdy Yvette ją znalazła już więcej nie miała okazji do rozmowy z matką.
Jak się okazało stanik z push-up'em, do którego uczepiła się matka Adama były świetnym rozwiązaniem, więc nie było potrzeby przerabiania sukienki. Po założeniu sukni przyszedł czas na fryzury i makijaż. Fryzjerka najpierw wykonała francuski warkocz, a później zrobiła z niego bajeczny kok. ,,Kiedy się rozwali będziesz miała piękne fale" powiedziała jej zanim opuściła rezydencję Clockwork'ów. Następnie zajęła się nią makijażystka. Lucy i tak była piękna bez żadnych zabiegów kosmetycznych, lecz jak Yvette się uprze to nie ma zmiłuj. Kosmetyczka pomalowała jej rzęsy, lekko przypudrowała policzki, nałożyła lekkie cienie i podkład, odrobinę poprawiła brwi, wysmarowała na delikatny róż usta oraz pomalowała jej paznokcie na biało. Ogółem nawet w tak lekkim makijażu dziewczyna wyglądała jak porcelanowa laleczka. Żadnych niedoskonałości. Jednym słowem idealna panna młoda.
Później miała dosłownie kilka sekund na ponowne zobaczenie się z rodziną, lecz Yvette znowu ją gdzieś zabrała. Tym razem do ogrodu na małą sesję zdjęciową. Mówiła, że Adam miał już taką wcześniej i żeby się nie stresowała. W sumie to ostatnie powtarzała co kilka minut: ,,Nie stresuj się kochanie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. To będzie najpiękniejszy dzień twojego życia". W końcu po sesji wróciła do swojego pokoju razem ze swoją rodziną oraz znajomymi z kręgu jej ojca. Wszyscy stali w jej dużej, białej sypialni i czekali aż drzwi się otworzą i zabrzmi muzyka weselna. Poczekali tak jeszcze kilka minut, gdy dosłyszeli na korytarzu pierwsze dźwięki muzyki. Po chwili do pokoju wkroczył elegancko ubrany Adam. Wyglądał jak kopia swojego ojca: czarny garnitur, tego samo koloru oksfordy oraz czarny krawat. Jedynym jasnym elementem jego ubioru była koszula pod marynarką oraz jego jasno blond włosy. Uśmiechnął się promiennie kiedy do niej podchodził, lecz Kali i Jennifer szczelnie zagrodziły mu drogę. Niektórzy goście parsknęli śmiechem, a na ustach innych zagościły uśmiechy. Flesze błyskały jak szalone, a Adam odwrócił się i wziął od ojca białą torebkę na prezenty, w której były cukierki, po czym wręczył ją dla swoich szwagierek. Dziewczynki zachichotały i rozstąpiły się, aby zrobić mu przejście. Chłopak podszedł do Lucy i ukłonił się głęboko.
Dalej cała uroczystość szybko zleciała. Nie było problemów w kościele, wszystko szło według ustalonych wcześniej planów. Podczas mszy czuła na sobie setki zaciekawionych spojrzeń, które dręczyły ją jak natrętna mucha. Nie lubiła być w centrum zainteresowania. Jednak w gruncie nie było aż tak źle...
W przeciwieństwie do kościoła, wesele było istną torturą. Cały czas albo jadła albo tańczyła albo była oślepiana fleszami aparatów. Czasami się zdarzało, że podchodzili do nich goście i indywidualnie im gratulowali zaślubin. Nieustannie od początku dnia czuła się bacznie obserwowana i to powodowało jeszcze większy stres. Jej wystarczyłoby skromne wesele w gronie rodziny i bliskich znajomych, a nie prawie całego rodzinnego miasta pana młodego. Cóż, trzeba to było jakoś przeboleć. W sumie na początku nie było aż tak tragicznie, lecz później gdy zaczęto przynosić ciężkie potrawy taniec nie wchodził w grę. Jednak ostatecznie tańczyła całą noc. A przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż już później urwał jej się film.
Następnego dnia obudziła się z potwornym bólem głowy w równie oślepiająco białym pokoju jak jej własny, lecz to nie był jej pokój. Meble stały w zupełnie innych miejscach oraz w powietrzu dało się wyczuć zapach alkoholu i drogich męskich perfum. Leżała na brzuchu, czego zazwyczaj nie robiła, gdyż zawsze było jej niewygodnie, tak samo jak tym razem. Próbowała podnieść się na łokciach, lecz nie dała rady. Ze znużeniem stwierdziła, że wstanie uniemożliwia jej ręka również śpiącego na brzuchu Adama. Ogólnie zareagowałaby gwałtownie i z wymalowanym zaskoczeniem na twarzy, ale ból głowy sprawił, że było jej to obojętne:
-Adam, zabierz rękę.- Przeraziła się na dźwięk swojego głosu, który brzmiał niczym jęk konającego w męczarniach człowieka
-Co?- Jego głos brzmiał podobnie
-Zabierz rękę.- Powtórzyła znów próbując się podnieść
-Daj mi jeszcze chwile.- Zawył błagalnie w poduszkę- Jeszcze nigdy nie miałem takiego kaca.
-Twój kac obchodzi mnie tyle co podarte buty Jennifer, zabieraj rękę.
-Nieee.- Mruknął przeciągle przewracając się na bok i obejmując Lucy obiema rękami oraz zamykając ją w uścisku niczym w kokonie
-Spadaj. Głowa mnie boli.- Jej sflaczały głos stłumiła klatka piersiowa chłopaka, do której została przytknięta jej twarz; zdziwiło ją bijące od niej zimno i słabe bicia serca- Adam, dobrze sie czujesz?
-Już mówiłem, że mam cholernie potężnego kaca.- Mruknął
-Kac morderca nie ma serca.- Zaśmiała się Lucy bez krztyny wesołości- Puszczaj mnie, muszę do łazienki.- Co prawda nie było to kłamstwo, gdyż w jej domu to akurat w łazienkach trzymano jakiekolwiek leki...
-Dobra, ale szybko wracaj.- Wypuścił ją, a ona siadając na łóżku mało z powrotem nie wróciła do pozycji leżącej; strasznie kręciło jej się w głowie, jakby przed chwilą zeszła z karuzeli
-Jednak nie ide, odechciało mi się.- Padła na swoje miejsce modląc się, aby to kręcenie się w kółko nareszcie ustało. W końcu przestało jej się kręcić w głowie- Adaaaam.- Zawyła błagalnie
-Cooo?- Odpowiedział jej tym samym
-Wiesz może, co pomaga na ból głowy?
-Chyba tak, tabletka?
-Pójdziesz po nią?
-Ooo nie, od tego się właśnie zaczyna. Od niewinnej tabletki, a później skończy się na ,,przynieś mi śniadanie do łóżka". Nie.- Wyjaśnił krótko
-Adaaam. Ja nie moge, bo mi się w głowie kręci jak wstaje.- Usprawiedliwiła się Lucy
-No dobra, ale tylko po tabletkę.- Wstał i zauważyła, że chłopak spał bez koszuli w wymiętych spodniach od garnituru. Kiedy szedł do łazienki mogła podziwiać jego plecy oraz cienką, lecz wystarczająco widoczną bliznę, która przez nie przebiegała od lewego ramienia aż do prawego biodra. Ciekawe od czego ją ma, pomyślała i o mały włos nie wypowiedziała tych słów na głos. Chłopak zniknął w łazience tak szybko jak się obok niej pojawił z tabletką i szklanką wody:
-Masz.- Powiedział podając jej lek i szklankę
-Dzięki.- Łyknęła tabletkę popijając ją wodą i spróbowała wytrzymać te zawroty głowy
-Już ci lepiej?
-Nawet nie minęło pięć sekund.
-Aha, A teraz? Lepiej się czujesz?
-Adam idź spać.- Nakazała mu, lecz napotkała opór- No to chociaż usiądź obok mnie albo połóż się.- Brak protestu; walną się na łóżko ,,na szczupaka" i się już nie podniósł. Leżał tak jak wcześniej- na brzuchu. Teraz Lucy miała lepszy widok na bliznę. Starając się nie zwracać na siebie uwagi co jakiś czas zerkała to na jego bliznę to na drzwi prowadzące na korytarz. Nie mogła odgadnąć co mogło ją zostawić. Na pewno nie katana albo miecz. Blizna była z gatunku tych szarpanych. Nie, poddała się. Jest zbyt wcześnie na myślenie, a ja jakimś cudem mam kaca, uświadomiła to sobie w myślach i powoli się podniosła. Chciała już wyjść, lecz jeszcze raz rzuciła okiem w stronę śpiącego męża. Mąż... Jakie to dziwne zarówno słowo jak i stworzenie, przeszło jej przez głowę i przypomniało się, gdy dotknęła jego lodowatej skóry, która normalnie powinna wręcz parzyć. Zauważyła, że kołdra chyba stała się inną formą życia, gdyż ,,sama" zawędrowała aż na drugi koniec pokoju. Westchnęła głośno i podniosła ją z ziemi, po czym podeszła do łóżka i nakryła nią Adama:
-Śpij.- Wyszeptała tarmosząc jego blond włosy i wyszła z pokoju...
Jak się okazało stanik z push-up'em, do którego uczepiła się matka Adama były świetnym rozwiązaniem, więc nie było potrzeby przerabiania sukienki. Po założeniu sukni przyszedł czas na fryzury i makijaż. Fryzjerka najpierw wykonała francuski warkocz, a później zrobiła z niego bajeczny kok. ,,Kiedy się rozwali będziesz miała piękne fale" powiedziała jej zanim opuściła rezydencję Clockwork'ów. Następnie zajęła się nią makijażystka. Lucy i tak była piękna bez żadnych zabiegów kosmetycznych, lecz jak Yvette się uprze to nie ma zmiłuj. Kosmetyczka pomalowała jej rzęsy, lekko przypudrowała policzki, nałożyła lekkie cienie i podkład, odrobinę poprawiła brwi, wysmarowała na delikatny róż usta oraz pomalowała jej paznokcie na biało. Ogółem nawet w tak lekkim makijażu dziewczyna wyglądała jak porcelanowa laleczka. Żadnych niedoskonałości. Jednym słowem idealna panna młoda.
Później miała dosłownie kilka sekund na ponowne zobaczenie się z rodziną, lecz Yvette znowu ją gdzieś zabrała. Tym razem do ogrodu na małą sesję zdjęciową. Mówiła, że Adam miał już taką wcześniej i żeby się nie stresowała. W sumie to ostatnie powtarzała co kilka minut: ,,Nie stresuj się kochanie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. To będzie najpiękniejszy dzień twojego życia". W końcu po sesji wróciła do swojego pokoju razem ze swoją rodziną oraz znajomymi z kręgu jej ojca. Wszyscy stali w jej dużej, białej sypialni i czekali aż drzwi się otworzą i zabrzmi muzyka weselna. Poczekali tak jeszcze kilka minut, gdy dosłyszeli na korytarzu pierwsze dźwięki muzyki. Po chwili do pokoju wkroczył elegancko ubrany Adam. Wyglądał jak kopia swojego ojca: czarny garnitur, tego samo koloru oksfordy oraz czarny krawat. Jedynym jasnym elementem jego ubioru była koszula pod marynarką oraz jego jasno blond włosy. Uśmiechnął się promiennie kiedy do niej podchodził, lecz Kali i Jennifer szczelnie zagrodziły mu drogę. Niektórzy goście parsknęli śmiechem, a na ustach innych zagościły uśmiechy. Flesze błyskały jak szalone, a Adam odwrócił się i wziął od ojca białą torebkę na prezenty, w której były cukierki, po czym wręczył ją dla swoich szwagierek. Dziewczynki zachichotały i rozstąpiły się, aby zrobić mu przejście. Chłopak podszedł do Lucy i ukłonił się głęboko.
Dalej cała uroczystość szybko zleciała. Nie było problemów w kościele, wszystko szło według ustalonych wcześniej planów. Podczas mszy czuła na sobie setki zaciekawionych spojrzeń, które dręczyły ją jak natrętna mucha. Nie lubiła być w centrum zainteresowania. Jednak w gruncie nie było aż tak źle...
