piątek, 25 listopada 2016

Rozdział 31 Historia blizny Adama

Do klasy wszedł chłopak z lekko opaloną skórą, ale nie taką jak Demonicy. Jego włosy i oczy były koloru brązowego, a ubrany był w spodnie na szelkach i białą koszulę z podwiniętymi rękawami:
-Prze-przepraszam za spóźnienie.- Przeprosił zziajany taksując wzrokiem klasę w poszukiwaniu wolnego miejsca
-Ach i zapomniałabym o jeszcze jednym. Osoby, które będą się NOTORYCZNIE SPÓŹNIAĆ będą pytane jako pierwsze.- Popatrzyła z dezaprobatą na chłopaka z szopą włosów na głowie- Czy to jasne panie...- Zanurkowała wzrokiem w listę uczniów
-Skill.- Podpowiedział
-Tak, panie Oliverze Skill. A teraz zajmij miejsce.- Nakazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a chłopak dosiadł się akurat do Lucy:
-Cześć.- Przywitał się
-Hej.- Odpowiedziała przenosząc swój plan z ekranu, który był wbudowany w ławkę, na swój tablet, zwany inaczej e-notatnikiem.
Ogółem po przeniesieniu swojego planu lekcji, Demonica sprawdzając obecność prosiła dane osoby o drobne przedstawienie się i podanie swojego numeru telefonu, a sama swój wyświetliła na tablicy i ekranach w ławkach:
-W razie problemów z dziennikiem internetowym lub problemami ogólnymi proszę się ze mną kontaktować.- Poinformowała swoich uczniów, po czym pożegnała się z nimi.
Wszyscy czym prędzej rzucili się w stronę drzwi, gdyż wiedzieli, że dostała im się najgorsza nauczycielka w szkole.
Lucy wyszła jako ostania i już kierowała się do wyjścia szkoły, gdy zatrzymał ją Oliver:
-Hej, poczekaj!- Zawołał za nią- Jesteś Lucy prawda?- Kiwnęła głową- Pamiętasz mnie? Widzieliśmy się na przyjęciu u Weilanda. Przyszedłem ze starszym bratem i kolegą.
-I próbowałeś poderwać Rachel.- Uśmiechnęła się lekko
-Tak, dokładnie.- Odpowiedział jej tym samym, ciesząc sie, że zapadł jej w jakiś sposób w pamięć
-Wiesz, nie chcę być niemiła, ale muszę już iść.- Rzekła, gdy spostrzegła znajomą sylwetkę oraz blond włosy upięte w koński ogon.
-Ach, idź, przepraszam, że cię zatrzymałem.- Podrapał się po głowie, a Lucy niemal biegiem wyszła ze szkoły. Gdy znalazła się na parkingu przy samochodzie, Adama jeszcze nie było. Niespokojnie tupała stopą w miejscu i liczyła sekundy. Kiedy zbliżała się czwarta minuta ze szkoły wyłonił się Oliver w towarzystwie Nathaniela i swojego starszego brata. Rozmawiali o czymś. Brunetka szybko odwróciła się do nich plecami, aby jej nie poznali. ,,Niech sobie idą, niech sobie idą, niech sobie idą..." powtarzała to jak mantrę skubiąc jedno z pasm swoich brązowych włosów:
-O, cześć Lucy.- Usłyszała za sobą łagodny głos Nathaniela, przegryzając wargę odwróciła się na pięcie i obdarzyła go ciepłym uśmiechem
-Cześć.- Przywitała się spoglądając niespokojnie w stronę drzwi wejściowych
-Jak tam początek roku? Kogo masz jako wychowawcę?- Zapytał spokojnym tonem uśmiechając się lekko przy tym
-Panią Amelię Rodriquez.- Odpowiedziała
-Mhm. Lilith...- Stali przez chwilę w niezręcznej ciszy- Czekasz na kogoś?