W przeciwieństwie do kościoła, wesele było istną torturą. Cały czas albo jadła albo tańczyła albo była oślepiana fleszami aparatów. Czasami się zdarzało, że podchodzili do nich goście i indywidualnie im gratulowali zaślubin. Nieustannie od początku dnia czuła się bacznie obserwowana i to powodowało jeszcze większy stres. Jej wystarczyłoby skromne wesele w gronie rodziny i bliskich znajomych, a nie prawie całego rodzinnego miasta pana młodego. Cóż, trzeba to było jakoś przeboleć. W sumie na początku nie było aż tak tragicznie, lecz później gdy zaczęto przynosić ciężkie potrawy taniec nie wchodził w grę. Jednak ostatecznie tańczyła całą noc. A przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż już później urwał jej się film.
***
-Adam, zabierz rękę.- Przeraziła się na dźwięk swojego głosu, który brzmiał niczym jęk konającego w męczarniach człowieka
-Co?- Jego głos brzmiał podobnie
-Zabierz rękę.- Powtórzyła znów próbując się podnieść
-Daj mi jeszcze chwile.- Zawył błagalnie w poduszkę- Jeszcze nigdy nie miałem takiego kaca.
-Twój kac obchodzi mnie tyle co podarte buty Jennifer, zabieraj rękę.
-Nieee.- Mruknął przeciągle przewracając się na bok i obejmując Lucy obiema rękami oraz zamykając ją w uścisku niczym w kokonie
-Spadaj. Głowa mnie boli.- Jej sflaczały głos stłumiła klatka piersiowa chłopaka, do której została przytknięta jej twarz; zdziwiło ją bijące od niej zimno i słabe bicia serca- Adam, dobrze sie czujesz?
-Już mówiłem, że mam cholernie potężnego kaca.- Mruknął
-Kac morderca nie ma serca.- Zaśmiała się Lucy bez krztyny wesołości- Puszczaj mnie, muszę do łazienki.- Co prawda nie było to kłamstwo, gdyż w jej domu to akurat w łazienkach trzymano jakiekolwiek leki...
-Dobra, ale szybko wracaj.- Wypuścił ją, a ona siadając na łóżku mało z powrotem nie wróciła do pozycji leżącej; strasznie kręciło jej się w głowie, jakby przed chwilą zeszła z karuzeli
-Jednak nie ide, odechciało mi się.- Padła na swoje miejsce modląc się, aby to kręcenie się w kółko nareszcie ustało. W końcu przestało jej się kręcić w głowie- Adaaaam.- Zawyła błagalnie
-Cooo?- Odpowiedział jej tym samym
-Wiesz może, co pomaga na ból głowy?
-Chyba tak, tabletka?
-Pójdziesz po nią?
-Ooo nie, od tego się właśnie zaczyna. Od niewinnej tabletki, a później skończy się na ,,przynieś mi śniadanie do łóżka". Nie.- Wyjaśnił krótko
-Adaaam. Ja nie moge, bo mi się w głowie kręci jak wstaje.- Usprawiedliwiła się Lucy
-No dobra, ale tylko po tabletkę.- Wstał i zauważyła, że chłopak spał bez koszuli w wymiętych spodniach od garnituru. Kiedy szedł do łazienki mogła podziwiać jego plecy oraz cienką, lecz wystarczająco widoczną bliznę, która przez nie przebiegała od lewego ramienia aż do prawego biodra. Ciekawe od czego ją ma, pomyślała i o mały włos nie wypowiedziała tych słów na głos. Chłopak zniknął w łazience tak szybko jak się obok niej pojawił z tabletką i szklanką wody:
-Masz.- Powiedział podając jej lek i szklankę
-Dzięki.- Łyknęła tabletkę popijając ją wodą i spróbowała wytrzymać te zawroty głowy
-Już ci lepiej?
-Nawet nie minęło pięć sekund.
-Aha, A teraz? Lepiej się czujesz?
-Adam idź spać.- Nakazała mu, lecz napotkała opór- No to chociaż usiądź obok mnie albo połóż się.- Brak protestu; walną się na łóżko ,,na szczupaka" i się już nie podniósł. Leżał tak jak wcześniej- na brzuchu. Teraz Lucy miała lepszy widok na bliznę. Starając się nie zwracać na siebie uwagi co jakiś czas zerkała to na jego bliznę to na drzwi prowadzące na korytarz. Nie mogła odgadnąć co mogło ją zostawić. Na pewno nie katana albo miecz. Blizna była z gatunku tych szarpanych. Nie, poddała się. Jest zbyt wcześnie na myślenie, a ja jakimś cudem mam kaca, uświadomiła to sobie w myślach i powoli się podniosła. Chciała już wyjść, lecz jeszcze raz rzuciła okiem w stronę śpiącego męża. Mąż... Jakie to dziwne zarówno słowo jak i stworzenie, przeszło jej przez głowę i przypomniało się, gdy dotknęła jego lodowatej skóry, która normalnie powinna wręcz parzyć. Zauważyła, że kołdra chyba stała się inną formą życia, gdyż ,,sama" zawędrowała aż na drugi koniec pokoju. Westchnęła głośno i podniosła ją z ziemi, po czym podeszła do łóżka i nakryła nią Adama:
-Śpij.- Wyszeptała tarmosząc jego blond włosy i wyszła z pokoju...
środa, 17 sierpnia 2016
Rozdział 14 Wieczorna lekcja
Zanim weszły do jadalni obie się uspokoiły i z wymalowaną na twarzach powagą wkroczyły do pomieszczenia:
-Przepraszam za spóźnienie.- Ukłoniła się pokornie Lucy i podniosła wzrok. Nikogo prócz Adama nie było w jadalni- Gdzie są wszyscy?
-Najedli się i poszli.- Oznajmił chłopak
-A ty? Czemu tu nadal jesteś?- Zapytała nic nie rozumiejąc i siadając do stołu
-Czekam na moją narzeczoną.- Odparł nonszalancko, na co Lucy przewróciła oczami i wgryzła się w kanapkę autorstwa szefa kuchni- Słyszałem, że byłaś z moją mamą na zakupach.- Uśmiechnął się złośliwie- Podobno masz już suknię ślubną, welon i kilka par butów.
-Mhm.- Przytaknęła popijając jeszcze ciepłą herbatę
-Mama była zadowolona jak wróciłyście. Mówiła, że jesteś świetną towarzyszką do zakupów.- Nadal mówił, a Lucy potakiwała słuchając go jednym uchem; nagle zamilkł i wpatrywał się w nią wyczekująco:
-Słucham? Wybacz, nie dosłyszałam. Mógłbyś powtórzyć pytanie?- Próbowała z tego jakoś wybrnąć
-Mówiłem, że jutro i pojutrze będziemy uczyć się pierwszego tańca.- Wytłumaczył pogodnie, jakby nie musiał się upewniać, że ona go w ogóle słucha
-Och.- Zdziwiła się Lucy wycierając usta serwetką
-I jeszcze będziemy musieli poćwiczyć wiesz co...- Zarumienił się Adam, a Lucy zainteresowała się talerzem; cisza oznaczała, że chyba wiedziała, co na myśli ma jej przyszły mąż- No, w każdym razie zmykam do siebie. I tobie też to radzę, chyba że się zgubisz to zapraszam do siebie.- Zaśmiał się pogodnie, na co odpowiedziała mu lekkim uśmiechem- A i jeszcze jedno.- Zanim wyszedł podszedł do niej i rozłożył przed nią ramiona- No, chodź tutaj.- Zachęcił ją, na co pokręciła przecząco głową, lecz ostatecznie wstała i uścisnęła się z nim; w przeciwieństwie do swojej matki Adama nie można było nie lubić. Wtuliła się w jego klatkę piersiową, po mimo iż miał być to zwykły przyjacielski uścisk na pożegnanie. Czuła przyjemny zapach męskich perfum i różanego płynu do prania, którym nasączona była jego bluza. Słyszała przyspieszone bicie jego serca, które mało nie wyskoczyło mu z piersi. Czuła na swoich włosach jego przyspieszony oddech oraz jak jego mięśnie się naprężają. Poczuła jak Adam mocniej ją obejmuje i wtula swoją twarz w jej lewe ramię. W końcu puścił ją, a ona jego. Pożegnali się i rozeszli do swoich pokoi...
-Przepraszam za spóźnienie.- Ukłoniła się pokornie Lucy i podniosła wzrok. Nikogo prócz Adama nie było w jadalni- Gdzie są wszyscy?
-Najedli się i poszli.- Oznajmił chłopak
-A ty? Czemu tu nadal jesteś?- Zapytała nic nie rozumiejąc i siadając do stołu
-Czekam na moją narzeczoną.- Odparł nonszalancko, na co Lucy przewróciła oczami i wgryzła się w kanapkę autorstwa szefa kuchni- Słyszałem, że byłaś z moją mamą na zakupach.- Uśmiechnął się złośliwie- Podobno masz już suknię ślubną, welon i kilka par butów.
-Mhm.- Przytaknęła popijając jeszcze ciepłą herbatę
-Mama była zadowolona jak wróciłyście. Mówiła, że jesteś świetną towarzyszką do zakupów.- Nadal mówił, a Lucy potakiwała słuchając go jednym uchem; nagle zamilkł i wpatrywał się w nią wyczekująco:
-Słucham? Wybacz, nie dosłyszałam. Mógłbyś powtórzyć pytanie?- Próbowała z tego jakoś wybrnąć
-Mówiłem, że jutro i pojutrze będziemy uczyć się pierwszego tańca.- Wytłumaczył pogodnie, jakby nie musiał się upewniać, że ona go w ogóle słucha
-Och.- Zdziwiła się Lucy wycierając usta serwetką
-I jeszcze będziemy musieli poćwiczyć wiesz co...- Zarumienił się Adam, a Lucy zainteresowała się talerzem; cisza oznaczała, że chyba wiedziała, co na myśli ma jej przyszły mąż- No, w każdym razie zmykam do siebie. I tobie też to radzę, chyba że się zgubisz to zapraszam do siebie.- Zaśmiał się pogodnie, na co odpowiedziała mu lekkim uśmiechem- A i jeszcze jedno.- Zanim wyszedł podszedł do niej i rozłożył przed nią ramiona- No, chodź tutaj.- Zachęcił ją, na co pokręciła przecząco głową, lecz ostatecznie wstała i uścisnęła się z nim; w przeciwieństwie do swojej matki Adama nie można było nie lubić. Wtuliła się w jego klatkę piersiową, po mimo iż miał być to zwykły przyjacielski uścisk na pożegnanie. Czuła przyjemny zapach męskich perfum i różanego płynu do prania, którym nasączona była jego bluza. Słyszała przyspieszone bicie jego serca, które mało nie wyskoczyło mu z piersi. Czuła na swoich włosach jego przyspieszony oddech oraz jak jego mięśnie się naprężają. Poczuła jak Adam mocniej ją obejmuje i wtula swoją twarz w jej lewe ramię. W końcu puścił ją, a ona jego. Pożegnali się i rozeszli do swoich pokoi...
***
Kolejne dwa dni minęły dla Lucy jak jeden. Strasznie się ze sobą zlewały, może dlatego, że praktycznie nie spała, codziennie miała lekcje tańca z Adamem, co jakiś czas przymierzała swoją suknię ślubną z dodatkami takimi jak welon, rękawiczki itp., ćwiczyła chód do ołtarza oraz tekst psalmu, który miała śpiewać. Jedyną różnicą jaka dzieliła te dwa identyczne dni to to, że dzień przed ślubem Adam zabrał ją na wieczorny spacer. Spacerowali po ogrodzie wdychając nocne powietrze. Powoli się ochładzało, a Lucy zapomniała zabrać z sypialni sweter. Szli i rozmawiali o jutrzejszym dniu:
-Stresujesz się?- Zadał jej pytanie Adam
-Nie wiem.- Odparła nie patrząc na niego- A ty?
-Trochę.- Przyznał- Ale mam dobre przeczucie.- Posłał jej ciepły uśmiech i zauważył, że dziewczyna lekko się trzęsie- Zimno ci?- Zapytał zmartwiony zdejmując swoją czarną bluzę i wkładając ją na swoją przyszłą żonę
-Troszkę za duża.- Zauważyła Lucy z rozbawieniem lekko podciągając za długie rękawy i wyciągając swoje długie brązowe włosy spod bluzy, które kaskadą rozlewały się po jej plecach
-Lepsza za duża niż żadna.- Objął ją czułym gestem i o dziwo nic jej to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, nawet jej się spodobało- Może to nie był dobry pomysł, by iść na spacer?
-A mi się wydaje, że jest idealnie.- Odparła Lucy
-Taa, mi też by było idealnie jakbym miał bluzę.- Zaśmiał się
-Aj, nie pomyślałam o tym.- Wystraszyła sie- Może jednak wracajmy?