-Tak.- Odparła krótko
-Koleżanka?- Zaciekawił się
-Mąż.- Lekko zarumieniła się i spuściła głowę
-Mąż? Ach. Jesteś żoną Adama Clockwork'a.- Domyślił się- To dlatego tak ciebie pilnował na przyjęciu. To dobry chłopak. Zasługujesz na niego.- Uśmiechnął się tak uroczo, że serce Lucy mało się nie roztopiło.- Będę się zbierał, bo jak już może wiesz, on za mną nie przepada.- Spojrzał z obawą na drzwi wejściowe- To cześć.- Pożegnał się całując ją w wierzch dłoni, po czym odszedł.
Lucy stała przez chwilę zbita z tropu. Nathaniel jest bardzo miły, a może to tylko pozory? I dlaczego Adam go nie lubi? Przecież miał jej wytłumaczyć jak wrócą, ale poszedł spać, a ona rano zapomniała i jakoś tak nie miała czasu zapytać. Z rozmyśleń wyrwał ją przyjazny i wesoły głos Adama:
-Lucy, wsiadasz?- Zapytał stojąc po drugiej stronie samochodu od strony kierowcy
-Tak, tak. Już wsiadam.- Odparła i wsiadła do pojazdu.
-Jak było?- Zapytał uruchamiając samochód
-Nie jest aż tak źle. Jest trochę wymagająca.- Wyżaliła się
-Jeżeli będzie okropna to mi powiedz. Przeniesiemy cię do równoległej klasy.- Jego uśmiech mówił ,,Możesz mi zaufać. Chcę dla ciebie jak najlepiej". Kiwnęła głową na zgodę i zapanowała cisza. W końcu Lucy zebrała się w sobie i zadała te pytanie, które znowu zaczęło ją nurtować:
-Adam.- Zwróciła się do niego po imieniu- Dlaczego nie lubisz Nathaniela?- Spojrzała na niego wyczekująco. Jego rysy twarzy wyostrzyły się, a w jego oczach pojawił się smutek pomieszany z zawodem:
-Ech. Byłem zadowolony, że od przyjęcia zapomniałaś, ale i tak muszę ci w końcu to opowiedzieć, bo, i tak, będziesz go prawdopodobnie codziennie mijała na korytarzu.- Westchnął- Kiedyś przyjaźniliśmy się ze sobą, wspieraliśmy się. Był dla mnie jak młodszy brat. Pomagałem mu w zadaniach domowych, a on czasami przychodził do fabryki i pomagał przy zegarkach. Pewnego dnia jak zwykle przyszedł mi pomóc i rozciął mi nożem plecy od lewego barku, do prawego biodra, po czym ukradł dwa pudła zegarków, które później sprzedał za marne pieniądze.- Westchnął wpatrując się w drogę; wyglądał bardzo smętnie, aż Lucy zrobiło się go szkoda
-Wiesz dlaczego to zrobił?- Zapytała
-W sądzie nie chciał powiedzieć, więc uznano, że dla własnych celów materialnych.
-A ta blizna na plecach?- Przypomniało jej się
-Tak, to on ją zrobił.- Odwrócił głowę w drugą stronę, aby Lucy nie widziała wyrazu jego twarzy- Ufałem mu.- Wyszeptał. Do oczu napłynęły jej łzy, położyła swoją dłoń na wierzchu dłoni Adama, który aktualnie trzymał swoją na skrzyni biegów.
-Dziękuję. I chyba nie powinnam była tego poruszać.- Zmartwiła się
-Nie, jest ok. Nie wiedziałaś, a ja byłem ci to winien od półtora tygodnia.- Wysilił się na słaby uśmiech. Dalej wracali do domu w ciszy.