-Nie! Żartowałem.- Szybko ją uspokoił- Fakt, jest mi trochę zimno...- Zaczął, lecz spojrzał w oczy Lucy i się zamyślił
-Coś nie tak?- Zapytała nie wiedząc o co chodzi
-Nie, nie. Wszystko ok.- Zaprzeczył odwracając wzrok i drapią się po głowie. Dalej spacerowali w ciszy. W tym czasie Adam próbował obmyślić plan jak ją pocałować i jednocześnie nie zrazić jej do siebie. Pomyślał, że obejmowanie jej to i tak całkiem niezły początek, a o całowaniu woli na razie nie mówić. Przystanął, a ona razem z nim:
-Może jeszcze raz przećwiczymy nasz taniec?- Zaproponował
-Jeszcze ci sie to nie znudziło?- Zapytała zmęczonym głosem
-Znudziło, ale jak ostatni raz to przećwiczymy to mniejsze szanse, że się jutro pomylimy.- Wytłumaczył spokojnie, po czym szybkim ruchem staną przed nią, położył swoją dłoń na miejscu, gdzie powinno być biodro, lecz aktualnie było zakopane pod fałdami jego czarnej bluzy. Następnie ujął jej dłoń w swoją i poczekał, że ona położy mu rękę na ramieniu. Oczywiście delikatnie się pochylił, aby było jej bardziej komfortowo. I wtedy zaczęli po raz setny wykonywać ten sam układ kroków, który oboje znali na pamięć. Adam uznał, że chyba to będzie odpowiedni moment, by poruszyć temat całowania:
-Emm... Lucy.- Zaczął, a ona zadarła głowę do góry i z wyczekiwaniem zaczęła wpatrywać się w jego oczy- No bo... Nie wiem jak ci to powiedzieć...
-Co powiedzieć?- Zapytała gwałtownie blednąc
-To jest trochę związane ze ślubem...- Powiedział niechętnie
-Nie chcesz się ze mną żenić? Wolisz jakąś inną dziewczynę? Rozmyśliłeś się?- Zgadywała; o dziwo czuła sie jakby ktoś wbijał jej tasak w plecy; nie widziała, że aż tak polubiła Adama
-Nie! Zupełnie nie o to chodzi.- Szybko jej przerwał- Jak mogłaś tak pomyśleć? Przecież mi zależy tylko i wyłącznie na tobie, nie chcę żadnej innej dziewczyny.- Zatrzymał się i delikatnie położył swe duże dłonie na jej smukłych ramionach-Słuchaj Lucy. Wiem, że mogę ci się nie podobać oraz, że prawdopodobnie nigdy się we mnie nie zakochasz, że możesz mnie tylko lubić, ale wiedz, że ja ciebie kocham.- Poczerwieniał na twarzy w sumie tak samo jak dziewczyna, która nie wiedziała co myśleć- I będę cię kochać, już zawsze, nawet jeżeli ty nie będziesz mnie kochała.- Wyznał jej to co czuł i delikatnie prawą dłonią pogładził jej policzek.- Odkładałem to jak najpóźniej, bo nie chciałem, byś mnie nienawidziła oraz żebyś nie myślała o mnie źle. Ale teraz po prostu musimy to zrobić, jutro będzie ci lżej.- Miał świadomość, że mówi jak psychopata, ale nie mógł nic na to poradzić
-Adam.- W końcu się odezwała nie patrząc na niego
-Słucham...- Nie wiedział czego ma się spodziewać
-Dziękuję ci. Dziękuję, że liczysz się z moimi uczuciami.- Popatrzyła na niego, a on dostrzegł w jej oczach łzy
-L-Lucy, ja... Ja nie chciałem....- Wystraszył się, że wszytko popsuł
-Jestem ci za to wdzięczna.- Uśmiechnęła się i wytarła łzy zanim zmoczyły jej czerwone policzki- Rób to co uważasz za słuszne.- Była gotowa mu usługiwać, być na każdy jego rozkaz. Co z tego, że nigdy nie zazna smaku miłości, lubiła Adama i chciała być przy nim niż przy kimś innym. Wiedziała, że on nie będzie chciał jej skrzywdzić oraz będzie o nią dbał
-Jesteś tego pewna? To znaczy, czy się nie obrazisz albo coś?- Chciał się upewnić
-Nie.- Odparła z nutą wahania w głosie, po czym poczuła jak jego ciepłe dłonie obejmują jej kark. Przeszył ją dreszcz, wszystko wokoło powoli cichło, czas jakby się zatrzymał. Nie miała bladego pojęcia co się wokół niej dzieje. Wiedziała tylko, że Adam pochylił się i ich usta zostały złączone w krótkim i delikatnym pocałunku. Kiedy się od niej odsunął Lucy poczuła, że ma nogi z waty, i że nie wystoi dłużej niż dwie sekundy. Chłopak czule ją do siebie przytulił, więc nie upadła. Mocno go objęła i wsłuchiwała się w jego przyspieszony oddech. Jak on ciężko oddycha, jak po przebiegnięciu maratonu, pomyślała i jeszcze mocniej się w niego wtuliła:
-Było aż tak źle?- Zapytał z nadzieją w głosie
-Ch-chyba nie. Możemy jeszcze raz?- Nie odpowiedział tylko znów ją pocałował, bardziej pewnie- Jeszcze raz.- Wyszeptała; z każdym pocałunkiem czuła, że jej żołądek robi salto, lecz się tym nie przejmowała. Ćwiczyli pocałunki, dopóki nie zaczął padać deszcz:
-Wracajmy, bo zachorujesz i nici z wesela.- Popatrzył na nią troskliwie i pobiegli do domu.
-Brr. Ale zimno.- Zatrzęsła się
-Może jeszcze jeden pocałunek?- Zaproponował w geście żartu, lecz ona pokiwała twierdząco głową, więc ją pocałował- Lepiej?
-Mhm.- Posłała mu radosny uśmiech; już pocałunki nie sprawiały jej problemów
-Odprowadzę cię do twojego pokoju.- Oznajmił i tak zrobił; szli i rozmawiali o jutrzejszym dniu, aż nieoczekiwanie znaleźli się pod pokojem Lucy:
-To do jutra.- Pożegnała się
-Tak, do jutra.- Uśmiechnął się do niej i ruszył korytarzem do swego pokoju przy okazji słysząc dźwięk zamykanych drzwi
-Stresujesz się?- Zadał jej pytanie Adam
-Nie wiem.- Odparła nie patrząc na niego- A ty?
-Trochę.- Przyznał- Ale mam dobre przeczucie.- Posłał jej ciepły uśmiech i zauważył, że dziewczyna lekko się trzęsie- Zimno ci?- Zapytał zmartwiony zdejmując swoją czarną bluzę i wkładając ją na swoją przyszłą żonę
-Troszkę za duża.- Zauważyła Lucy z rozbawieniem lekko podciągając za długie rękawy i wyciągając swoje długie brązowe włosy spod bluzy, które kaskadą rozlewały się po jej plecach
-Lepsza za duża niż żadna.- Objął ją czułym gestem i o dziwo nic jej to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, nawet jej się spodobało- Może to nie był dobry pomysł, by iść na spacer?
-A mi się wydaje, że jest idealnie.- Odparła Lucy
-Taa, mi też by było idealnie jakbym miał bluzę.- Zaśmiał się
-Aj, nie pomyślałam o tym.- Wystraszyła sie- Może jednak wracajmy?
-Nie! Żartowałem.- Szybko ją uspokoił- Fakt, jest mi trochę zimno...- Zaczął, lecz spojrzał w oczy Lucy i się zamyślił
-Coś nie tak?- Zapytała nie wiedząc o co chodzi
-Nie, nie. Wszystko ok.- Zaprzeczył odwracając wzrok i drapią się po głowie. Dalej spacerowali w ciszy. W tym czasie Adam próbował obmyślić plan jak ją pocałować i jednocześnie nie zrazić jej do siebie. Pomyślał, że obejmowanie jej to i tak całkiem niezły początek, a o całowaniu woli na razie nie mówić. Przystanął, a ona razem z nim:
-Może jeszcze raz przećwiczymy nasz taniec?- Zaproponował
-Jeszcze ci sie to nie znudziło?- Zapytała zmęczonym głosem
-Znudziło, ale jak ostatni raz to przećwiczymy to mniejsze szanse, że się jutro pomylimy.- Wytłumaczył spokojnie, po czym szybkim ruchem staną przed nią, położył swoją dłoń na miejscu, gdzie powinno być biodro, lecz aktualnie było zakopane pod fałdami jego czarnej bluzy. Następnie ujął jej dłoń w swoją i poczekał, że ona położy mu rękę na ramieniu. Oczywiście delikatnie się pochylił, aby było jej bardziej komfortowo. I wtedy zaczęli po raz setny wykonywać ten sam układ kroków, który oboje znali na pamięć. Adam uznał, że chyba to będzie odpowiedni moment, by poruszyć temat całowania:
-Emm... Lucy.- Zaczął, a ona zadarła głowę do góry i z wyczekiwaniem zaczęła wpatrywać się w jego oczy- No bo... Nie wiem jak ci to powiedzieć...
-Co powiedzieć?- Zapytała gwałtownie blednąc
-To jest trochę związane ze ślubem...- Powiedział niechętnie
-Nie chcesz się ze mną żenić? Wolisz jakąś inną dziewczynę? Rozmyśliłeś się?- Zgadywała; o dziwo czuła sie jakby ktoś wbijał jej tasak w plecy; nie widziała, że aż tak polubiła Adama
-Nie! Zupełnie nie o to chodzi.- Szybko jej przerwał- Jak mogłaś tak pomyśleć? Przecież mi zależy tylko i wyłącznie na tobie, nie chcę żadnej innej dziewczyny.- Zatrzymał się i delikatnie położył swe duże dłonie na jej smukłych ramionach-Słuchaj Lucy. Wiem, że mogę ci się nie podobać oraz, że prawdopodobnie nigdy się we mnie nie zakochasz, że możesz mnie tylko lubić, ale wiedz, że ja ciebie kocham.- Poczerwieniał na twarzy w sumie tak samo jak dziewczyna, która nie wiedziała co myśleć- I będę cię kochać, już zawsze, nawet jeżeli ty nie będziesz mnie kochała.- Wyznał jej to co czuł i delikatnie prawą dłonią pogładził jej policzek.- Odkładałem to jak najpóźniej, bo nie chciałem, byś mnie nienawidziła oraz żebyś nie myślała o mnie źle. Ale teraz po prostu musimy to zrobić, jutro będzie ci lżej.- Miał świadomość, że mówi jak psychopata, ale nie mógł nic na to poradzić
-Adam.- W końcu się odezwała nie patrząc na niego
-Słucham...- Nie wiedział czego ma się spodziewać
-Dziękuję ci. Dziękuję, że liczysz się z moimi uczuciami.- Popatrzyła na niego, a on dostrzegł w jej oczach łzy
-L-Lucy, ja... Ja nie chciałem....- Wystraszył się, że wszytko popsuł
-Jestem ci za to wdzięczna.- Uśmiechnęła się i wytarła łzy zanim zmoczyły jej czerwone policzki- Rób to co uważasz za słuszne.- Była gotowa mu usługiwać, być na każdy jego rozkaz. Co z tego, że nigdy nie zazna smaku miłości, lubiła Adama i chciała być przy nim niż przy kimś innym. Wiedziała, że on nie będzie chciał jej skrzywdzić oraz będzie o nią dbał
-Jesteś tego pewna? To znaczy, czy się nie obrazisz albo coś?- Chciał się upewnić
-Nie.- Odparła z nutą wahania w głosie, po czym poczuła jak jego ciepłe dłonie obejmują jej kark. Przeszył ją dreszcz, wszystko wokoło powoli cichło, czas jakby się zatrzymał. Nie miała bladego pojęcia co się wokół niej dzieje. Wiedziała tylko, że Adam pochylił się i ich usta zostały złączone w krótkim i delikatnym pocałunku. Kiedy się od niej odsunął Lucy poczuła, że ma nogi z waty, i że nie wystoi dłużej niż dwie sekundy. Chłopak czule ją do siebie przytulił, więc nie upadła. Mocno go objęła i wsłuchiwała się w jego przyspieszony oddech. Jak on ciężko oddycha, jak po przebiegnięciu maratonu, pomyślała i jeszcze mocniej się w niego wtuliła:
-Było aż tak źle?- Zapytał z nadzieją w głosie
-Ch-chyba nie. Możemy jeszcze raz?- Nie odpowiedział tylko znów ją pocałował, bardziej pewnie- Jeszcze raz.- Wyszeptała; z każdym pocałunkiem czuła, że jej żołądek robi salto, lecz się tym nie przejmowała. Ćwiczyli pocałunki, dopóki nie zaczął padać deszcz:
-Wracajmy, bo zachorujesz i nici z wesela.- Popatrzył na nią troskliwie i pobiegli do domu.