sobota, 19 listopada 2016

Rozdział 30 Nowy rok szkolny

Nie wiadomo kiedy, okres wakacyjny dobiegł końca i wszyscy uczniowie musieli powrócić do swoich szkół. W tych czasach system szkolnictwa lekko uległ zmianom. Teraz liceum zaczynało się od szesnastego roku życia, a kończyło dopiero w dwudziestym pierwszym. Studnia były już niekonieczne, ponieważ gdy ukończyło się pierwsze trzy klasy liceum można było wybrać profil, który miał przygotować do wybranego przez ucznia zawodu bądź profesji.
Lucy, tydzień po balu u Alberta, skończyła szesnaście lat, więc zaczynała pierwszą klasę liceum.
Trochę się denerwowała, ponieważ teraz zmieniło się jej otoczenie, więc będzie musiała poznawać wszystkich i wszystko od nowa, chociaż z drugiej strony dobrze, że to był jej pierwszy rok, a nie na przykład czwarty.
Miała szczęście, że Adam uczęszczał do tego samego liceum co ona. Będą mogli się widywać na przerwach, a on będzie mógł ją podwozić i odwozić ze szkoły.
Właśnie teraz razem z Albertem i Rachel stali na sali gimnastycznej, na której dyrektor szkoły wygłaszał swoje przemówienie. Uwzględnił w nim to, jak bardzo mu brakowało uczniów oraz witał nowo przybyłych, zarówno tych, którzy tak jak Lucy zaczęli nowy rok szkolny w nowej szkole, jak i tych, którzy dołączyli do starszych klasach. Po jakże przejmującym apelu, który trwał godzinę, poproszono, aby uczniowie rozeszli się do klas na spotkanie ze swoimi nauczycielami. Wszyscy skierowali się do drzwi, przez co powstał lekki korek:
-Ech, ale się stęskniłam za Robaczkiem.- Westchnęła Rachel
-Kim?- Zapytała zbita z tropu Lucy
-To nasz wychowawca.- Wyjaśnił Adam- Uczy wuefu.
-Ale dlaczego robaczek?
-Bo ma na nazwisko Robaczewski.- Prychnął Albert- A poza tym nazywa nas Robaczkami.
-Aha. A jak nazywa się moja wychowawczyni?- Zaciekawiła się
-To chyba Lilith?- Zastanowiła się Rachel
-Jaka Lilith!- Oburzył się brunet- Demonica!
-Ale Lilith jest matką wszystkich demonów.- Wykłócała sie z nim blondynka, a w tym czasie przejście powoli pustoszało.
-No i dobra, ale Lilith brzmi zbyt ładnie. To prawdziwy demon!- Sprzeczał się z nią Albert
-O co im chodzi?- Zadała pytanie Lucy Adamowi
-Ech. twoją wychowawczynią jest Amelia Rodriquez i uczy religii katolickiej. A swój przydomek zyskała przez liczne kartkówki, surową dyscyplinę oraz przez straszenie nas różnymi demonami. Albert nazywa ją ,,Demonicą", ale to tylko dlatego, bo nie dopuściła go do bierzmowania kilka lat temu.- Wytłumaczył spokojnym tonem prowadząc ją za rękę pod  klasę, gdzie ,,Demonica" wpuszczała uczniów do sali- Leć, bo jeszcze jej podpadniesz. Jak skończysz to czekaj przy samochodzie.- Nakazał i ruszył dalej korytarzem znikając w tłumie innych uczniów.
Lucy niepewnie weszła do sali i zajęła miejsce w środkowym rzędzie, a konkretniej w trzeciej ławce. W klasie nie było zbyt wiele osób, może co najmniej piętnaście? Większość siedziała sama, prócz zaledwie trzech par, które prawdopodobnie poszły do tej samej szkoły, a nawet klasy. Lilith, czy jak ją tam zwali wyglądała na około trzydzieści lat. Ubrana była w długą, czarną suknię do samej ziemi z długimi koronkowymi rękawami. Miała długie, czarne jak sadza włosy upięte w kok, ciemne oczy oraz karnację. Jej usta były pomalowane purpurową pomadką. Z uszu zwisały złote kolczyki-obręcze, a na szyi miała zawieszony srebrny krzyż oraz czarny różaniec. Jej ręce zdobiły złote bransolety, a na palcu serdecznym lewej ręki jeden pierścionek, który oznaczał, że jest albo zaręczona albo w związku małżeńskim.
Gdy się w końcu odezwała jej ton był dosyć szorstki jak papier ścierny i równie jadowity co jad węża:
-Witaj moja droga klasso.- Przeciągnęła ,,s" jak wąż, z lekkim hiszpańskim akcentem.- Nazywam się Amelia Rodriquez i od dnia dzisiejszego będę waszym wychowawcą, dopóki nie ukończycie tej szkoły. Jeśli jeszcze większość z was się nie zorientowała jestem katechetką, więc to ze mną będziecie mieli religię. Na początku ustalmy kilka zasad. Po pierwsze: na moich lekcjach panuje absolutna i bezwzględna cisza. Po drugie: jeżeli wy oczekujecie czegoś ode mnie, to ja będę od was również czegoś oczekiwać. Po trzecie: żadnych telefonów na lekcjach i innych urządzeń elektrycznych, prócz zegarków lub e-notatników. Po czwarte: dziewczęta nie zakładają krótkich spódnic, nie malują się zbyt ostro, nie noszą wydekoltowanych bluzek na ramiączkach lub odkrytymi plecami. Po piąte: raz w miesiącu wychodzimy na lekcji wychowawczej do kościoła, aby się pomodlić. Po szóste: jeżeli nie dostanę usprawiedliwienia dwa dni od pojawienia się ucznia w szkole, stawiam nieusprawiedliwienie. Czy to jasne? W razie czego jeszcze jutro wam przedstawię jakie będą obowiązywać was reguły na moich lekcjach. Zaraz na tablicy wyświetlę wasz plan lekcji na najbliższy czas, a wy go przeniesiecie na swoje e-notatniki. W tym czasie sprawdzę obecność...- Właśnie akurat tym momencie do klasy wbiegł zdyszany chłopak wyglądający dosyć znajomo...

sobota, 12 listopada 2016

Rozdział 29 Bal

Bal zaczął się już od dobrych piętnastu minut. Specjalnie wynajęto zespół z instrumentami muzyki klasycznej oraz DJ'a, którzy mieli się co około pięć piosenek się zmieniać. Przyjęcie głównie składało się z gości w wieku Lucy lub Adama, więc odpowiednia muzyka to podstawa.
Lucy pierwszy raz była na tak dużej imprezie. Te, które organizował jej ojciec miały charakter bardziej kameralny. Markus zazwyczaj zapraszał tylko swoich kolegów i przyjaciół, czasami sponsorów. Najchętniej wychodził z domu i przesiadywał u innych ludzi marnując pieniądze oraz swój czas, który mógłby przeznaczyć na przebywanie z żoną i trzema córkami. No ale jaka to rodzina, skoro są w niej aż cztery baby i tylko on jedne. Żeby miał chociaż jednego syna, to już jest coś, ale żeby trzy córki? Przynajmniej łatwo jest się ich pozbyć. Stopniowo powydaje je za mąż i będzie miał święty spokój...
Adam nie odstępował swojej żony na krok. Pilnował jej najlepiej jak umiał. Wiedział, że na przyjęciach takich jak te kręci się wiele adoratorów i podrywaczy gotowych ukraść ci dziewczynę, narzeczoną, a nawet żonę. Stali razem z Albertem oraz Rachel i rozmawiali o niedługo zaczynającym się roku szkolnym. Jak się okazało trójka przyjaciół będzie uczęszczała do tej samej klasy, a Lucy dopiero zacznie chodzić do ich szkoły. W pewnym momencie podeszli do ich zgromadzenia trzej młodzi dżentelmeni. Jeden, niezbyt wysoki, aczkolwiek wzrostem dorównywał Rachel bez szpilek,  miał średniej długości kręcone brązowe włosy oraz orzechowe oczy i lekko opaloną karnację. Wyglądał na około szesnaście, może siedemnaście lat. Ubrany był w spodnie na szelkach i śnieżnobiałą koszulę.