-Brr. Ale zimno.- Zatrzęsła się
-Może jeszcze jeden pocałunek?- Zaproponował w geście żartu, lecz ona pokiwała twierdząco głową, więc ją pocałował- Lepiej?
-Mhm.- Posłała mu radosny uśmiech; już pocałunki nie sprawiały jej problemów
-Odprowadzę cię do twojego pokoju.- Oznajmił i tak zrobił; szli i rozmawiali o jutrzejszym dniu, aż nieoczekiwanie znaleźli się pod pokojem Lucy:
-To do jutra.- Pożegnała się
-Tak, do jutra.- Uśmiechnął się do niej i ruszył korytarzem do swego pokoju przy okazji słysząc dźwięk zamykanych drzwi
sobota, 13 sierpnia 2016
Rozdział 13 Szał zakupów
Lucy spacerowała powoli korytarzem. Już ten perfidny czerwony dywan nie gryzł jej bosych stóp. Szła nie spiesząc się zbytnio. Nawet nie wiedziała dokąd iść. Adama prawdopodobnie nie było w domu, a nawet jeśli był to nie porozmawiałaby z nim, gdyż ma kilka pilnych spraw do załatwienia. Panu Arthurowi nie chciała przeszkadzać. Yvette nawet nie zwraca na nią uwagi, a Yuki opróżnia jej walizkę z butami jak zahipnotyzowana.
Spacerowała rozmyślając. Ciekawe co robi moja rodzina? Na pewno Kali kłóci się teraz z ojcem o ubranie, Jennifer biega w piżamie rozczochrana, a mama siedzi w ogrodzie i czyta jakąś książkę. Ech, jak bardzo jej brakowało tego rodzinnego zgiełku. Brakowało jej kogoś bliskiego, kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o każdej porze dnia i nocy. A może zadzwonię do nich? Przeleciało jej przez głowę, lecz szybko tą myśl odwiała, gdyż pewnie mieli swoje sprawy do załatwienia.
W końcu doszła do końca korytarza, a co za tym szło znalazła się w ogromnym salonie. Był cały oświetlony słońcem. Na samym środku salonu stała wielka kanapa, a na kanapie leżała Yvette i rozmawiała z kimś przez telefon. Nie chcąc jej przeszkadzać Lucy wycofała się z salonu i już zmierzała w stronę swojego pokoju, gdy usłyszała za sobą głos:
-Ej, mała, poczekaj!- Krzyknęła za nią rozbawiona przyszła teściowa- Co tam, kochanieńka?- Objęła ją ramieniem; Lucy przeczuwała, że to nie wróży nic dobrego- Właśnie zamawiałam dla was mszę.- Oznajmiła dumnym głosem prowadząc dziewczynę korytarzem; ubrana była w dosyć krótką intensywnie czerwoną sukienkę z podkreślonymi wydatnymi kształtami oraz wyraźnie zaznaczoną talią osy, której pozazdrościłaby jej każda kobieta. Na nogach miała wysokie również czerwone szpilki- Wiesz, uznałam, że powinnyśmy się bliżej poznać.- Posłała jej szeroki uśmiech, który przyprawił Lucy o ciarki na plecach- Co chcesz porobić najpierw? O, wiem! Wybierzemy się na zakupy! Tak jak każda przyszła teściowa i synowa.- Zawyrokowała i pociągnęła dziewczynę za sobą na dziedziniec, gdzie stało najnowsze czarne Porsche- Wsiadaj, maleńka.- Zachęciła ją wsiadając na miejsce kierowcy. Lucy przełknęła głośno ślinę, szybko zmówiła w myślach ,,Ojcze nasz" i również wsiadła do samochodu zapinając pasy oraz błagając Boga, by się ten dzień szybciej skończył i by go przeżyła. Chociaż, z drugiej strony, gdyby umarła to nie musiałaby brać ślubu z Adamem, ale zaraz, kto przeczyta książki, które zawsze chciała przeczytać? Nie, zdecydowanie musiała żyć, choćby po to, żeby przeczytać najnowsze książki...
Samochód ruszył z piskiem opon i pomknął asfaltową drogą zostawiając pałacyk Clockwork'ów w tyle:
-Lubisz Jason'a Derulo?- Zapytała Yvette nie czekając na odpowiedź oraz włączając radio, w którym zabrzmiała piosenka ,,Wiggle". Lucy nie cierpiała tej piosenki, tak samo jak czuła, że nie polubi Yvette choćby nie wiadomo jak bardzo tego chciała. Była kobietą, dla której liczy się tylko ona sama i nie obchodziło ją zdanie innych. Lucy uznała, że to cud, iż w ogóle zwróciła na nią uwagę, a może to podstęp? Lub po prostu Yvette nudziła się jak mops i uznała Lucy za swoje wybawienie. W każdym razie kobieta na drodze zachowywała się jak rasowa piratka drogowa. Przekraczała prędkość, tak samo jak z resztą linie ciągłe, nie ustępowała pierwszeństwa, przejeżdżała na czerwonym świetle, wyprzedzała innych kierowców na pasach dla pieszych. Lucy dziwiła się, że nie złapała jej policja i jakim cudem ma prawo jazdy. Gdy w końcu znalazły się w centrum handlowym tam zaczęło się prawdziwe piekło. Yvette ciągała ją za sobą do różnych sklepów z obcisłą i seksowną bielizną oraz innych sklepów z ubraniami typowymi dla niej. Za jakie grzechy? Pytała niemo Lucy Boga za każdym razem, gdy przekraczały próg sklepu. Na końcu Yvette wpadła na wręcz iście diabelski pomysł:
-Hej, mała. Może wpadniemy do sklepu z sukniami ślubnymi? Na pewno coś dla ciebie znajdziemy.- Oznajmiła pędząc do wcześniej wspominanego sklepu zostawiając Lucy ze swoimi zakupami samą na środku centrum handlowego.
-Nie cierpię tej baby.- Mruknęła poirytowana dziewczyna ruszając za Magnatką. Była wściekła, że w ogóle dała się w to wciągnąć. Ciekawe czy Yuki jej szuka? A co jeżeli nie posłuchała i zaczęła rozpakowywać walizkę z książkami. Ugh, udusi ją gołymi rękami! Z jej zamyślenia wyrwał ją irytujący głos Yvette:
-Patrz jaka piękna!- Wskazywała na białą niczym świeży śnieg oraz długą do samej ziemi suknię z wystawy- Koniecznie musisz ją przymierzyć!- Nakazała zabierając od niej torby i wpychając ją do wnętrza sklepu- Poprosimy suknię z wystawy.- Zwróciła się do ekspedientki wyniosłym tonem, kobieta spiorunowała ją wzrokiem i posłusznie podała jej suknię, która z kolei powędrowała do Lucy- No, leć się w nią ubrać.- Ponaglała, a nastolatka niechętnie wykonała jej polecenie. Ogólnie sukienka pasowałaby na nią jak ulał, gdyby miała większe piersi...
-Spokojnie, zawsze można wprowadzić kilka poprawek.- Uspokajała ekspedientka chcąca pozbyć się zarówno sukienki jak i klientek. Chyba też miała nienajlepszy humor. Lucy czuła się w tej sukience całkiem nieźle. Nigdzie jej nie uciskała, była wygodna, nie drapała w skórę, chociaż to była tylko kwestia czasu. Ostatecznie Yvette kupiła sukienkę cały czas wymyślając co raz to lepsze pomysły:
-Nie martw się, kupię ci staniki z push-up'em albo sobie wypchasz stanik, a w skrajności lekko przerobimy tą suknię.- Trajkotała, a Lucy tylko potakiwała tachając zakupy.
Do domu wróciły dopiero w nocy. Yvette uznała, że dziewczyna potrzebuje jeszcze cztery pary butów, rajstopy, welon, rękawiczki oraz koniecznie staniki z push-up'em. Nawet zamówiła fryzjera, makijażystkę oraz bukiet ślubny. Była z siebie dumna w przeciwieństwie do Lucy, która przeżyła chyba najgorszy dzień swojego życia. Kiedy wreszcie weszła do swojego pokoju i rzuciła się zmęczona na łóżko zauważyła, że przed szafą leży jedna z jej walizek:
-Jednak jej nie rozpakowała!- Ucieszyła się nabierając na nowo energii, po czym podpełzła do walizki, gdyż nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Powoli przeglądała jej zawartość i układała książki na półce nad łóżkiem. Kiedy wszystkie jej książki oddychały powietrzem z sypialni, zaczęła rozpakowywać swoje inne osobiste rzeczy, przez co spóźniła się na kolację:
-Proszę.- Krzyknęła słysząc pukanie do drzwi
-Lucy, już prawie po kolacji!- Ponaglała ją Yuki wchodząc do pokoju
-Co? Znaczy, słucham?- Zapytała wsuwając pod łóżko już opróżnioną walizkę
-Chodź na kolację.
-Już miałam iść.- Dziewczyna wstała z podłogi i chwiejnym krokiem ruszyła za swoją pokojówką
-Jak było na zakupach z panią Yvette?- Zachichotała Yuki
-Weź nawet nie pytaj. Powinni to dać w ,,Pile 3" do tortur z górnej półki. Na początku myślałam, że nie dojedziemy do tej galerii, a później zaczął się istny horror.- Zwierzyła jej się
-Wiem co czujesz. Też przez to przechodziłam...-Mówiła z rozbawieniem pokojówka
-Nie wiem co było z tego wszystkiego najgorsze: taszczenie jej zakupów, oglądanie jej w seksownej bieliźnie, przymierzanie sukienek, jakie mi wybierała czy słuchanie Jason'a Derulo...
-Zdecydowanie Jason Derulo.- Zaśmiała się Azjatka, przez co zaraziła swoim śmiechem Lucy...
Spacerowała rozmyślając. Ciekawe co robi moja rodzina? Na pewno Kali kłóci się teraz z ojcem o ubranie, Jennifer biega w piżamie rozczochrana, a mama siedzi w ogrodzie i czyta jakąś książkę. Ech, jak bardzo jej brakowało tego rodzinnego zgiełku. Brakowało jej kogoś bliskiego, kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o każdej porze dnia i nocy. A może zadzwonię do nich? Przeleciało jej przez głowę, lecz szybko tą myśl odwiała, gdyż pewnie mieli swoje sprawy do załatwienia.
W końcu doszła do końca korytarza, a co za tym szło znalazła się w ogromnym salonie. Był cały oświetlony słońcem. Na samym środku salonu stała wielka kanapa, a na kanapie leżała Yvette i rozmawiała z kimś przez telefon. Nie chcąc jej przeszkadzać Lucy wycofała się z salonu i już zmierzała w stronę swojego pokoju, gdy usłyszała za sobą głos:
-Ej, mała, poczekaj!- Krzyknęła za nią rozbawiona przyszła teściowa- Co tam, kochanieńka?- Objęła ją ramieniem; Lucy przeczuwała, że to nie wróży nic dobrego- Właśnie zamawiałam dla was mszę.- Oznajmiła dumnym głosem prowadząc dziewczynę korytarzem; ubrana była w dosyć krótką intensywnie czerwoną sukienkę z podkreślonymi wydatnymi kształtami oraz wyraźnie zaznaczoną talią osy, której pozazdrościłaby jej każda kobieta. Na nogach miała wysokie również czerwone szpilki- Wiesz, uznałam, że powinnyśmy się bliżej poznać.- Posłała jej szeroki uśmiech, który przyprawił Lucy o ciarki na plecach- Co chcesz porobić najpierw? O, wiem! Wybierzemy się na zakupy! Tak jak każda przyszła teściowa i synowa.- Zawyrokowała i pociągnęła dziewczynę za sobą na dziedziniec, gdzie stało najnowsze czarne Porsche- Wsiadaj, maleńka.- Zachęciła ją wsiadając na miejsce kierowcy. Lucy przełknęła głośno ślinę, szybko zmówiła w myślach ,,Ojcze nasz" i również wsiadła do samochodu zapinając pasy oraz błagając Boga, by się ten dzień szybciej skończył i by go przeżyła. Chociaż, z drugiej strony, gdyby umarła to nie musiałaby brać ślubu z Adamem, ale zaraz, kto przeczyta książki, które zawsze chciała przeczytać? Nie, zdecydowanie musiała żyć, choćby po to, żeby przeczytać najnowsze książki...