Drugi był odrobinę wyższy, prawdopodobnie starszy brat tego pierwszego. Włosy, karnacja i kolor oczu identyczne, prócz fryzury i ubioru. Jego włosy były, w przeciwieństwie do młodszego brata, zadziwiająco proste. Miał zgolony prawy bok, a włosy ułożone w lewą stronę. Jego ubiór składał się z czarnych jeansów, eleganckich butów oraz lekko żółtej koszuli z podwiniętymi rękawami.
Trzeci z chłopaków był bardzo podobny do Adama, tylko posiadał oczy koloru świeżo skoszonej trawy. Był niższy o kilka centymetrów od Alberta, a jego wyraz twarzy przywodził na myśl jakby coś przeskrobał, ale specjalnie się tym nie przejmował. Miał długie blond włosy związane w koński ogon. Jego czarna marynarka leżała na nim idealnie i w sumie mógłby uchodzić za eleganta, gdyby nie granatowe jeansy i buty skate'y.
Ten ostatni popatrzył na Lucy dosyć sympatycznym wzrokiem, a w tym czasie chłopak o ciemnej karnacji zabiegał o względy Rachel, która twardo trzymała się, że ,,nie będzie tańczyła z niższymi od siebie chłopakami". ,,Słońce, co to za problem? Zdejmiesz buty i po kłopocie" próbował przekonać ją ten starszy z braci. W jej obronie stanął Albert, który oznajmił, że Rachel nie będzie zdejmowała swoich butów dla jakichś, jak to się wyraził, ,,niskich przydupasów". W tym czasie wywiązała się między nimi mała kłótnia, w której była konieczna interwencja Adama. Chłopak o zielonych oczach i długich blond włosach skorzystał z okazji i poprosił Lucy do tańca. Dziewczyna nie zdążyła się sprzeciwić, gdyż chłopak już chwycił ją za rękę i pociągnął na parkiet. Delikatnie położył swoją dłoń w miejscu, gdzie Lucy miała biodro, a jej rękę położył sobie na ramieniu. Ku swemu zdziwieniu Lucy odkryła, że nie musi stać na palcach, aby z nim tańczyć. Był, jakby to ująć: w sam raz. Noo może odrobinę za wysoki, ale nie aż tak jak jej Adam. Podczas tańca narodziła się między nimi konwersacja:
-Jak ci na imię?- Zapytał bardzo przyjemnym i uprzejmym głosem blondyn
-Lucy.- Odpowiedziała krótko
-Bardzo ładne imię.- Odpowiedział- Nazywam się Nathaniel Onyx.- Przedstawił się posyłając jej lekki uśmiech- Jak ci się podoba na przyjęciu?
-Jest bardzo... miło.
-Cieszę się.- Okręcił ją wokół jej własnej osi i prowadził dalej- Przyszłaś sama?
-Nie...- Wydukała i w tym momencie odbił ją Adam
-Zaczepiał cię?- Zapytał
-Nie, był bardzo miły i uprzejmy.- Stanęła w jego obronie Lucy
-Uff, całe szczęście. On nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem.- Popatrzył krzywo w stronę Nathaniela, który teraz stał pod ścianą i bacznie im się przyglądał.