Samochód ruszył z piskiem opon i pomknął asfaltową drogą zostawiając pałacyk Clockwork'ów w tyle:
-Lubisz Jason'a Derulo?- Zapytała Yvette nie czekając na odpowiedź oraz włączając radio, w którym zabrzmiała piosenka ,,Wiggle". Lucy nie cierpiała tej piosenki, tak samo jak czuła, że nie polubi Yvette choćby nie wiadomo jak bardzo tego chciała. Była kobietą, dla której liczy się tylko ona sama i nie obchodziło ją zdanie innych. Lucy uznała, że to cud, iż w ogóle zwróciła na nią uwagę, a może to podstęp? Lub po prostu Yvette nudziła się jak mops i uznała Lucy za swoje wybawienie. W każdym razie kobieta na drodze zachowywała się jak rasowa piratka drogowa. Przekraczała prędkość, tak samo jak z resztą linie ciągłe, nie ustępowała pierwszeństwa, przejeżdżała na czerwonym świetle, wyprzedzała innych kierowców na pasach dla pieszych. Lucy dziwiła się, że nie złapała jej policja i jakim cudem ma prawo jazdy. Gdy w końcu znalazły się w centrum handlowym tam zaczęło się prawdziwe piekło. Yvette ciągała ją za sobą do różnych sklepów z obcisłą i seksowną bielizną oraz innych sklepów z ubraniami typowymi dla niej. Za jakie grzechy? Pytała niemo Lucy Boga za każdym razem, gdy przekraczały próg sklepu. Na końcu Yvette wpadła na wręcz iście diabelski pomysł:
-Hej, mała. Może wpadniemy do sklepu z sukniami ślubnymi? Na pewno coś dla ciebie znajdziemy.- Oznajmiła pędząc do wcześniej wspominanego sklepu zostawiając Lucy ze swoimi zakupami samą na środku centrum handlowego.
-Nie cierpię tej baby.- Mruknęła poirytowana dziewczyna ruszając za Magnatką. Była wściekła, że w ogóle dała się w to wciągnąć. Ciekawe czy Yuki jej szuka? A co jeżeli nie posłuchała i zaczęła rozpakowywać walizkę z książkami. Ugh, udusi ją gołymi rękami! Z jej zamyślenia wyrwał ją irytujący głos Yvette:
-Patrz jaka piękna!- Wskazywała na białą niczym świeży śnieg oraz długą do samej ziemi suknię z wystawy- Koniecznie musisz ją przymierzyć!- Nakazała zabierając od niej torby i wpychając ją do wnętrza sklepu- Poprosimy suknię z wystawy.- Zwróciła się do ekspedientki wyniosłym tonem, kobieta spiorunowała ją wzrokiem i posłusznie podała jej suknię, która z kolei powędrowała do Lucy- No, leć się w nią ubrać.- Ponaglała, a nastolatka niechętnie wykonała jej polecenie. Ogólnie sukienka pasowałaby na nią jak ulał, gdyby miała większe piersi...
-Spokojnie, zawsze można wprowadzić kilka poprawek.- Uspokajała ekspedientka chcąca pozbyć się zarówno sukienki jak i klientek. Chyba też miała nienajlepszy humor. Lucy czuła się w tej sukience całkiem nieźle. Nigdzie jej nie uciskała, była wygodna, nie drapała w skórę, chociaż to była tylko kwestia czasu. Ostatecznie Yvette kupiła sukienkę cały czas wymyślając co raz to lepsze pomysły:
-Nie martw się, kupię ci staniki z push-up'em albo sobie wypchasz stanik, a w skrajności lekko przerobimy tą suknię.- Trajkotała, a Lucy tylko potakiwała tachając zakupy.
Do domu wróciły dopiero w nocy. Yvette uznała, że dziewczyna potrzebuje jeszcze cztery pary butów, rajstopy, welon, rękawiczki oraz koniecznie staniki z push-up'em. Nawet zamówiła fryzjera, makijażystkę oraz bukiet ślubny. Była z siebie dumna w przeciwieństwie do Lucy, która przeżyła chyba najgorszy dzień swojego życia. Kiedy wreszcie weszła do swojego pokoju i rzuciła się zmęczona na łóżko zauważyła, że przed szafą leży jedna z jej walizek:
-Jednak jej nie rozpakowała!- Ucieszyła się nabierając na nowo energii, po czym podpełzła do walizki, gdyż nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Powoli przeglądała jej zawartość i układała książki na półce nad łóżkiem. Kiedy wszystkie jej książki oddychały powietrzem z sypialni, zaczęła rozpakowywać swoje inne osobiste rzeczy, przez co spóźniła się na kolację:
-Proszę.- Krzyknęła słysząc pukanie do drzwi
-Lucy, już prawie po kolacji!- Ponaglała ją Yuki wchodząc do pokoju
-Co? Znaczy, słucham?- Zapytała wsuwając pod łóżko już opróżnioną walizkę
-Chodź na kolację.
-Już miałam iść.- Dziewczyna wstała z podłogi i chwiejnym krokiem ruszyła za swoją pokojówką
-Jak było na zakupach z panią Yvette?- Zachichotała Yuki
-Weź nawet nie pytaj. Powinni to dać w ,,Pile 3" do tortur z górnej półki. Na początku myślałam, że nie dojedziemy do tej galerii, a później zaczął się istny horror.- Zwierzyła jej się
-Wiem co czujesz. Też przez to przechodziłam...-Mówiła z rozbawieniem pokojówka
-Nie wiem co było z tego wszystkiego najgorsze: taszczenie jej zakupów, oglądanie jej w seksownej bieliźnie, przymierzanie sukienek, jakie mi wybierała czy słuchanie Jason'a Derulo...
-Zdecydowanie Jason Derulo.- Zaśmiała się Azjatka, przez co zaraziła swoim śmiechem Lucy...
środa, 10 sierpnia 2016
Rozdział 12 Rozpakowane walizki
Gdy tylko dotarły do jednego ze śnieżnobiałych pokoi wypełnionym jeszcze porannym słońcem Yuki dopadła leżące na środku pokoju walizki Lucy:
-Czekaj!- Zaprotestowała, a pokojówka szybkim ruchem odsunęła się od walizek- Czemu mam mieszkać w tym pokoju?- Zapytała łagodnym głosem mrużąc oczy od rażącej bieli
-Nie podoba ci się ten pokój?- Odpowiedziała pytaniem Yuki; jej biel nie przeszkadzała
-Nie żebym była wybredna...- Zaczęła Lucy skubiąc niespokojnie jedno pasmo swoich włosów- Ale nie da się w nim wysiedzieć dłużej niż kilka sekund.- Wytłumaczyła- Ta biel jest wręcz... porażająca...
-Zawsze można zaciągnąć zasłony.- Pocieszyła ją pokojówka przysłaniając lekko okna, a dziewczyna westchnęła zrezygnowana, po czym podeszła do swych bagaży i otworzyła walizki z ubraniami.
-Wow!- Zachwyciła się Yuki- Ile masz tu ubrań! Tylko co godzina zakładać co innego.- Rozmarzyła się, a jej oczy rozbłysły
-Chcesz to mogę ci kilka kiecek oddać.- Zaproponowała dobrodusznie Lucy; jej do życia wystarczyła para jeansów i jakiś luźny sweter...
-Nie!- Zaprotestowała Yuki z ożywieniem gestykulując rękami- Nie mogę! Muszę cały czas chodzić w tym.- Pokazała na swe ubranie z nutą urazy w głosie- Ale zawsze mogę ciebie wystroić.- Klasnęła w dłonie- O ile chciałabyś mnie na swoją prywatną służkę.- Zasmuciła się; zadziwiające jak szybko zmieniał jej się nastrój
-To tak można?- Zaciekawiła się Lucy czego nie miała w zwyczaju
-Mhm. Arnie jest prywatnym lokajem pana Arthura i jego syna, a pani Yvette nie ma żadnej służki, bo jej nie potrzebuje.- Wyjaśniła krótko pokojówka myśląc z rozmarzeniem o Adamie; odkąd tu przyjechała zawsze jej się podobał, nawet teraz, kiedy wiedziała, że ma narzeczoną; o dziwo nie czuła niechęci do Lucy, bo wiedziała, że on nigdy nie zwróci na nią uwagi...
-Aha. A co taka prywatna służka robi?- Zapytała ciekawskim głosem Lucy wyrywając Yuki z jej marzeń o Adamie
-Noo może na przykład ubierać swoją panią, doradzać jej, ciągle jej towarzyszy, ale bez przesady, jest jej najlepszą przyjaciółką i takie tam inne bajery.
-Och. Ciekawe.- Lucy pierwszy raz słyszała o prywatnych służkach, znaczy widziała wcześniej na bankiecie jak Magnaci chodzą ze służącymi, ale zawsze wtedy myślała, że oni są bardziej dla ozdoby niż towarzystwa... A poza tym w jej klasie społecznej nie posiadało się prywatnych służących. Co prawda Arystokraci byli dosyć bogaci, ale nie potrzebowali towarzystwa w formie pokojówki albo lokaja... Przez krótką chwilę wyobraziła sobie jakby to Yuki była jej prywatną służką i ta myśl nawet jej się spodobała- To chcesz być moją pokojówką?
-Taaaak!- Pisnęła radośnie służąca- Oczywiście!- Zaczęła skakać z radości po pokoju imitując taniec
-Nie chcę ci tego momentu przerywać, ale chciałabym, byś mi doradziła w co się ubrać.- Przerwała jej niechętnie Lucy; nie wiedzieć czemu skojarzyła Yuki ze swoimi młodszymi siostrami. Może dlatego, że były równie energiczne jak ta pokojówka
-Już!- Nie wiadomo jak Yuki pojawiła się przy Lucy i przeglądała jej walizki- Masz tu za dużo czerni i bieli.- Zauważyła- Ale to nic. Zaraz coś się dla ciebie znajdzie.
-Mhm.- Przytakiwała Lucy i obserwowała jak jej ubrania lądują na białym dywanie zupełnie go zakrywając
-Ooo, jakie to słodziaśne!- Krzyknęła podekscytowanym głosem pokojówka wyjmując jej jasno żółtą bluzę ze śpiącym na środku Pikachu z napisem ,,I want sleep". Dostała tą bluzę od swoich rodziców pół roku temu na święta, lecz nigdy jej nie założyła.- Zaraz coś ci do tego dobiorę.- Oznajmiła z ożywieniem podając bluzę Lucy i zaczęła grzebać w walizce- O! Mam! Przymierz to.- Rzuciła jej do tego lekko podarte jeansy z podwiniętymi nogawkami. Wyszła do łazienki, która znajdowała się dokładnie na przeciwko jej łóżka i ubrała się w to co dała jej Yuki. Przejrzała się w lustrze, które zajmowało całą ścianę przestronnej łazienki, która nieznośnie przypominała jej wcześniejszą łazienkę, tylko że ta była gdzieś z trzy razy większa... Cóż, nie wyglądała najgorzej, nawet musiała przyznać, że wygląda świetnie. Yuki ma na prawdę świetnego nosa do stylizacji. Kiedy wróciła do sypialni wszystkie jej ubrania były elegancko poukładane w gigantycznej szafie, która stała przy prostopadłej ścianie od łóżka po jego lewej stronie czyli na przeciwko drzwi wejściowych do pokoju. Dwie walizki leżały sobie spokojnie pod łóżkiem czekając aż znów kiedyś przydadzą się swojej właścicielce; na początku Lucy myślała, że jej pokojówka jest bałaganiarą, a tu taka niespodzianka...
-Pozostałych walizek nie rozpakowywałam.- Oznajmiła Yuki z dumą w głosie
-Dzięki.- Podziękowała Lucy i otworzyła dwie pozostałe i dopiero w tym momencie Yuki skapnęła się, że jej pani wygląda olśniewająco w tych ubraniach
-Yay! Wyglądasz przesłodziaśnie!- Krzyknęła uśmiechając się szeroko z osiągniętego rezultatu, po czym zajrzała do walizki z butami- Zaraz dobiorę ci do tego jakieś buty, no bo przecież nie będziesz paradowała po domu na bosaka.- Wyjaśniła grzebiąc się w torbie
-A nie dostanę jakichś kapci?
-Nie. I tak codziennie podłogi są odkurzane z jakieś sześć razy.- Odparła beztrosko, jakby obowiązek ogarniania domu już jej nie dotyczył
-Aha.
-Masz.- Podała jej krótkie trampki Converse All Star w kolorze czarnym niczym jej oczy- Powinny do tego pasować.- Zapewniała ją i nagle coś się jej przypomniało- Czekaj! Masz, jeszcze skarpety.
-Dziękuję.- Podziękowała jej Lucy najpierw odbierając jej swoje białe stopki, a później je zakładając na bose stopy, których podeszwa była lekko zaczerwieniona od gryzącego czerwonego dywanu. Gdy skarpetki spoczywały na jej stopach założyła jeszcze trampki i już była gotowa. Spostrzegła, że Yuki starannie i równo niczym robot układa w szafie na najniższej półce buty Lucy:
-Co ty...?- Zaczęła, lecz pokojówka przerwała jej zamaszystym gestem i kontynuowała układanie butów- Aha... Tylko nie ruszaj ostatniej walizki.- Uprzedziła ją Lucy
-Tak jest!- Zasalutowała jej Yuki na chwilę obracając się na kolanach w jej stronę i przerywając swoją pracę; Lucy posłała jej ciepły uśmiech i wyszła z pokoju...
-Czekaj!- Zaprotestowała, a pokojówka szybkim ruchem odsunęła się od walizek- Czemu mam mieszkać w tym pokoju?- Zapytała łagodnym głosem mrużąc oczy od rażącej bieli
-Nie podoba ci się ten pokój?- Odpowiedziała pytaniem Yuki; jej biel nie przeszkadzała
-Nie żebym była wybredna...- Zaczęła Lucy skubiąc niespokojnie jedno pasmo swoich włosów- Ale nie da się w nim wysiedzieć dłużej niż kilka sekund.- Wytłumaczyła- Ta biel jest wręcz... porażająca...
-Zawsze można zaciągnąć zasłony.- Pocieszyła ją pokojówka przysłaniając lekko okna, a dziewczyna westchnęła zrezygnowana, po czym podeszła do swych bagaży i otworzyła walizki z ubraniami.
-Wow!- Zachwyciła się Yuki- Ile masz tu ubrań! Tylko co godzina zakładać co innego.- Rozmarzyła się, a jej oczy rozbłysły
-Chcesz to mogę ci kilka kiecek oddać.- Zaproponowała dobrodusznie Lucy; jej do życia wystarczyła para jeansów i jakiś luźny sweter...
-Nie!- Zaprotestowała Yuki z ożywieniem gestykulując rękami- Nie mogę! Muszę cały czas chodzić w tym.- Pokazała na swe ubranie z nutą urazy w głosie- Ale zawsze mogę ciebie wystroić.- Klasnęła w dłonie- O ile chciałabyś mnie na swoją prywatną służkę.- Zasmuciła się; zadziwiające jak szybko zmieniał jej się nastrój
-To tak można?- Zaciekawiła się Lucy czego nie miała w zwyczaju
-Mhm. Arnie jest prywatnym lokajem pana Arthura i jego syna, a pani Yvette nie ma żadnej służki, bo jej nie potrzebuje.- Wyjaśniła krótko pokojówka myśląc z rozmarzeniem o Adamie; odkąd tu przyjechała zawsze jej się podobał, nawet teraz, kiedy wiedziała, że ma narzeczoną; o dziwo nie czuła niechęci do Lucy, bo wiedziała, że on nigdy nie zwróci na nią uwagi...
-Aha. A co taka prywatna służka robi?- Zapytała ciekawskim głosem Lucy wyrywając Yuki z jej marzeń o Adamie
-Noo może na przykład ubierać swoją panią, doradzać jej, ciągle jej towarzyszy, ale bez przesady, jest jej najlepszą przyjaciółką i takie tam inne bajery.
-Och. Ciekawe.- Lucy pierwszy raz słyszała o prywatnych służkach, znaczy widziała wcześniej na bankiecie jak Magnaci chodzą ze służącymi, ale zawsze wtedy myślała, że oni są bardziej dla ozdoby niż towarzystwa... A poza tym w jej klasie społecznej nie posiadało się prywatnych służących. Co prawda Arystokraci byli dosyć bogaci, ale nie potrzebowali towarzystwa w formie pokojówki albo lokaja... Przez krótką chwilę wyobraziła sobie jakby to Yuki była jej prywatną służką i ta myśl nawet jej się spodobała- To chcesz być moją pokojówką?
-Taaaak!- Pisnęła radośnie służąca- Oczywiście!- Zaczęła skakać z radości po pokoju imitując taniec
-Nie chcę ci tego momentu przerywać, ale chciałabym, byś mi doradziła w co się ubrać.- Przerwała jej niechętnie Lucy; nie wiedzieć czemu skojarzyła Yuki ze swoimi młodszymi siostrami. Może dlatego, że były równie energiczne jak ta pokojówka
-Już!- Nie wiadomo jak Yuki pojawiła się przy Lucy i przeglądała jej walizki- Masz tu za dużo czerni i bieli.- Zauważyła- Ale to nic. Zaraz coś się dla ciebie znajdzie.
-Mhm.- Przytakiwała Lucy i obserwowała jak jej ubrania lądują na białym dywanie zupełnie go zakrywając
-Ooo, jakie to słodziaśne!- Krzyknęła podekscytowanym głosem pokojówka wyjmując jej jasno żółtą bluzę ze śpiącym na środku Pikachu z napisem ,,I want sleep". Dostała tą bluzę od swoich rodziców pół roku temu na święta, lecz nigdy jej nie założyła.- Zaraz coś ci do tego dobiorę.- Oznajmiła z ożywieniem podając bluzę Lucy i zaczęła grzebać w walizce- O! Mam! Przymierz to.- Rzuciła jej do tego lekko podarte jeansy z podwiniętymi nogawkami. Wyszła do łazienki, która znajdowała się dokładnie na przeciwko jej łóżka i ubrała się w to co dała jej Yuki. Przejrzała się w lustrze, które zajmowało całą ścianę przestronnej łazienki, która nieznośnie przypominała jej wcześniejszą łazienkę, tylko że ta była gdzieś z trzy razy większa... Cóż, nie wyglądała najgorzej, nawet musiała przyznać, że wygląda świetnie. Yuki ma na prawdę świetnego nosa do stylizacji. Kiedy wróciła do sypialni wszystkie jej ubrania były elegancko poukładane w gigantycznej szafie, która stała przy prostopadłej ścianie od łóżka po jego lewej stronie czyli na przeciwko drzwi wejściowych do pokoju. Dwie walizki leżały sobie spokojnie pod łóżkiem czekając aż znów kiedyś przydadzą się swojej właścicielce; na początku Lucy myślała, że jej pokojówka jest bałaganiarą, a tu taka niespodzianka...
-Pozostałych walizek nie rozpakowywałam.- Oznajmiła Yuki z dumą w głosie
-Dzięki.- Podziękowała Lucy i otworzyła dwie pozostałe i dopiero w tym momencie Yuki skapnęła się, że jej pani wygląda olśniewająco w tych ubraniach
-Yay! Wyglądasz przesłodziaśnie!- Krzyknęła uśmiechając się szeroko z osiągniętego rezultatu, po czym zajrzała do walizki z butami- Zaraz dobiorę ci do tego jakieś buty, no bo przecież nie będziesz paradowała po domu na bosaka.- Wyjaśniła grzebiąc się w torbie
-A nie dostanę jakichś kapci?
-Nie. I tak codziennie podłogi są odkurzane z jakieś sześć razy.- Odparła beztrosko, jakby obowiązek ogarniania domu już jej nie dotyczył
-Aha.
-Masz.- Podała jej krótkie trampki Converse All Star w kolorze czarnym niczym jej oczy- Powinny do tego pasować.- Zapewniała ją i nagle coś się jej przypomniało- Czekaj! Masz, jeszcze skarpety.
-Dziękuję.- Podziękowała jej Lucy najpierw odbierając jej swoje białe stopki, a później je zakładając na bose stopy, których podeszwa była lekko zaczerwieniona od gryzącego czerwonego dywanu. Gdy skarpetki spoczywały na jej stopach założyła jeszcze trampki i już była gotowa. Spostrzegła, że Yuki starannie i równo niczym robot układa w szafie na najniższej półce buty Lucy:
-Co ty...?- Zaczęła, lecz pokojówka przerwała jej zamaszystym gestem i kontynuowała układanie butów- Aha... Tylko nie ruszaj ostatniej walizki.- Uprzedziła ją Lucy
-Tak jest!- Zasalutowała jej Yuki na chwilę obracając się na kolanach w jej stronę i przerywając swoją pracę; Lucy posłała jej ciepły uśmiech i wyszła z pokoju...
sobota, 6 sierpnia 2016
Rozdział 11 Yuki
Gdy znów znaleźli się w pokoju muzycznym Lucy niczym przyciągnięta magnesem siadła od razu do fortepianu i już miała coś zagrać, gdy poczuła coś na swoich plecach, barkach i głowie. To Adam przytulił się od niej do tyłu, jego ręce oplatały ją niczym gigantyczny i niewygodny naszyjnik, a jego podbródek spoczywał na jej głowie:
-Ekhem.- Lucy starała się dyskretnie dać mu do zrozumienia, by zostawił ją w spokoju, lecz nie zareagował. Spokojnie, to tylko kwestia przyzwyczajenia, myślała i z westchnieniem zaczęła grać ,,Hallelujah". Z jej ust wypłynęły słowa piosenki, które idealnie zlewały się w całość z przyjemnymi dźwiękami klawiszy. O dziwo do niej dołączył się Adam, który pomimo fałszowania też ładnie śpiewał. Śpiewali razem, słowo po słowie, aż w końcu skończył się tekst. Oboje ze zdziwieniem stwierdzili ten fakt, po czym wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem. Adam zauważył, że Lucy ma piękny śmiech i zapragnął ją pocałować, lecz się powstrzymał. Wiedział, że jest jeszcze za wcześnie, a poza tym nie chciał burzyć tego co zdołał od rana osiągnąć. Uważał, że powinien poczekać. Dzień przed ślubem spróbuje przyzwyczaić ją do siebie i do pocałunków, tak aby na ślubie nie wstydziła się go pocałować...
Z zamyślenia wyrwał go jej pogodny głos:
-Co teraz?
-Hmm... Może zagraj coś starego? Mam sentyment do starych piosenek.- Wyznał, a ona radośnie pokiwała głową i zaczęła grać ,,I need a hero" Bonie Tyler. Adam oczywiście znał tą piosenkę, więc ponownie razem śpiewali, co im nieźle wychodziło. Nagle znów w drzwiach pojawiła się pokojówka imieniem Yuki o azjatyckiej urodzie. Ubrana była jak każda inna pokojówka: w czarną sukienkę do kolan z długimi rękawami i białym fartuszkiem. Miała długie bordowe włosy do pasa z grzywką, które zakrywała jej całe czoło, a pasma okalające jej twarz lekko się zakręcały w wewnętrzną stronę. Jej oczy były niczym dwa małe węgliki; źrenice były wręcz niedostrzegalne, a skóra blada i lekko oliwkowa. Stała i przysłuchiwała się parze nastolatków i ich koncertowi. Lubiła kiedy ta nowa dziewczyna grała na fortepianie. Była do tego stworzona. A jeszcze większą radość sprawiało jej słuchanie śpiewającego panicza, który miał głos niczym anioł. I w sumie mógłby być aniołem. Nikt kogo do tej pory widziała nie miał tak blond włosów oraz intensywnie niebieskich spokojnych oczu:
-Coś się stało Yuki?- Zapytał Adam roześmianym głosem, kiedy skończyli grać
-Eeem... Nic, paniczu, nic. Ja tylko...- Próbowała się tłumaczyć
-Chciałaś posłuchać?- Dokończył, a ona nieśmiało pokiwała głową
-Jeśli chcesz możesz się do nas dosiąść.- Zaoferowała Lucy, a Adam posłał jej zdziwione spojrzenie
-Na prawdę mogę?- Zapytała nie dowierzając pokojówka
-Mhm.- Przytaknęli oboje równocześnie, a dziewczyna niepewnie podeszła do nich
-Może najpierw was sobie przedstawię?- Zaproponował blondyn i obie pokiwały głowami- Więc, to jest Lucy.- Powiedział spoglądając w jej stronę- Moja narzeczona.- Dodał po chwili- A to Yuki, jedna ze służących.- Spojrzał na pokojówkę, która uroczo się uśmiechała, ale nie tak urzekająco jak jego Lucy.