-Dlaczego?- Odważyła się zapytać
-Opowiem ci, jak wrócimy do domu. To nie jest miejsce i czas na to, aby ci to tłumaczyć. Po prostu nie chcę psuć ci zabawy.- Wyjaśnił
-Dobrze.- Przytaknęła i muzyka ucichła, lecz tylko na chwilę, gdyż zaraz po niej nastąpiła o wiele żywsza piosenka. Lucy szybko odszukała wzrokiem Rachel, która siedziała na jednej z sof i o dziwo rozmawiała o czymś z Albertem. Dołączyli do nich. Jak się okazało dyskutowali na temat wynalazków Alberta oraz próbowali wymyślać inne:
-Jak tańczyło się ze Złodziejem?- Zapytał Albert rozbawionym tonem, a Adam rzucił mu mordercze spojrzenie
-Ki...- Chciała zapytać Lucy, ale przerwał jej Adam
-Nie psuj nam tego wieczoru.- Odparł karcącym tonem, aż Rachel popatrzyła na niego ze zdziwieniem
-Wszystko w porządku?- Zadała mu pytanie blondynka
-Ugh. Nie.- Odpowiedział jej zaciskając dłonie w pięści, aby się uspokoić
-Adam.- Zwróciła się do niego Lucy delikatnie kładąc swoją dłoń na jego ramieniu, lecz on ją strząsnął
-Nie tańcz z nim więcej.- Nakazał nie patrząc na nią, a ona pokiwała energicznie głową po czym delikatnie spuściła głowę, zacisnęła usta w wąską kreskę i splotła swoje palce jak do modlitwy. Na widok tak przygnębionej Lucy, Rachel zrobiło jej się żal. Potajemnie kopnęła pod stołem Adama w nogę, a gdy ten spojrzał na nią z wyrzutem, wzrokiem pokazała na Lucy. Chłopak szybko pojął o co jej chodziło. Jemu też zrobiło jej się żal. Przecież nie wiedziała kim jest albo był Nathaniel, a w dodatku to była jego wina, że pozwolił się rozkojarzyć i przez to nie upilnował jej. Nie powinien być teraz na nią zły, tylko na siebie. Miał to już od dziecka, jak coś nie szło po jego myśli to najłatwiej było to zwalić na kogoś, a samemu pozostać niewinnym. Teraz jest już praktycznie dorosły, więc pora dorosnąć. Wziął głęboki wdech, po czym objął ją i przyciągnął do siebie:
-Przepraszam.- Wyszeptał jej do ucha i pocałował w policzek, aż Lucy zarumieniła się po korzonki włosów
-Nic się nie stało.- Odparła lekko zdezorientowana spokojnym tonem
-Byłem dla ciebie niemiły. To się już więcej nie powtórzy.- Obiecał i mocniej ją przycisnął do siebie.
-D-dobrze, nie gniewam się na ciebie.- Powiedziała lekko zbita z tropu czule głaszcząc jego blond włosy.
-Może zatańczymy?- Zaproponował, a ona kiwnęła głową na zgodę, po czym wstali z tapczanika i trzymając się za ręce ruszyli na parkiet.

sobota, 5 listopada 2016

Rozdział 28 Żaróweczka

-Wejść.- Krzyknął Adam wracając do pozycji siedzącej; coś za szybko przyszła, pomyślał, zanim drzwi zdążyły się otworzyć
-Adam!- Krzyknął zdyszany Albert wpadając do pokoju
-Coś się stało?- Blondyn wstał zbity z tropu i podszedł do przyjaciela
-Dziś wieczorem ojciec organizuje bal. Przyjdziecie?- Zapytał, a na jego ustach zagościł lekki uśmiech
-To powód, żeby aż tak się spieszyć i rano wbiegać do czyjegoś pokoju?- Zadał pytanie retoryczne Adam z lekkim przekąsem
-Tak! Zazwyczaj gości się informuje co najmniej trzy dni przed, a ja się dowiedziałem dopiero teraz, kiedy siostra mi się wygadała. - Poinformował ich
-No dobrze, o której mamy być?- Znów zapytał Adam
-Bal zaczyna się o dwudziestej, ale miło by było gdybyście przyjechali pół godziny przed. Chcę wam coś pokazać.- Lucy zauważyła błysk podekscytowania w oczach Alberta- A i mam do was jeszcze jedną prośbę...- Lekko się zarumienił i poprawił swoje okulary- Bo... Moglibyście zabrać ze sobą Rachel? Zazwyczaj nie wychodzi na bale, ale was może posłucha.- Uśmiechnął się serdecznie, po czym pożegnał się z nimi i wyszedł.
-Wyglądał dosyć... Inaczej.- Podsumowała tą krótką wizytę Lucy
-Może dlatego, że był ubrany elegancko?- Zwrócił uwagę Adam
-Możliwe, ale chodzi mi o jego zachowanie.- Usiadła na łóżku i wpatrywała się w swojego męża jakby chcąc mu przekazać myślami swoje słowa
-Nie przejmuj się nim, on zawsze taki jest jak ma się odbyć jakaś impreza.- Usiadł obok niej i objął ramieniem- Troche sie stresuje, bo widzisz, on jest dosyć jakby to ująć... U nas, Magnatów, średni wiek do zaślubin to osiemnaście- dwadzieścia lat. Jak zapewne wiesz Albert ma już dziewiętnaście, więc znalezienie żony jest dla niego w tym wieku priorytetem, a przynajmniej narzeczonej. Co bankiet odstawia się, aby przypodobać się jakiejś dziewczynie, ale żadna nie chce chłopaka w okularach i w dodatku z jednym okiem innym od drugiego. Jest bardzo wrażliwy na ten temat.- Wyjaśniał jej, a ona wtulając się w niego słuchała go i zapamiętywała co do niej mówił przez najbliższe dziesięć minut. Później przybyło ich śniadanie, które szybko zjedli, a następnie Lucy poszła do swojego pokoju, aby się w końcu przebrać. Adam zaproponował, że pojadą do miasta, aby kupić dla niej sukienkę, a dla niego garnitur. Postanowiła, że teraz założy luźną elegancką białą koszulę z rękawami trzy czwartymi i czarne rurki. Dzisiaj chciała zostawić trampki w spokoju, więc wybrała czarne baleriny. Po przebraniu się weszła do łazienki, aby ogarnąć swoje włosy. Porządnie je wyczesała, a następnie posmarowała twarz kremem nawilżającym. Po stwierdzeniu, że nie wygląda aż tak źle już miała opuścić łazienkę, gdy przypomniało jej się, że na kaloryferze od wczoraj suszą się ubrania. Szybko je zdjęła i położyła na swoim łóżku do poskładania, oprócz bluzy Adama, którą zamierzała mu oddać.
Spotkali się w holu, przy wyjściu. Lucy siedziała na jednej z sof i czekała na Adama, który pospiesznym krokiem wkroczył do pomieszczenia:
-Gotowa?- Zapytał spoglądając na nią z zachwytem
-Mhm.- Przytaknęła, a on wziął ją pod rękę i zaprowadził do przygotowanego już samochodu, który stał centralnie przed schodami.
Gdy już jechali w radiu usłyszeli komunikat o buncie w jednej z fabryk po drugiej stronie kraju. W tych czasach to było normalne. Każdy protest albo próbowano jakoś załagodzić albo po prostu załatwić to siłą. Niestety nie podano, w której fabryce, a Lucy miała złe przeczucia. Czuła mrowienie w palcach, więc ciągle miętoliła skrawek swojej śnieżno białej koszuli do momentu, gdy musieli wysiadać. Tym razem Adam zawiózł ją do innej galerii. Ta była o wiele mniejsza i chyba bardziej konkretna. W każdym razie rozległy napis na jednej z jej ścian głosił ,,Centrum elegancji" czyli galeria handlowa tylko z formalnymi ubraniami oraz butami i ewentualnie fryzjerem, kosmetyczką, biżuterią albo dodatkami.