-Miło mi cię poznać.- Odezwała się Lucy
-Mi panienkę również.- Ukłoniła się zgrabnieYuki
-Proszę, mów mi po imieniu.- Poprosiła brunetka
-Jak sobie panienka życzy...- Nagle ktoś w progu chrząknął, a dziewczyna szybko się odwróciła i w drzwiach ujrzała Christoph'a, kamerdynera.
-Yuki.- Zaczął karcącym głosem- Znowu się obijasz?
-Nie! Jak możesz mi coś takiego zarzucać?!- Już nie była uroczą i nieśmiałą pokojóweczką tylko groźną małą samurajką...
-Normalnie.- Odparł spokojnym i lekko rozbawionym głosem wysoki, wręcz gigantyczny lokaj o ciemno blond włosach, które były zaczesane do tyłu, aby stworzyć niewielki kucyk; wyglądał mniej więcej na dwadzieścia, góra dwadzieścia pięć lat. Ubrany był w standardowy strój lokaja.
-Spokojnie, Chris. Zaprosiliśmy ją.- Adam stanął w obronie pokojówki
-Skoro tak panicz twierdzi.- Westchnął i już miał wychodzić, gdy coś mu się przypomniało- Paniczu?- Zaczął
-Tak?
-Pan Arthur szuka panicza i poza tym musi panicz jeszcze zajechać w pewne miejsca.- Przypomniał mu
-Na prawdę?- Zapytał zdumiony chłopak, a lokaj pokiwał głową- Ech, muszę cię niestety opuścić.- Zwrócił się do Lucy muskając palcami jej policzek- Yuki.- Zwrócił się do pokojówki- Spędzisz z nią resztę dnia.- Zawyrokował i opuścił pokój razem z wielkoludem zostawiając obie dziewczyny same
-To co robimy, Lucy?- Zapytała Yuki
-No, nie wiem. Jestem tutaj dopiero od jakichś pięciu godzin.- Odpowiedziała dziewczyna z niepewnym uśmiechem
-Byłaś już oprowadzana?
-Mhm.
-To może chodźmy do twojego pokoju. Znajdziemy dla ciebie inne ubranie, bo te jest trochę jakby pogniecione.- Zaproponowała Azjatka, a Lucy z przerażeniem stwierdziła, że jej jeansy są w opłakanym stanie.
-Dobry pomysł.- Zgodziła się i obie ruszyły w stronę pokoju Lucy...
-Ekhem.- Lucy starała się dyskretnie dać mu do zrozumienia, by zostawił ją w spokoju, lecz nie zareagował. Spokojnie, to tylko kwestia przyzwyczajenia, myślała i z westchnieniem zaczęła grać ,,Hallelujah". Z jej ust wypłynęły słowa piosenki, które idealnie zlewały się w całość z przyjemnymi dźwiękami klawiszy. O dziwo do niej dołączył się Adam, który pomimo fałszowania też ładnie śpiewał. Śpiewali razem, słowo po słowie, aż w końcu skończył się tekst. Oboje ze zdziwieniem stwierdzili ten fakt, po czym wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem. Adam zauważył, że Lucy ma piękny śmiech i zapragnął ją pocałować, lecz się powstrzymał. Wiedział, że jest jeszcze za wcześnie, a poza tym nie chciał burzyć tego co zdołał od rana osiągnąć. Uważał, że powinien poczekać. Dzień przed ślubem spróbuje przyzwyczaić ją do siebie i do pocałunków, tak aby na ślubie nie wstydziła się go pocałować...
Z zamyślenia wyrwał go jej pogodny głos:
-Co teraz?
-Hmm... Może zagraj coś starego? Mam sentyment do starych piosenek.- Wyznał, a ona radośnie pokiwała głową i zaczęła grać ,,I need a hero" Bonie Tyler. Adam oczywiście znał tą piosenkę, więc ponownie razem śpiewali, co im nieźle wychodziło. Nagle znów w drzwiach pojawiła się pokojówka imieniem Yuki o azjatyckiej urodzie. Ubrana była jak każda inna pokojówka: w czarną sukienkę do kolan z długimi rękawami i białym fartuszkiem. Miała długie bordowe włosy do pasa z grzywką, które zakrywała jej całe czoło, a pasma okalające jej twarz lekko się zakręcały w wewnętrzną stronę. Jej oczy były niczym dwa małe węgliki; źrenice były wręcz niedostrzegalne, a skóra blada i lekko oliwkowa. Stała i przysłuchiwała się parze nastolatków i ich koncertowi. Lubiła kiedy ta nowa dziewczyna grała na fortepianie. Była do tego stworzona. A jeszcze większą radość sprawiało jej słuchanie śpiewającego panicza, który miał głos niczym anioł. I w sumie mógłby być aniołem. Nikt kogo do tej pory widziała nie miał tak blond włosów oraz intensywnie niebieskich spokojnych oczu:
-Coś się stało Yuki?- Zapytał Adam roześmianym głosem, kiedy skończyli grać
-Eeem... Nic, paniczu, nic. Ja tylko...- Próbowała się tłumaczyć
-Chciałaś posłuchać?- Dokończył, a ona nieśmiało pokiwała głową
-Jeśli chcesz możesz się do nas dosiąść.- Zaoferowała Lucy, a Adam posłał jej zdziwione spojrzenie
-Na prawdę mogę?- Zapytała nie dowierzając pokojówka
-Mhm.- Przytaknęli oboje równocześnie, a dziewczyna niepewnie podeszła do nich
-Może najpierw was sobie przedstawię?- Zaproponował blondyn i obie pokiwały głowami- Więc, to jest Lucy.- Powiedział spoglądając w jej stronę- Moja narzeczona.- Dodał po chwili- A to Yuki, jedna ze służących.- Spojrzał na pokojówkę, która uroczo się uśmiechała, ale nie tak urzekająco jak jego Lucy.
-Miło mi cię poznać.- Odezwała się Lucy
-Mi panienkę również.- Ukłoniła się zgrabnieYuki
-Proszę, mów mi po imieniu.- Poprosiła brunetka
-Jak sobie panienka życzy...- Nagle ktoś w progu chrząknął, a dziewczyna szybko się odwróciła i w drzwiach ujrzała Christoph'a, kamerdynera.
-Yuki.- Zaczął karcącym głosem- Znowu się obijasz?
-Nie! Jak możesz mi coś takiego zarzucać?!- Już nie była uroczą i nieśmiałą pokojóweczką tylko groźną małą samurajką...
-Normalnie.- Odparł spokojnym i lekko rozbawionym głosem wysoki, wręcz gigantyczny lokaj o ciemno blond włosach, które były zaczesane do tyłu, aby stworzyć niewielki kucyk; wyglądał mniej więcej na dwadzieścia, góra dwadzieścia pięć lat. Ubrany był w standardowy strój lokaja.
-Spokojnie, Chris. Zaprosiliśmy ją.- Adam stanął w obronie pokojówki
-Skoro tak panicz twierdzi.- Westchnął i już miał wychodzić, gdy coś mu się przypomniało- Paniczu?- Zaczął
-Tak?
-Pan Arthur szuka panicza i poza tym musi panicz jeszcze zajechać w pewne miejsca.- Przypomniał mu
-Na prawdę?- Zapytał zdumiony chłopak, a lokaj pokiwał głową- Ech, muszę cię niestety opuścić.- Zwrócił się do Lucy muskając palcami jej policzek- Yuki.- Zwrócił się do pokojówki- Spędzisz z nią resztę dnia.- Zawyrokował i opuścił pokój razem z wielkoludem zostawiając obie dziewczyny same
-To co robimy, Lucy?- Zapytała Yuki
-No, nie wiem. Jestem tutaj dopiero od jakichś pięciu godzin.- Odpowiedziała dziewczyna z niepewnym uśmiechem
-Byłaś już oprowadzana?
-Mhm.
-To może chodźmy do twojego pokoju. Znajdziemy dla ciebie inne ubranie, bo te jest trochę jakby pogniecione.- Zaproponowała Azjatka, a Lucy z przerażeniem stwierdziła, że jej jeansy są w opłakanym stanie.
-Dobry pomysł.- Zgodziła się i obie ruszyły w stronę pokoju Lucy...
wtorek, 2 sierpnia 2016
Rozdział 10 Rodzinne śniadanie
-A tutaj kolejny pokój gościny.- Opowiadał jak najęty Adam porwadząc za rękę Lucy i pokazując jej już chyba dwunasty pokój gościnny, który jak reszta aż odstraszał panującą w nim bielą.
-Dużo macie tych pokoi.- Zauważyła Lucy
-Noo trochę tego jest.- Przyznał jej rację- Ale przydają się. Jak wiesz mój ojciec jest właścicielem firmy z drogimi zegarkami, więc czasami urządza u nas w domu bankiety i niektórzy goście są zbyt zmęczeni na daleką podróż, więc zostają u nas do rana.- Wytłumaczył pogodnie blondyn
-Mhm. Rozumiem.- Odparła jego narzeczona
-A w twoim domu były jakieś bankiety czy coś?- Zainteresował się
-Chyba tylko raz.- Lucy zagłębiła się w zakamarki swojej pamięci
-Czyli wiesz jak wygląda taki bankiet?- Upewniał się
-Tak. Są stoły z jedzeniem, muzyka, taniec, rozmowy i tym podobne.- Odpowiedziała
-No to dobrze, że wiesz.- Ucieszył się- Chciałbym cię po naszym ślubie zabrać na taki jeden bardzo ważny bankiet.- Oznajmił, Lucy na wypowiedziane ,,po naszym ślubie" aż włosy zjeżyły się na karku. Całkowicie zapomniała, że jeszcze muszą wziąć ślub...
-Co do ślubu...- Zaczęła nieśmiało odwracając głowę
-Tak?
-Kiedy on będzie?- Zapytała drżącym głosem
-Ojciec mówił, że prawdopodobnie za trzy dni. Trzeba jeszcze zamówić mszę u księdza, jedzenie, zaprosić gości...- Opowiadał, a jego narzeczona pobladła- Ogólnie trzeba zrobić to co zazwyczaj robi się kilka miesięcy przed ślubem, tylko w naszym przypadku musimy to zrobić pięć razy szybciej.- Odparł z pogodnym uśmiechem i wreszcie zauważył jak bardzo blada jest Lucy- Wszystko w porządku?- Przystanął puszczając jej rękę i stając przed nią z troskliwym błyskiem w oczach
-Nie, wszystko ok. Tylko...- Szukała odpowiednich słów, aby nie urazić narzeczonego; nie chciała ukrywać, że jest zdegustowana i niechętna do ślubu w trakcie tej tak krótkiej znajomości, ale gdy tylko na niego patrzyła, nie chciała mu robić przykrości
-Tylko?- Ponaglał ją
-Tylko nie wydaje ci się, że chyba jest za wcześnie na ślub? Dopiero się poznaliśmy. Prawie w ogóle się nie znamy...- Zaczynała argumentować, lecz przerwał jej uniesieniem ręki
-Posłuchaj. Myślałem, że wczoraj się troche bliżej poznaliśmy.- Powiedział lekko poirytowany- Rozumiem, że możesz za mną nie przepadać i w ogóle, po mimo iż staram się być miły i zabawny, ale sam tego ślubu nie biorę, nie uważasz? Rozumiem twoją niechęć do mnie, do wszystkich facetów na ziemi. Ale mam do ciebie jedną prośbę...- Opuścił wzrok, a jego ton stał się dziwnie poważny-...Postaraj się mnie polubić chociaż do dnia ślubu. Później już możesz mnie unikać, robić co chcesz, a nawet wrócić do swojego dawnego domu...
-Adam.- Wyszeptała oniemiała- Ty... Ty na prawdę tego chcesz?- Zapytała wstrząśnięta
-Nie.- Odparł i delikatnie ujął jej dłonie w swoje, które przyjemnie ją ogrzewały- Ale ty tego chcesz.- Popatrzył jej głęboko w oczy i lekko się uśmiechnął- Zrobię to wszystko dla ciebie, ale teraz chodźmy na śniadanie, bo już czuć zapach placków.- Rozchmurzył się, a poważny ton i wygląd zniknęły bezpowrotnie, a na ich miejsce wrócił stary i pogodny Adam. Czy ja też tak cały czas wyglądam? Zainteresowała się Lucy przypominając słowa siostry, która uważała, że Lucy jest sztywna i nudna.
Kiedy zeszli na dół do jadalni, na stole stały ogromne talerze z przeróżnymi wypiekami kucharek:
-I wy we trójkę to wszystko zjadacie?- Zapytała wstrząśnięta siadając do stołu, a Adam zasuwając jej krzesło odparł
-Nie wszystko, ale większość.- Posłał jej szeroki uśmiech, na który również odpowiedziała uśmiechem, lecz mniej pewnym; teraz próbowała sie trochę rozluźnić, nie chciała bowiem przez całe życie być ,,sztywna"...
-Witaj moja cudowna rodzinko.- Wkroczyła do jadalni wyspana Yvette przeciągając się w krótkiej piżamie, która składała się tylko z koszuli nocnej w dodatku prawie przezroczystej, lecz na szczęście miała pod nią czarną bieliznę...
-Mamo.- Powitał ją syn wstając z krzesła i ściskając ją
-Yvette!- Zabrzmiał przy drzwiach głęboki głos Arthura z nutą nagany- W co ty się ubrałaś? To jest nieodpowiednie ubranie zważając na to, że od dziś będziemy mieli kolejnego członka rodziny.- Posłał łagodne spojrzenie Lucy, która obdarzyła go swoim nowo nabytym lekkim uśmiechem
-Oj tam, przesadzasz Archie.- Przeczesała dłonią swoje ciemno brązowe włosy i przykleiła się do swego męża, na którego twarzy malowała się dezaprobata
-Ile razy mam ci powtarzać, byś tak do mnie nie mówiła.- Upomniał ją- Mam na imię Arthur, a nie Archie...
-Ale dla mnie brzmią tak samo.- Pożaliła się irytująco słodkim głosikiem- A poza tym Archie bardziej do ciebie pasuje.- Oznajmiła odklejając się do niego i zasiadając do stołu. Cóż, ja jestem zbyt sztywna, a ona jest moim zupełnym przeciwieństwem, pomyślała Lucy nakładając sobie na talerz rogaliki nadziewane czekoladą.
-Ech, aż brak mi na ciebie słów, Yvette.- Westchnął i również zasiadł do stołu elegancko ubrany- A ty, Adamie.- Zwrócił się do syna- Mógłbyś wreszcie przestać brać przykład z matki i byś założył jakąś koszulę.- Upomniał go ojciec, a Adam dopiero teraz zdał sobie sprawę, że prócz spodni i skarpet niczego nie ma na sobie
-Przepraszam, ojcze, drogie panie.- Przeprosił wszystkich i pospiesznie wyszedł z jadalni
-Przynieś dla swojej matki szlafrok.- Krzyknął za nim Arthur nakładając na swój talerz naleśniki z bitą śmietaną i truskawkami- Smacznego moje panie.- Zwrócił się do swojej żony i przyszłej synowej, po czym zaczął jeść ze smakiem swoje śniadanie
-Smacznego.- Powiedziała z ożywieniem Yvette zagłuszając ciche i nieśmiałe ,,Smacznego" Lucy.
Posiłek odbywał się przy dźwiękach muzyki staromodnej, żadnej klasyki. W jadalni pobrzmiewały piosenki takie jak ,,If i were sorry" Frans'a lub ,,Fire in the rain" Mans'a Zalmerlow, które idealnie pasowały do wspólnego śniadania. Zauważyła, że co jakiś czas Adam patrzy na nią ukradkiem i się przyjaźnie uśmiecha, co dodawało jej otuchy i poprawiało humor.
Po śniadaniu Yvette zamknęła się w swojej sypialni, a Arthur zniknął za drzwiami swojego gabinetu. W jadalni zostali tylko Lucy i Adam. Popatrzyli na siebie, po czym wstali od stołu i również opuścili pomieszczenie:
-To co chcesz teraz robić?- Zapytał pełen energii chłopak
-Nie wiem, chciałabym pograć na fortepianie albo poczytać.- Wyznała mu Lucy
-No to chodźmy do pokoju muzycznego.- Zaproponował blondyn i nie czekając na jej odpowiedź pociągnął ją za sobą do pomieszczenia z instrumentami. Lucy miała lekkie opory, aby tam wracać, gdyż ciągle przed oczami miała moment, kiedy ich usta się zetknęły w delikatnym pocałunku. Otrząsnęła się z tych wspomnień i przyspieszyła kroku, aby się z nim zrównać, po czym razem niczym wicher mknęli przez korytarz.
-Dużo macie tych pokoi.- Zauważyła Lucy
-Noo trochę tego jest.- Przyznał jej rację- Ale przydają się. Jak wiesz mój ojciec jest właścicielem firmy z drogimi zegarkami, więc czasami urządza u nas w domu bankiety i niektórzy goście są zbyt zmęczeni na daleką podróż, więc zostają u nas do rana.- Wytłumaczył pogodnie blondyn
-Mhm. Rozumiem.- Odparła jego narzeczona
-A w twoim domu były jakieś bankiety czy coś?- Zainteresował się
-Chyba tylko raz.- Lucy zagłębiła się w zakamarki swojej pamięci
-Czyli wiesz jak wygląda taki bankiet?- Upewniał się
-Tak. Są stoły z jedzeniem, muzyka, taniec, rozmowy i tym podobne.- Odpowiedziała
-No to dobrze, że wiesz.- Ucieszył się- Chciałbym cię po naszym ślubie zabrać na taki jeden bardzo ważny bankiet.- Oznajmił, Lucy na wypowiedziane ,,po naszym ślubie" aż włosy zjeżyły się na karku. Całkowicie zapomniała, że jeszcze muszą wziąć ślub...
-Co do ślubu...- Zaczęła nieśmiało odwracając głowę
-Tak?
-Kiedy on będzie?- Zapytała drżącym głosem
-Ojciec mówił, że prawdopodobnie za trzy dni. Trzeba jeszcze zamówić mszę u księdza, jedzenie, zaprosić gości...- Opowiadał, a jego narzeczona pobladła- Ogólnie trzeba zrobić to co zazwyczaj robi się kilka miesięcy przed ślubem, tylko w naszym przypadku musimy to zrobić pięć razy szybciej.- Odparł z pogodnym uśmiechem i wreszcie zauważył jak bardzo blada jest Lucy- Wszystko w porządku?- Przystanął puszczając jej rękę i stając przed nią z troskliwym błyskiem w oczach
-Nie, wszystko ok. Tylko...- Szukała odpowiednich słów, aby nie urazić narzeczonego; nie chciała ukrywać, że jest zdegustowana i niechętna do ślubu w trakcie tej tak krótkiej znajomości, ale gdy tylko na niego patrzyła, nie chciała mu robić przykrości
-Tylko?- Ponaglał ją
-Tylko nie wydaje ci się, że chyba jest za wcześnie na ślub? Dopiero się poznaliśmy. Prawie w ogóle się nie znamy...- Zaczynała argumentować, lecz przerwał jej uniesieniem ręki
-Posłuchaj. Myślałem, że wczoraj się troche bliżej poznaliśmy.- Powiedział lekko poirytowany- Rozumiem, że możesz za mną nie przepadać i w ogóle, po mimo iż staram się być miły i zabawny, ale sam tego ślubu nie biorę, nie uważasz? Rozumiem twoją niechęć do mnie, do wszystkich facetów na ziemi. Ale mam do ciebie jedną prośbę...- Opuścił wzrok, a jego ton stał się dziwnie poważny-...Postaraj się mnie polubić chociaż do dnia ślubu. Później już możesz mnie unikać, robić co chcesz, a nawet wrócić do swojego dawnego domu...
-Adam.- Wyszeptała oniemiała- Ty... Ty na prawdę tego chcesz?- Zapytała wstrząśnięta
-Nie.- Odparł i delikatnie ujął jej dłonie w swoje, które przyjemnie ją ogrzewały- Ale ty tego chcesz.- Popatrzył jej głęboko w oczy i lekko się uśmiechnął- Zrobię to wszystko dla ciebie, ale teraz chodźmy na śniadanie, bo już czuć zapach placków.- Rozchmurzył się, a poważny ton i wygląd zniknęły bezpowrotnie, a na ich miejsce wrócił stary i pogodny Adam. Czy ja też tak cały czas wyglądam? Zainteresowała się Lucy przypominając słowa siostry, która uważała, że Lucy jest sztywna i nudna.
Kiedy zeszli na dół do jadalni, na stole stały ogromne talerze z przeróżnymi wypiekami kucharek:
-I wy we trójkę to wszystko zjadacie?- Zapytała wstrząśnięta siadając do stołu, a Adam zasuwając jej krzesło odparł
-Nie wszystko, ale większość.- Posłał jej szeroki uśmiech, na który również odpowiedziała uśmiechem, lecz mniej pewnym; teraz próbowała sie trochę rozluźnić, nie chciała bowiem przez całe życie być ,,sztywna"...
-Witaj moja cudowna rodzinko.- Wkroczyła do jadalni wyspana Yvette przeciągając się w krótkiej piżamie, która składała się tylko z koszuli nocnej w dodatku prawie przezroczystej, lecz na szczęście miała pod nią czarną bieliznę...
-Mamo.- Powitał ją syn wstając z krzesła i ściskając ją
-Yvette!- Zabrzmiał przy drzwiach głęboki głos Arthura z nutą nagany- W co ty się ubrałaś? To jest nieodpowiednie ubranie zważając na to, że od dziś będziemy mieli kolejnego członka rodziny.- Posłał łagodne spojrzenie Lucy, która obdarzyła go swoim nowo nabytym lekkim uśmiechem
-Oj tam, przesadzasz Archie.- Przeczesała dłonią swoje ciemno brązowe włosy i przykleiła się do swego męża, na którego twarzy malowała się dezaprobata
-Ile razy mam ci powtarzać, byś tak do mnie nie mówiła.- Upomniał ją- Mam na imię Arthur, a nie Archie...
-Ale dla mnie brzmią tak samo.- Pożaliła się irytująco słodkim głosikiem- A poza tym Archie bardziej do ciebie pasuje.- Oznajmiła odklejając się do niego i zasiadając do stołu. Cóż, ja jestem zbyt sztywna, a ona jest moim zupełnym przeciwieństwem, pomyślała Lucy nakładając sobie na talerz rogaliki nadziewane czekoladą.
-Ech, aż brak mi na ciebie słów, Yvette.- Westchnął i również zasiadł do stołu elegancko ubrany- A ty, Adamie.- Zwrócił się do syna- Mógłbyś wreszcie przestać brać przykład z matki i byś założył jakąś koszulę.- Upomniał go ojciec, a Adam dopiero teraz zdał sobie sprawę, że prócz spodni i skarpet niczego nie ma na sobie
-Przepraszam, ojcze, drogie panie.- Przeprosił wszystkich i pospiesznie wyszedł z jadalni
-Przynieś dla swojej matki szlafrok.- Krzyknął za nim Arthur nakładając na swój talerz naleśniki z bitą śmietaną i truskawkami- Smacznego moje panie.- Zwrócił się do swojej żony i przyszłej synowej, po czym zaczął jeść ze smakiem swoje śniadanie
-Smacznego.- Powiedziała z ożywieniem Yvette zagłuszając ciche i nieśmiałe ,,Smacznego" Lucy.
Posiłek odbywał się przy dźwiękach muzyki staromodnej, żadnej klasyki. W jadalni pobrzmiewały piosenki takie jak ,,If i were sorry" Frans'a lub ,,Fire in the rain" Mans'a Zalmerlow, które idealnie pasowały do wspólnego śniadania. Zauważyła, że co jakiś czas Adam patrzy na nią ukradkiem i się przyjaźnie uśmiecha, co dodawało jej otuchy i poprawiało humor.
Po śniadaniu Yvette zamknęła się w swojej sypialni, a Arthur zniknął za drzwiami swojego gabinetu. W jadalni zostali tylko Lucy i Adam. Popatrzyli na siebie, po czym wstali od stołu i również opuścili pomieszczenie:
-To co chcesz teraz robić?- Zapytał pełen energii chłopak
-Nie wiem, chciałabym pograć na fortepianie albo poczytać.- Wyznała mu Lucy
-No to chodźmy do pokoju muzycznego.- Zaproponował blondyn i nie czekając na jej odpowiedź pociągnął ją za sobą do pomieszczenia z instrumentami. Lucy miała lekkie opory, aby tam wracać, gdyż ciągle przed oczami miała moment, kiedy ich usta się zetknęły w delikatnym pocałunku. Otrząsnęła się z tych wspomnień i przyspieszyła kroku, aby się z nim zrównać, po czym razem niczym wicher mknęli przez korytarz.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