Gdy weszli do wnętrza galerii uderzył w nich zapach drogich perfum. Zdecydowali, że najpierw wybiorą garnitur dla Adama i tak też zrobili. Nie zajęło im to więcej niż dziesięć minut. Następnie ruszyli w stronę sklepów z sukniami. O dziwo całkiem szybko zdołali się uporać z kreacją dla Lucy. Dziewczyna wybrała czarną sukienkę do kolan z koronkową spódnicą z podszewką oraz bardzo delikatnym dekoltem. Butów nie musiała kupować, gdyż w szafie miała ich od groma, a torebka też się jakaś znajdzie. W sumie nie musiała się nawet jakoś wymyślnie stroić. Już miała męża, więc po co miałaby się starać wyglądać oszołamiająco...

Do balu zostało trzydzieści minut, a Adam wraz z dwoma dziewczętami już wysiadali z podłużnego czarnego samochodu, potocznie zwanym limuzyną, gdy energicznie przywitał ich Albert. Najpierw wedle etykiety powitał dziewczęta, a na koniec uścisnął przyjaźnie rękę Adamowi:
-Więc po co, tak dokładniej, nas tu sprowadziłeś tak wcześnie?- Zadał mu pytanie przyjaciel, kiedy znaleźli w pokoju bruneta
-Hmmm... Chciałem wam pokazać mój nowy wynalazek.- Wyjaśnił krótko szukając swego dzieła
-I do czego to będzie służyć?- Zapytała obojętnym, lekko drwiącym tonem Rachel; ubrana była w długą do kostek kremową suknię. Od pasa w górę była ozdobiona czarną koronką. Do tego założyła czarne szpilki, a blond włosy kaskadą zakrywały jej nagie plecy.
-Opracowałem prototyp żarówki, która nigdy się nie wyczerpie.- Odpowiedział jej- Tylko, gdzie ja ją położyłem?- Szperał w szufladach, zaglądał pod łóżko, dopóki Adam się nie odezwał:
-Chodzi ci o tą malutką na biurku?
-Co?! Gdzie, jak, skąd ty ją...?- Poderwał się z podłogi i podszedł do biurka- O, tutaj jest.- Zaśmiał się lekko zażenowany poprawiając swoje okulary i biorąc żaróweczkę do ręki- Tak, to ona.- Zaprezentował ją wszystkim- Przekalkowałem ile energii może ona pomieścić oraz jak długo będzie działać. Obliczając różne równania doszedłem do pewnego wniosku, że...- I mówił dalej, póki nie przerwała mu Rachel
-Skąd masz pewność, że nigdy się nie wyczerpie?
-Ech, właśnie miałem o tym mówić...- Westchnął- Chodzi o to, że zamontowałem w niej coś typu silniczka zasilanego jej energią. Będzie on tworzył energię, która będzie przechodziła przez całą żarówkę, a później będzie wracała do tego silniczka i go napędzała.- Wyjaśnił z dumą w głowie
-Interesujące.- Pochwalił go Adam- I kiedy masz zamiar wprowadzić to na rynek?
-Eeee... Na chwilę obecną mój wynalazek przechodzi okres próbny. Jak się okaże, że po kilku dniach, a może tygodniach coś się popsuje, to będzie to kolejny niewypał.
-Yhym.- Przytaknęła Rachel krzyżując ręce na piersi- Mogę ją w domu przetestować?
-Mmmm. Nie jestem pewien czy to jest dobry pomysł.- Zamruczał z niezadowoleniem- Nie to, że ci nie ufam, tylko jeżeli coś się w tej żarówce popsuje, to może dojść nawet do pożaru, a zrozum, nie chcę spalić ci domu.- Ostrzegł
-E tam, dawaj.- Wzięła żaróweczkę z dłoni Alberta przy okazji delikatnie dotykając szorstką skórę jego rąk, która zdążyła się lekko wysuszyć i stwardnieć od nadmiaru pracy.
-Ile nam zostało czasu do balu?- Zapytał brunet poprawiając okulary i swoją marynarkę
-Jakieś piętnaście minut.- Odparł Adam zerkając na swój zegarek, który zawsze nosił na prawej ręce; nikt prócz niego nie wiedział, czemu akurat na prawej ręce...